Siostra przez całe życie powtarzała, że to ja byłam ulubienicą mamy. Po mamie zostały dwie koperty - w mojej było zdjęcie i krótki list. W jej - numer konta, na które mama przez dwadzieścia lat wpłacała po trzysta złotych miesięcznie

Jolanta mówiła to przy każdym rodzinnym obiedzie, na każdej wigilii, przy każdym telefonie, kiedy nie mogła się powstrzymać. Że mama zawsze wolała mnie.

Że to ja dostawałam lepsze sukienki, więcej uwagi, cieplejszy ton głosu. A ja przez czterdzieści lat słuchałam tego i zastanawiałam się, czy moja siostra żyje w tym samym domu co ja - bo ja pamiętałam zupełnie inną matkę.

Mama umarła w marcu, w zwykły wtorek, w szpitalnym łóżku w Lublinie, na oddziale, gdzie znali ją już po imieniu. Władysława Maj, osiemdziesiąt dwa lata. Nie zdążyłam dojechać. Jolanta zdążyła - mieszkała bliżej, trzy przystanki autobusem, a ja musiałam prosić sąsiadkę, żeby zawiozła mnie z drugiego końca miasta, bo akurat samochód był w warsztacie.

Kiedy weszłam na oddział, Jolanta siedziała na korytarzu z plastikowym kubkiem kawy i patrzyła na mnie tak, jakby to była moja wina, że mama odeszła, kiedy mnie nie było.

Przez trzydzieści lat pracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej - cyferki, tabelki, przelewy do ZUS-u. Mąż Tadeusz, dwóch synów, mieszkanie na Czechowie. Normalne życie, takie które się żyje, a nie opowiada.

Jolanta miała inne - burzliwsze. Dwa rozwody, przeprowadzka do mniejszego mieszkania po tym, jak drugi mąż zabrał połowę, praca w sklepie mięsnym na Kalinowszczyzny, którą nienawidziła, ale trzymała, bo musiała. Może dlatego szukała winnych. Może łatwiej było zrzucić wszystko na to, że mama kochała mnie bardziej.

Koperty znalazłyśmy tydzień po pogrzebie. Sprzątałyśmy maminy rzeczy - szafę, komodę, tę starą sekretarzykę, którą mama miała jeszcze z Krasnegostawu, z domu swoich rodziców. W środkowej szufladzie, pod wycinkami z gazet i rachunkami za leki, leżały dwie koperty. Na jednej - "Renata". Na drugiej - "Jolanta". Maminy drżące litery, pisane pewnie jeszcze wtedy, kiedy ręce ją słuchały.

Jolanta chwyciła swoją pierwsza. Otworzyła szybko, niecierpliwie, jak dziecko na gwiazdkę. Wyciągnęła kartkę, przeczytała, a potem zrobiła coś, czego się nie spodziewałam - usiadła na podłodze, plecami do ściany, i zaczęła płakać.

Nie zapytałam co. Nie w tamtej chwili. Otworzyłam swoją kopertę. W środku było zdjęcie - mama i ja, gdzieś z lat dziewięćdziesiątych, na działkach. Mama w tym swoim kapeluszu słomkowym, ja z warkoczykami, jeszcze chuda i opalona.

A pod zdjęciem list, krótki, może dziesięć zdań. Że jest ze mnie dumna. Że wie, że nie byłam łatwym dzieckiem i że ona nie była łatwą matką. Że żałuje, że nigdy nie potrafiła mi tego powiedzieć na głos. I że to zdjęcie to jej ulubione zdjęcie na świecie, bo tamtego dnia na działkach po raz pierwszy poczuła, że jest dobrą matką.

Zaczęłam czytać drugi raz, bo za pierwszym słowa się rozmazywały. A potem Jolanta podniosła się z podłogi i podała mi swoją kartkę. Bez słowa.

Na kartce był numer konta bankowego, nazwa banku, i jedno zdanie: "Joluś, to dla ciebie, wpłacam co miesiąc od 2003 roku, trzysta złotych. Hasło do banku ma Jadzia z parteru."

Trzysta złotych miesięcznie. Dwadzieścia lat. Policzyłam automatycznie - tak już mam po tych latach w księgowości. Siedemdziesiąt dwa tysiące złotych plus odsetki. Mama, która żyła z emerytury po ojcu i własnej renty, odkładała trzysta złotych miesięcznie. Dla Jolanty.

- Wiedziałaś? - zapytała Jolanta, a ja usłyszałam w jej głosie coś, co pierwszy raz nie było oskarżeniem.

- Nie.

- Trzysta złotych. Przez dwadzieścia lat. - Jolanta powtórzyła to dwa razy, jakby nie mogła zmieścić tych cyfr w głowie. - A ja jej przez telefon wypominałam, że ci kupiła lepszy płaszcz na komunię Bartka.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo w tamtej chwili zrozumiałam coś, co powinnam była zrozumieć dawno - że mama nas kochała tak samo mocno, tylko zupełnie inaczej. Mnie dała słowa, których nie potrafiła wypowiedzieć za życia.

Jolancie - pieniądze, które odkładała z emerytury, pewnie odmawiając sobie leków albo lepszego jedzenia. Mnie - emocję, której mi brakowało. Jolancie - bezpieczeństwo, którego ta nigdy nie miała.

- Dlaczego mi nie powiedziała? - Jolanta patrzyła na kartkę, jakby szukała w niej drugiego dna. - Mogła powiedzieć. Jeden raz. "Jolanta, odkładam dla ciebie pieniądze." I ja bym... ja bym inaczej...

Urwała. Wiedziałyśmy obie, że by inaczej. Albo nie. Może mama wiedziała to lepiej niż my - że Jolanta potrzebowała kogoś, na kogo mogła być zła. Że ta złość na matkę trzymała ją w pionie przez oba rozwody, przez samotne wieczory, przez lata w tym sklepie mięsnym. Że gdyby mama powiedziała o koncie, Jolanta nie miałaby już na kogo krzyczeć.

A może mama po prostu nie umiała. Tak jak nie umiała powiedzieć mi, że jest dumna. Tak jak nie umiała przytulić żadnej z nas bez tej sztywności w ramionach, jakby ktoś ją tego nie nauczył, a ona nie zdążyła się douczyć.

Zadzwoniłyśmy do Jadzi z parteru. Osiemdziesiąt lat, drobna, w kapciach z wełny. Podała hasło, zapisane na kartce, którą mama dała jej "na wszelki wypadek" osiem lat temu. Na koncie było siedemdziesiąt cztery tysiące z groszami. Ostatni przelew mama zrobiła w styczniu, dwa miesiące przed śmiercią.

Jolanta zamknęła drzwi maminy mieszkania i przez chwilę stałyśmy na klatce schodowej - ja z kopertą ze zdjęciem, ona z numerem konta. Dwie kobiety po pięćdziesiątce, z poszarzałymi włosami i zmęczonymi twarzami, które przez czterdzieści lat kłóciły się o to, którą z nich mama kochała bardziej.

- Wiesz co jest najgorsze? - odezwała się Jolanta. - Że ja jej nigdy nie podziękowałam. Za nic. Ani za pieniądze, ani za nic innego. Bo byłam za bardzo zajęta udowadnianiem, że mnie nie kocha.

Chciałam powiedzieć, że ja też nigdy nie podziękowałam. Że mój list ze zdjęciem bolał tak samo jak jej numer konta - bo obie dostałyśmy dowód miłości, której mama nie potrafiła dać nam za życia. Ale nie powiedziałam nic. Wzięłam Jolantę pod rękę i zeszłyśmy po schodach w milczeniu, które pierwszy raz od lat nie było wrogie.

Na parkingu Jolanta odwróciła się i powiedziała cicho:

- Mogłybyśmy pojechać na te działki. Te, z twojego zdjęcia. Mama chyba je jeszcze miała.

Miała. Dwadzieścia pięć metrów kwadratowych przy trzeciej alejce, z krzakiem porzeczki i ławką, którą ojciec zrobił z palet. Pojechałyśmy tam następnego dnia. Ławka jeszcze stała.