Zapisałam wnuczce mieszkanie w testamencie. Potem przez przypadek usłyszałam, jak mówi do koleżanki przez telefon, że musi jeszcze poczekać, ale przynajmniej wie, że to nie potrwa długo
Gdybym tamtego popołudnia nie wróciła z łazienki minutę wcześniej, nigdy nie dowiedziałabym się, co naprawdę myśli o mnie własna wnuczka. A przynajmniej tak wtedy pomyślałam. Bo prawda, jak to zwykle prawda - okazała się o wiele bardziej skomplikowana niż jedno zdanie wyrwane z kontekstu.
Natalia siedziała w mojej kuchni, z nogami podciągniętymi pod siebie na krześle, tak jak lubiła od dziecka. Nie słyszała, że wyszłam z łazienki - drzwi na korytarz były przymknięte, a ja zawsze chodziłam w kapciach po operacji biodra i raczej nie tupałam. Rozmawiała przez telefon, cicho, ale nie na tyle cicho, żebym nie usłyszała.
- Wiem, wiem - mówiła takim tonem, jakim mówi się do bliskiej koleżanki. - Muszę jeszcze poczekać, ale przynajmniej wiem, że to nie potrwa długo. I tak jest mi trochę głupio, ale co zrobię.
Stanęłam w korytarzu. Nie oddychałam. Albo może oddychałam, tylko nie czułam tego, bo w głowie miałam jedną myśl, bardzo konkretną i bardzo ostrą: ona czeka, aż umrę.
Rok wcześniej byłam u notariusza w Siedlcach. Pojechałam sama, autobusem miejskim, bo taksówka to niepotrzebny wydatek, a córka Renata i tak by mnie od tego odwodziła. Spisałam testament. Mieszkanie dwupokojowe na Młynарskiej - po mężu Stanisławie, który odszedł trzy lata wcześniej - zapisałam Natalii. Całe. Nie Renacie, nie jej mężowi Krzysztofowi. Wnuczce.
Miałam swoje powody. Renata z Krzysztofem mieli dom pod Siedlcami, spłacony, z ogrodem. Natalia po studiach wróciła z Warszawy, wynajmowała pokój w kamienicy, zarabiała grosze na stażu w urzędzie miasta. Dwadzieścia cztery lata i nic swojego. Pomyślałam - niech ma start. Niech wie, że babcia o niej myśli.
Powiedziałam jej o testamencie miesiąc po wizycie u notariusza. Natalia najpierw się popłakała, potem mnie wyściskała, potem powiedziała: "Babciu, ja nie chcę o tym myśleć, bo ty będziesz żyła sto lat." Uśmiechnęłam się wtedy i pomyślałam, że zrobiłam dobrze.
Od mojej operacji biodra - sześć miesięcy temu - Natalia przyjeżdżała trzy razy w tygodniu. Robiła zakupy, sprzątała łazienkę, raz przykleiła mi listwę przypodłogową, która odchodziła od ściany od dwóch lat. Czasem siedziałyśmy po prostu w kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną i rozmawiałyśmy o niczym. O serialach, o pogodzie, o tym, że sąsiadka z dołu znowu zastawiła klatkę schodową wózkiem.
Myślałam, że to jest prawdziwe.
A potem usłyszałam tę rozmowę i świat mi się przesunął o pół obrotu. Wróciłam bezszelestnie do łazienki. Odkręciłam kran. Stałam i patrzyłam na wodę, która lecieła do umywalki, i próbowałam ułożyć sobie w głowie to, co usłyszałam.
"Muszę jeszcze poczekać." Na co? Na spadek? Na moje mieszkanie?
"To nie potrwa długo." Siedemdziesiąt cztery lata, po operacji, z ciśnieniem, które skacze jak szalone. Faktycznie - pewnie nie za długo.
"Jest mi trochę głupio." No tak. Powinno jej być głupio.
Kiedy wyszłam z łazienki, Natalia już skończyła rozmowę. Siedziała przy stole i kroiła jabłka na szarlotkę. Uśmiechnęła się do mnie. Ja też się uśmiechnęłam, ale poczułam, że moje usta robią coś innego niż zwykle - jak gdyby uśmiech nie pasował do twarzy.
- Wszystko dobrze, babciu? - zapytała.
- A czemu miałoby nie być - odpowiedziałam i usiadłam naprzeciwko.
Przez następne dwa tygodnie byłam dla Natalii uprzejma. Idealnie, starannie uprzejma - tak, jak się jest uprzejmym dla obcych ludzi w kolejce na poczcie. Nie potrafiłam inaczej. Za każdym razem, gdy przyjeżdżała z siatkami z Biedronki, gdy pytała, czy wzięłam leki, gdy poprawiała mi poduszkę na kanapie - słyszałam w głowie jej głos: "to nie potrwa długo."
Renata zauważyła pierwsza.
- Mamo, co się dzieje z Natalką? Mówi, że jesteś dla niej jakaś dziwna. Że nie chcesz, żeby przyjeżdżała.
- Nieprawda. Może przyjeżdżać, kiedy chce.
- Ale wcześniej się cieszyłaś, a teraz mówisz "może przyjeżdżać." Słyszysz różnicę?
Słyszałam. Nie zamierzałam jej tłumaczyć dlaczego.
Trzy tygodnie po tamtym popołudniu pojechałam do notariusza. Tym razem wzięłam taksówkę, bo kolano bolało bardziej niż zwykle, a może po prostu chciałam to mieć za sobą jak najszybciej. Zmieniłam testament. Mieszkanie miało trafić do Renaty. Koniec.
Kiedy wracałam taksówką, patrzyłam przez okno na bloki, na plac zabaw, na przychodnie, w której Stanisław czekał kiedyś po receptę i narzekał, że kolejka jak za komuny. I czułam - nie ulgę, nie satysfakcję. Czułam pustkę.
Miesiąc później Natalia przyszła z ciastem. Sernik na zimno, taki, jak lubiłam.
- Babciu - powiedziała, stawiając go na stole. - Muszę ci coś powiedzieć. Dostałam etat.
- Jaki etat?
- W urzędzie. Pamiętasz, mówiłam ci, że mam staż? Trzy miesiące próbne? No to skończył się okres próbny i zostają mnie. Na stałe.
Patrzyłam na nią.
- Gadałam o tym z Kasią przez telefon, jeszcze jak u ciebie byłam, pamiętasz? Z miesiąc temu? Że muszę jeszcze poczekać te kilka tygodni, ale że szefowa dała mi do zrozumienia, że mnie wezmą. Strasznie się cieszyłam, ale nie chciałam zapeszać i ci mówić, zanim nie będzie pewne.
Siedziałam przy stole z dłońmi na kolanach. Sernik stał przede mną, pachniał wanilią. Natalia uśmiechała się z dumą. A ja myślałam o tym, że trzy tygodnie temu byłam u notariusza i wykreśliłam ją z testamentu, bo usłyszałam trzy zdania, które sobie sama przetłumaczyłam na język własnych lęków.
- Cieszę się, dziecko - powiedziałam. Głos mi się nie załamał. Prawie.
Natalia wyjechała o szóstej. Zostałam sama w kuchni. Sernik stał nietknięty na blacie. Za oknem robiło się ciemno, i gdzieś na klatce schodowej ktoś trzasnął drzwiami.
Pomyślałam o Stanisławie. O tym, jak pod koniec życia podejrzewał, że pielęgniarka kradnie mu leki. Nie kradła - po prostu przekładała je z szafki na stolik, żeby miał bliżej. Ale on był pewien. Absolutnie pewien.
I pomyślałam: czy ja się staję taka jak on pod koniec? Czy starość to jest właśnie to - że budujesz sobie historię z okruchów i żyjesz w niej, zamiast zapytać wprost?
Następnego dnia zadzwoniłam do kancelarii notarialnej. Umówiłam się na kolejną wizytę. Będę jechać trzeci raz w ciągu dwóch miesięcy, a pani notariusz pewnie pomyśli, że jestem niezrównoważona.
Może trochę jestem. Ale wolę być niezrównoważona niż niesprawiedliwa.
Natalii nic nie powiedziałam. Może kiedyś powiem. Może nie. Ale sernik zjadłam do ostatniego kawałka.