Gdyby nie Krysia z parteru, która pokazała mi ten wpis na swoim telefonie, pewnie do dziś odkładałabym co miesiąc pięćset złotych do koperty z napisem "Damian". I pewnie do dziś jadłabym na kolację chleb z masłem, przekonując samą siebie, że po prostu nie mam apetytu.
Krysia przyszła do mnie w środę po południu. Normalnie pogadać, wypić herbatę. Siedziała przy moim kuchennym stole, przewijała Facebooka i nagle powiedziała: "O, popatrz, Patrycja nową kanapę kupili. Ładna."
Odwróciła ekran w moją stronę. Na zdjęciu - duży szary narożnik z poduszkami w kolorze musztardowym, a pod spodem podpis: "Wreszcie na coś sobie pozwoliliśmy" i serduszko.
Osiem tysięcy. Patrycja podała cenę w komentarzu pod postem, bo ktoś zapytał. Osiem tysięcy złotych za kanapę, a ja od dwóch lat wyciągałam z emerytury pięćset złotych na "dopiąć do wypłaty".
Mam na imię Wiesława, mam sześćdziesiąt siedem lat. Przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako szefowa zmiany w fabryce opakowań pod Krakowem. Wstawałam codziennie o czwartej trzydzieści, pilnowałam dwudziestu ludzi na hali, a teraz mam emeryturę, z której po opłatach za kawalerkę na Bieżanowie, lekach na ciśnienie i cukrzycę zostaje tyle, że muszę liczyć każdy grosz. Ja to czuję codziennie, kiedy stoję w Biedronce i odkładam jogurt na półkę, bo w tym tygodniu już nie mogę.
Damian zaczął prosić o pieniądze dwa lata temu. Najpierw ostrożnie. Zadzwonił w niedzielę - pamiętam, bo akurat kroiłam jabłka na szarlotkę - i powiedział, że Patrycja jest na zwolnieniu lekarskim, a on sam nie wyrabia. Że brakuje im do końca miesiąca. Że mu głupio, ale czy mogłabym pożyczyć pięćset złotych. Tylko na raz.
"Synku, jasne" - powiedziałam bez zastanowienia. Bo co matka powie? Nie? Nie dam ci jeść? On ma trzydzieści osiem lat, ale jak dzwoni i prosi, to ja słyszę tego samego chłopca, który przychodził do kuchni z rozbitym kolanem i mówił "mama, boli".
Miesiąc później zadzwonił znowu. Że niespodziewany rachunek za naprawę samochodu. Za kolejny miesiąc - że Patrycja potrzebuje na dentystę. Potem przestał podawać powody. Dzwonił koło dwudziestego, mówił "mamo, jest ciężko" i ja robiłam przelew. Z mojego konta na jego.
Zaczęłam oszczędzać na wszystkim. Zrezygnowałam z kina raz w miesiącu z Krysią - bo bilet, popcorn i autobus to już fanaberia. Przestałam kupować mięso w tygodniu, zostawiałam je na niedzielę. Na Wielkanoc nie zrobiłam żurku, bo białą kiełbasę podrożyli, a ja miałam akurat przelew do zrobienia.
Krysia pytała czasem, czy wszystko w porządku. "A co ci jest, Wieśka? Schudłaś." Ja na to, że dieta, że doktor kazał. Kłamałam. Wstydziłam się powiedzieć, że daję synowi pieniądze, bo wiedziałam, co usłyszę. "A on ci oddaje? A co ty, bank jesteś?"
Bo wiem, jak to wygląda z boku. Z boku to jest stara kobieta, którą syn ciągnie za portfel. Ale od środka - od środka to jest matka, która robi jedyną rzecz, jaką jeszcze może zrobić dla dziecka. Już mu nie ugotuję, bo mieszka na drugim końcu miasta. Już go nie przytulę, bo dorosły mężczyzna się nie przytula do matki. Ale mogę mu dać te pięćset złotych i poczuć, że jeszcze jestem mu potrzebna.
Dwadzieścia cztery miesiące. Policzyłam to dopiero tamtej środy, po wyjściu Krysi. Siedziałam przy stole z pustą filiżanką i liczyłam na kartce - ile przelałam łącznie. Kiedy zobaczyłam sumę, zrobiło mi się niedobrze. Za te pieniądze mogłam pojechać do sanatorium, kupić nowy płaszcz zimowy - ten stary ma już rozchodzący się zamek i nie da się go naprawić - i przez rok nie zastanawiać się, czy stać mnie na jogurt.
Nie zadzwoniłam od razu. Potrzebowałam dwóch dni. Dwa dni chodziłam po mieszkaniu i rozmawiałam sama ze sobą, bo nie miałam z kim innym. Wymyślałam scenariusze. Może Patrycja kupiła kanapę na raty? Może dostali premię? Może ta kanapa to prezent od jej rodziców?
Ale te pięćset złotych co miesiąc - to nie prezent. To moja emerytura. Moje tabletki, mój chleb, moje kaloryfery zimą, kiedy odkręcam je na jedynkę zamiast na trójkę, żeby rachunek za ogrzewanie nie zjadł tego, co odłożyłam dla Damiana.
Zadzwoniłam w piątek wieczorem. Damian odebrał po trzecim sygnale, wesoły, w tle słyszałam telewizor.
"Synku, muszę z tobą porozmawiać."
"Co jest, mamo? Wszystko okay?"
"Widziałam zdjęcie kanapy."
Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale ja je policzyłam.
"Jakiej kanapy?"
"Tej za osiem tysięcy, Damian. Tej, którą Patrycja wstawiła na Facebooka."
Usłyszałam, jak wstaje. Jak odchodzi od telewizora. Jak zamyka drzwi - pewnie do łazienki albo na balkon, żeby żona nie słyszała.
"Mamo, to nie jest tak, jak myślisz."
"A jak jest?"
"Kupiliśmy ją na dwanaście rat. I mi się trochę poprawiło w pracy, dostałem podwyżkę trzy miesiące temu."
"Trzy miesiące temu. A dzwoniłeś do mnie jeszcze w zeszłym miesiącu po pięćset złotych."
Znowu cisza. Dłuższa.
"Mamo, ja... przyzwyczaiłem się. Wiem, że to brzmi okropnie."
Przyzwyczaił się. Mój syn przyzwyczaił się, że jego matka oddaje mu sporą część swojej emerytury, a on kupuje kanapę za osiem tysięcy złotych.
Nie krzyczałam. Chciałam, ale nie krzyczałam. Bo nagle poczułam coś gorszego niż złość. Poczułam się głupia. Stara, głupia kobieta, która dała się wykorzystać własnemu dziecku. I natychmiast po tym pomyślałam - a może to ja go takiego wychowałam? Może za dużo dawałam, kiedy był mały? Może nie nauczyłam go, że pieniądze się szanuje, bo zawsze starałam się, żeby niczego mu nie brakowało?
"Damian, nie dzwoń do mnie więcej w sprawie pieniędzy" - powiedziałam i rozłączyłam się.
Od tamtej rozmowy minęły dwa miesiące. Damian napisał SMS-a tydzień później: "Mamo, przepraszam. Możemy pogadać?" Odpisałam: "Możemy. Ale nie o pieniądzach." Nie odpisał. Potem na Dzień Matki przysłał kwiaty - przez kuriera, nie osobiście. Dołączył kartkę: "Dla najlepszej mamy." Postawiłam tulipany w wazonie i patrzyłam na nie przez tydzień, jak więdną.
Wiem, co powiedzą ludzie. Że to jej syn, żeby przebaczyła. Albo odwrotnie - że mogła się postawić wcześniej. Ja nie wiem, co jest słuszne. Wiem tylko, że teraz jem jogurty codziennie, że kupiłam sobie nowy płaszcz na zimę - granatowy, z kołnierzem, w Pepco - i że w sobotę idę z Krysią do kina na komedię.
I wiem, że kiedy Damian wreszcie przyjedzie osobiście - a on przyjedzie, bo znam swojego syna - to go wpuszczę, zrobię herbatę i pewnie nawet upiekę szarlotkę. Ale koperty z napisem "Damian" już nie będzie. Schowałam ją do szuflady, pod rachunkami za prąd. Pustą.