Gdybym tamtego wieczoru nie szukała kluczyków do piwnicy, pewnie żyłabym dalej w swoim ułożonym, spokojnym kłamstwie. Ale szukałam.
I zamiast kluczyków znalazłam paragon - niewielki, wyblakły kawałek papieru termicznego, wsunięty w wewnętrzną kieszeń jesiennej kurtki Witolda. Kwiaciarnia "Pod Różą". Bukiet mieszany - osiemdziesiąt siedem złotych. Data: szesnasty października.
Stałam w przedpokoju z tym paragonem w dłoni i przez dobrą minutę nie rozumiałam, co trzymam. To znaczy - rozumiałam doskonale. Ale mózg robił wszystko, żeby mi to wyjaśnić inaczej.
Może dla kogoś z pracy. Może dla matki na imieniny. Tylko że imieniny Ireny były w lipcu, a Witold od lat nie kupował kwiatów nikomu. Mnie ostatni raz przyniósł tulipany, kiedy urodziła się Marta. Marta w tym roku skończyła dwadzieścia trzy lata.
Nazywam się Renata, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu ośmiu jestem żoną Witolda. Pracuję w wydziale budżetu urzędu miasta - pilnuję cyfr, tabelek, terminów. Moje życie zawsze było poukładane jak arkusz kalkulacyjny.
Poranek, praca, obiad o trzeciej, spacer, telewizor, sen. Witold jeździł jako kierowca w firmie logistycznej, więc bywał w domu o różnych porach, ale to nigdy nie budziło moich podejrzeń. Ufałam mu. Tak po prostu - ufałam, bo nie miałam powodu, żeby nie ufać.
Zapytałam go tego samego wieczoru. Spokojnie, bez oskarżeń. Położyłam paragon na stole w kuchni, obok jego talerza z kotletem schabowym, i powiedziałam:
- Witold, kupiłeś kwiaty? Dla kogo?
Pamiętam, jak podniósł wzrok znad telefonu. Najpierw zaskoczenie. Potem coś, co rozpoznałam dopiero później - strach. Ale wtedy myślałam, że to irytacja.
- Grzebiesz mi po kieszeniach? - powiedział cicho, ale tym tonem, który znałam aż za dobrze. Tonem, który mówił: nie ciągnij tego.
- Szukałam kluczyków od piwnicy. Paragon wypadł.
- Dla Nowakowej z biura. Odchodzi na emeryturę. Zrzucaliśmy się całą firmą.
Brzmiało logicznie. Chciałam, żeby to brzmiało logicznie. Więc pokiwałam głową i schowałam paragon do szuflady przy zlewie, między instrukcje do pralki i stare rachunki. Ale nie wyrzuciłam.
Sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że Witold nigdy w życiu nie zrzucał się na kwiaty dla nikogo. Na piwo - owszem. Na wieniec pogrzebowy - raz, dwa razy. Ale żeby bukiet mieszany za osiemdziesiąt siedem złotych, dla koleżanki z biura?
Przez następne dni obserwowałam go, choć nie chciałam tego robić. Każde wyjście z łazienki z telefonu w ręku, każdy wieczorny SMS, po którym uśmiechał się do ekranu - to wszystko nagle zyskało nowe znaczenie. Albo ja nadawałam mu znaczenie, którego nie miało. Nie byłam pewna. I ta niepewność była gorsza od każdej odpowiedzi.
W niedzielę poszliśmy na obiad do Marty. Córka mieszkała z chłopakiem na Fordoniku, w malutkim mieszkaniu, które wyglądało jak katalog IKEA - jasne meble, dużo poduszek i ten typowy zapach świecy zapachowej, który Witold nazywał "sztuczną wanilią". Jedliśmy kurczaka z ryżem i udawaliśmy rodzinę, w której wszystko jest w porządku.
- Tato, dobrze wyglądasz - powiedziała Marta i nie wiem, czy to był komplement, czy pytanie.
Witold podziękował, wyprostował się na krześle. Rzeczywiście wyglądał dobrze. Lepiej niż zwykle. Przystrzyżona broda, nowa koszula w kratę, którą kupił sobie sam - "bo była na promocji". Od kiedy Witold kupował sobie koszule?
Potem, już w domu, nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i słuchałam jego oddechu - równego, głębokiego, spokojnego. Oddech człowieka, który nie ma nic na sumieniu. Albo człowieka, który świetnie zasypia z tym, co ma.
Kwiaty znalazłam tydzień później. Nie w wazonie na naszym stole - na zdjęciu. Scrollowałam Facebooka w przerwie obiadowej w pracy, między ogłoszeniami o zaginięciu kota a linkami do przepisów na szarlotkę, i nagle zobaczyłam post Agnieszki Malec.
Dysponentka z firmy Witolda. Zdjęcie na tle biurka - uśmiechnięta, w czerwonej bluzce, a przed nią bukiet. Mieszany. "Dziękuję za piękny dzień i piękne kwiaty" - napisała z trzema serduszkami. Żadne nazwisko nie było oznaczone, żadna wzmianka o emeryturze Nowakowej.
Data posta: szesnasty października.
Zamknęłam telefon. Otworzyłam. Zamknęłam jeszcze raz. Herbata w kubku stygła. Koleżanka Basia zapytała, czy dobrze się czuję, bo pobladłam. Powiedziałam, że chyba coś zjadłam. Bo co miałam powiedzieć? Że właśnie zobaczyłam dowód na to, czego nie chciałam wiedzieć?
Wieczorem nie pytałam. Nie następnego dnia. Ani kolejnego. Przez cztery dni chodziłam po mieszkaniu jak po zamarzniętym jeziorze - ostrożnie, żeby lód nie pękł. Robiłam obiady, prasowałam koszule, oglądałam telewizor. Witold chyba niczego nie zauważył. A może zauważył i czekał.
W piątek wieczorem usiadłam naprzeciwko niego w kuchni. Wyłączyłam telewizor pilotem, chociaż leciał jego ulubiony program o naprawach samochodów.
- Chcę, żebyś mi powiedział prawdę o tych kwiatach.
Zaczął od znowu: że grzebię, że kontroluję, że nie mam do niego zaufania, że dwadzieścia osiem lat razem, a ja traktuję go jak podejrzanego. Krzyczał. Wstał od stołu. Poszedł do łazienki i zatrzasnął drzwi. Technika, którą stosował od lat - eskaluj, aż druga strona się wycofa.
Ale tym razem nie wycofałam się.
- Widziałam zdjęcie Agnieszki Malec - powiedziałam do zamkniętych drzwi. - Te same kwiaty. Ta sama data. Żadna Nowakowa nigdzie nie odchodzi na emeryturę.
Cisza. Długa, gęsta, taka, w której słyszysz szum wody w rurach i tykanie zegara w korytarzu. Potem drzwi się otworzyły. Witold stał w nich z mokrą twarzą - nie wiedziałam, czy od wody, czy od łez.
- To nic takiego - powiedział. - Naprawdę nic.
Ale oboje wiedzieliśmy, że kwiaty za osiemdziesiąt siedem złotych, kupowane w tajemnicy, to nigdy nie jest "nic".
Nie wyrzuciłam go tej nocy. Nie spakowałam walizek. Nie zadzwoniłam do Marty z płaczem. Usiadłam na balkonie z kocem na ramionach i patrzyłam na światła bloków naprzeciwko - dziesiątki okien, za każdym jakaś historia, jakiś sekret, jakaś kobieta, która może właśnie też znalazła coś, czego nie szukała.
Witold następnego dnia powiedział mi więcej. Nie wszystko - wiem, że nie wszystko. Powiedział, że z Agnieszką "rozmawiali", że "zrozumiał ją", że "to nie było fizyczne". Używał słów, które nic nie znaczą i wszystko ukrywają.
Dałam sobie czas. Nie jemu - sobie. Umówiłam się do psycholożki, do pani Jagody z przychodni na Błoniu. Pierwszy raz w życiu. Powiedziałam jej to, czego nie umiałam powiedzieć Witoldowi: że nie wiem, czy bardziej boli mnie te kwiaty, czy to, że przez dwadzieścia trzy lata nie dostałam żadnych.
Nie wiem jeszcze, jak ta historia się skończy. Wiem, że paragon wciąż leży w szufladzie przy zlewie. Wiem, że Witold teraz wraca z pracy punktualnie. I wiem, że to, co pękło tamtego piątkowego wieczoru, nie sklei się od samego punktualnego wracania.
Ale wiem też coś innego. Że to ja, nie on, muszę zdecydować, ile jeszcze jestem gotowa nie wiedzieć.