Syn wrócił z Niemiec "na chwilę, żeby ogarnąć sprawy". Przywiózł dwie walizki. Po miesiącu przyjechała jego dziewczyna z kotem. Po trzech miesiącach zaczęli mówić o mnie do kota: "Babcia znowu nie zamknęła lodówki"
Stałam w kuchni o szóstej rano i zmywałam talerze po ich wczorajszej kolacji. Trzy patelnie, dwa garnki, miska po sałatce i te kieliszki do wina, których nie używałam od czasu, kiedy umarł Czesław.
Lucyfer, ten ich czarny kot, siedział na moim blacie i patrzył na mnie tymi swoimi żółtymi ślepiami, jakbym to ja była intruzem we własnym mieszkaniu. A ja w sumie już sama nie wiedziałam, czy nie jestem.
Marcin wrócił z Hanoweru we wrześniu. Stanął w drzwiach z dwiema walizkami, brodaty, schudnięty, w jakiejś dziwnej kurtce, której nigdy wcześniej u niego nie widziałam. „Mamuś, tylko na chwilę, muszę pewne sprawy ogarnąć w Polsce, parę miesięcy maks".
Tak powiedział. Postawiłam wodę na rosół, bo co miałam zrobić - to było moje jedyne dziecko, którego nie widziałam na żywo od półtora roku. Tylko na ekranie laptopa, w tych krótkich rozmowach, kiedy zawsze gdzieś się spieszył.
Mam sześćdziesiąt trzy lata i czterdzieści dwa lata przepracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mieszkaniowej tu we Włocławku, potem w prywatnej firmie budowlanej, aż do emerytury.
Mieszkanie na osiedlu Południe - pięćdziesiąt sześć metrów, balkon na zachód - wykupiliśmy z Czesławem za grosze w dziewięćdziesiątym czwartym. Spłaciliśmy kredyt, urządziliśmy na nowo w dwa tysiące dwunastym, kiedy Marcin szedł na studia. Meblościanka z Brw, kanapa z Agaty, panele na podłodze. Nic specjalnego. Nasze.
Cztery lata po pogrzebie Czesława przyzwyczaiłam się być sama. Rano kawa, gazeta, spacer do parku, czasem koleżanka z dawnej pracy na herbatę. Wieczorem serial i wcześnie spać. Życie ułożone, ciche, bez fajerwerków - ale moje.
Pierwszy tydzień Marcina był jak wakacje. Gotowałam jego ulubione: gołąbki, schab z kością, sernik wiedeński. On opowiadał o Niemczech, o tej firmie, w której pracował, o tym, że tam ludzie są zimni i że tęsknił. Słuchałam i wierzyłam, że tęsknił.
W drugim tygodniu zaczął wychodzić wieczorami. „Mamuś, na piwo z kumplami z liceum, nie czekaj". W trzecim przestał wynosić śmieci, mimo że obiecał. W czwartym powiedział, że przyjedzie Nikola - „tylko na weekend, mamuś, ona musi mnie zobaczyć w polskich realiach".
Nikola przyjechała w piątek wieczorem z walizką wielkości lodówki i transporterem, w którym siedział czarny kot z fioletową obrożą. „Lucyfer nie znosi obcych, więc proszę go nie głaskać" - to były pierwsze słowa, jakie do mnie powiedziała. Nie „dzień dobry". Nie „dziękuję, że mnie pani przyjmuje". Tylko ostrzeżenie dotyczące kota.
Weekend zamienił się w tydzień. Tydzień w miesiąc. Miesiąc w trzy.
Najpierw zaczęło mi brakować rzeczy w lodówce. Kupowałam jogurty, twarożki, wędlinę z dobrego sklepu na Toruńskiej - i znikało to w ciągu dnia. Pytałam delikatnie, czy zjedli, a Nikola robiła wielkie oczy: „Jakieś jogurty? Pani Bożeno, ja jem tylko jogurt grecki bez laktozy, tego pani nie kupuje". Marcin się śmiał i przewracał oczami, jakby to ja była uciążliwa.
Potem przesunęli moje rzeczy w łazience. Mój krem na półeczce wylądował na dolnej szafce, a na jego miejscu pojawiły się ich kosmetyki. Mój ręcznik, ten różowy, który dostałam od córki Krysi z trzeciego piętra na imieniny, znalazłam w koszu na bieliznę - „bo był mokry i pachniał starym, mamuś, nie obrażaj się". Nikola kupiła nowe ręczniki w Ikei. Białe i szare. Bez konsultacji.
W pokoju gościnnym, w którym spali, stanęło drugie łóżko, żeby Lucyfer miał gdzie sypiać. W kuchni pojawiła się ekspres do kawy „bo pani rozpuszczalna to nie kawa, pani Bożeno". W salonie - ich telewizor 55 cali, bo mój trzydziestodwucalowy „męczy oczy".
A ja, jak idiotka, dziękowałam. Bo myślałam, że to oznacza, że zostają. Że syn naprawdę wrócił.
Wtedy zaczęły się te rozmowy z kotem.
Siedzieliśmy we trójkę przy stole, jedliśmy kolację - schab, który ja zrobiłam, ziemniaki, które ja obrałam, surówkę, którą ja starłam. I Marcin, patrząc nie na mnie tylko na Lucyfera siedzącego pod krzesłem, mówił: „No widzisz, Lucek, babcia znowu pieprzu nie dała, jak to babcia". A Nikola się śmiała i dodawała: „Lucek, powiedz babci, że my lubimy pieprz, prawda?".
Pierwszy raz pomyślałam, że to żart. Niezbyt śmieszny, ale żart. Drugi raz - że może to ich sposób na rozluźnienie atmosfery. Piąty raz - że oni naprawdę nie zwracają się już bezpośrednio do mnie. Mówią o mnie do kota, a ja mam słuchać i wnioskować.
„Lucek, babcia zostawiła światło w łazience".
„Lucek, babcia znowu nie zamknęła lodówki".
„Lucek, babcia chyba zapomniała, że umawialiśmy się na ciszę po dziesiątej".
Któregoś wieczoru w styczniu poszłam wcześniej spać, bo bolała mnie głowa. Leżałam w ciemności i słyszałam, jak rozmawiają w kuchni - cicho, ale ściany w bloku z wielkiej płyty są takie, jakie są.
Nikola mówiła coś o swojej matce, o tym, że „ona też tak się odpuści, jak będzie miała siedemdziesiątkę". Marcin odpowiedział: „No ale moja jeszcze trzyma. Chociaż widać, że już nie ta sama, mózg pracuje wolniej. Trzeba tylko poczekać, aż sama się przeniesie do siostry albo do domu spokojnej. Mieszkanie po prostu spadnie".
Mieszkanie po prostu spadnie.
Leżałam w ciemności i czułam, jak coś mi się rozłazi w środku - powoli, jak stary sweter, którego nitka zaczepiła się o gwóźdź.
Następnego dnia rano, kiedy oni jeszcze spali, usiadłam przy kuchennym stole i zrobiłam to, czego nie robiłam od czterech lat. Wzięłam kartkę i długopis. I napisałam listę.
Co mam. Co jest moje. Co mogę zrobić.
Mieszkanie - moje, na mnie po Czesławie, akt notarialny w szufladzie. Emerytura - moja, dwa siedemset miesięcznie, wystarczy. Siostra Halina pod Toruniem - prosiła mnie sto razy, żebym przyjechała chociaż na miesiąc. Adwokat - syn Krysi z trzeciego piętra, prowadzi kancelarię na Kaliskiej.
Po południu zadzwoniłam do tego adwokata. Umówiłam się na wtorek.
We wtorek pojechałam tramwajem na Kaliską i zapłaciłam mu trzysta złotych za godzinę. Wyszłam z papierami: wezwanie do opuszczenia lokalu, termin trzydzieści dni, podpis notariusza. Włożyłam do koperty. Wróciłam do domu.
Marcin siedział w salonie z Nikolą i oglądali coś po niemiecku. Lucyfer leżał na moim fotelu - tym, na którym przez dwadzieścia lat siadał Czesław. Położyłam kopertę na stoliku przed Marcinem.
„Co to jest, mamuś?".
„Przeczytaj, Marcin".
Czytał długo. Nikola zaglądała mu przez ramię. Jej twarz robiła się coraz bledsza. W końcu Marcin podniósł głowę.
„Mamo, ty żartujesz, prawda?".
Spojrzałam na Lucyfera. Lucyfer patrzył na mnie tymi swoimi żółtymi ślepiami.
„Lucek - powiedziałam cicho - powiedz Marcinkowi, że mama nie żartuje".
Wyszli po dwóch tygodniach. Nikola wcześniej, z kotem, walizką wielkości lodówki i ekspresem do kawy. Marcin został jeszcze parę dni, próbował rozmawiać, próbował się tłumaczyć, mówił, że nie tak miało być, że źle to zabrzmiało, że Nikola nim manipuluje. Słuchałam i kiwałam głową. Ale koperta leżała na stole.
Wyprowadził się trzydziestego stycznia. Wynajął kawalerkę przy dworcu, znalazł pracę w jakiejś firmie przeprowadzkowej. Dzwoni co dwa tygodnie, krótko, sucho. Nie mówi już do mnie „mamuś".
Czasami siedzę wieczorem w fotelu Czesława, z herbatą, i myślę o tym wszystkim. O tym, jak łatwo można stracić własny dom, nie wychodząc z niego. O tym, jak długo można udawać, że się nie słyszy, bo słyszeć boli. I o tym, że czasem trzeba mieć sześćdziesiąt trzy lata i czarnego kota wpatrzonego w siebie, żeby wreszcie zacząć mówić w pierwszej osobie.
Lodówka jest zamknięta. Światło w łazience zgaszone. W mieszkaniu cicho.
I to jest moja cisza.