Kiedyś powiedziałam wnuczce, że w młodości marzyłam o malowaniu, ale ojciec powiedział, że to nie dla takich jak my. Zapomniałam o tej rozmowie. Na Gwiazdkę dostałam od niej pudełko z farbami, pędzlami i kartką: "Babciu, teraz nikt ci nie zabroni."
Mam sześćdziesiąt siedem lat i w piątki chodzę na zajęcia do domu kultury - jestem jedyna, która nie przychodzi na czas, bo po drodze zatrzymuję się i szkicuję drzewa.
Pierwszy obraz, jaki namalowałam w życiu, przedstawiał lipę. Krzywy pień, za dużo zieleni, cień padający nie w tę stronę. Instruktorka powiedziała, że jest w nim coś żywego. Ja wiedziałam, że jest w nim czterdzieści pięć lat milczenia.
Mój ojciec był stolarzem w spółdzielni meblarskiej pod Olsztynem. Człowiek z rękami jak deski - szorstkimi, popękanymi, pachnącymi żywicą nawet po niedzielnej kąpieli. Kochał nas na swój sposób - bez słów, za to z dwoma obiadami na stole i butami kupionymi zawsze o numer za duże, żeby starczyły na dłużej.
Kiedy miałam dwanaście lat, pani od plastyki powiedziała, że powinnam chodzić na dodatkowe zajęcia do domu kultury. Pokazała ojcu moje rysunki - konie, drzewa, twarz mamy z profilu. Pamiętam, jak stał w przedpokoju szkoły w swoim jedynym garniturze, trzymał moje prace i patrzył na nie tak, jakby szukał w nich czegoś, czego nie potrafił nazwać.
W drodze do domu powiedział: - Wiesława, takie rzeczy to nie dla takich jak my. My musimy mieć zawód.
Nie powiedział tego ze złości. Powiedział to tym samym tonem, którym mówił, że zima będzie mroźna albo że sąsiadowi spadło drzewo na płot. Fakt. Niepodważalny jak grawitacja.
Więc dostałam zawód. Zostałam krawcową. Przez trzydzieści osiem lat szyłam w zakładzie krawiecki przy Dąbrowszczaków - sukienki, garsonki, przeróbki. Ręce miałam zręczne, oko dobre, klientki wracały. Lubiłam tę pracę. Naprawdę lubiłam. Ale czasem, mierząc materiał, łapałam się na tym, że zamiast ciąć - głaszczę tkaninę, jakbym sprawdzała, jaki kolor by z niej wyszedł na płótnie. Odganiałam tę myśl jak muchę w lipcu. Szybko, odruchowo, bez namysłu.
Wyszłam za Zdzisława w osiemdziesiątym piątym. Urodziłam Kasię, potem Tomka. Dzieci, rachunki, kolejki w sklepie, potem kolejki na NFZ, potem remont łazienki, potem emerytura. Życie nie było złe. Było normalne. A normalne znaczy takie, w którym nie ma czasu na pytanie, kim mogłabyś być, gdybyś wtedy skręciła w inną stronę.
Zuzia - córka Kasi - ma dwadzieścia dwa lata i studiuje grafikę we Wrocławiu. Kiedy przyjeżdża na weekend, pachnie kawą i farbami do druku. Rozmawiamy dużo. Znaczy - ona pyta, a ja odpowiadam, bo w jej pytaniach jest coś, czego dawno nikt mi nie dawał. Ciekawość. Nie grzecznościowa. Prawdziwa.
To było chyba we wrześniu. Siedziałyśmy na balkonie, piłyśmy herbatę, Zuzia rysowała coś w szkicowniku. Powiedziałam jej wtedy o ojcu i o rysunkach. Lekko, jakby mimochodem. Sama nie wiem, czemu akurat wtedy. Może dlatego, że patrzyłam na jej ręce - młode, pewne, umazane grafitem - i pomyślałam o swoich.
Zuzia nic nie powiedziała. Tylko spojrzała na mnie w taki sposób, jakby słyszała nie słowa, ale coś pod nimi.
Zapomniałam o tej rozmowie. Naprawdę zapomniałam. Przyszła zima, advent, przygotowania - pierogi z kapustą i grzybami, sprzątanie, prezenty. Na Wigilię w tym roku przyjechali wszyscy - Kasia z mężem, Tomek z narzeczoną, Zuzia. Pod choinką leżało pudełko w brunatnym papierze, przewiązane sznurkiem zamiast wstążką. Żadnej kokardki. Otworzyłam je przy wszystkich.
W środku były farby akwarelowe. Pędzle - trzy, różnej grubości. Blok do malowania. I kartka zapisana ręcznie, pismem Zuzi, które zawsze było za duże jak na linie zeszytu:
"Babciu, teraz nikt ci nie zabroni."
Zdzisław zapytał, co to jest. Kasia zaśmiała się, że matka artystką zostanie. Tomek pokiwał głową i sięgnął po śledzia. A ja siedziałam z tymi farbami na kolanach i czułam coś, na co nie miałam słowa. Jakby ktoś otworzył okno, o którym zapomniałam, że istnieje.
Przez dwa tygodnie pudełko leżało na szafce w sypialni. Nie otwierałam go. Bałam się. Nie tego, że nie umiem malować - tego, że umiem. Że odkryję coś, co przez czterdzieści pięć lat tłumiłam, i nie będę wiedziała, co z tym zrobić.
W styczniu zadzwoniłam do domu kultury na Zatorzu. Zajęcia z malarstwa dla dorosłych, piątki, siedemnasta trzydzieści. Instruktorka - pani Agnieszka, młodsza ode mnie o dobre trzydzieści lat - przywitała mnie tak, jakby czekała. W grupie jest nas sześć osób. Wszystkie po pięćdziesiątce. Żadna nie przyszła tu dlatego, że zawsze malowała. Każda przyszła dlatego, że kiedyś przestała.
Namalowałam tę lipę na trzecich zajęciach. Krzywy pień, za dużo zieleni. Ale kiedy na nią patrzyłam, widziałam podwórko za domem rodziców, lipę, pod którą ojciec palił papierosy po obiedzie. Widziałam jego ręce - szorstkie, popękane - i nagle pomyślałam: a może on też miał swoje farby. Swoje drzewa. Swoje „nie dla takich jak my", które usłyszał od kogoś jeszcze wcześniej.
Teraz jest kwiecień. Chodzę na zajęcia regularnie. Jestem jedyna, która się spóźnia - bo idę piechotą przez park i po drodze zatrzymuję się, żeby szkicować drzewa. Mam mały notes, który Zuzia przysłała mi pocztą, bez okazji, z jednym zdaniem na pierwszej stronie: „Rysuj wszystko."
Nie zostanę malarką. Wiem o tym. Moje drzewa są krzywe, cienie padają nie tam, gdzie powinny, a perspektywa to dla mnie wciąż zagadka. Ale kiedy stoję w parku z ołówkiem w ręku i patrzę na gałęzie - naprawdę patrzę, tak jak nie patrzyłam na nic od lat - czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.
Ojciec umarł siedemnaście lat temu. Na pogrzebie, pakując jego rzeczy, znalazłam w szufladzie pod rachunkami starą teczkę. W środku były rysunki. Drzewa, konie, twarz kobiety z profilu. Jego pismem, na odwrocie jednego z nich, było napisane: „Nie dla takich jak my."
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Aż do teraz.