Pożyczyłam koleżance z pracy 8 tysięcy na naprawę dachu. Oddawała po 200 złotych miesięcznie. Po sześciu miesiącach przestała. Kiedy zapytałam, powiedziała: "Halinka, ja ci oddaję - w innej walucie"

Myślałam, że wiem, ile kosztuje przyjaźń. Przez dziesięć lat w mojej głowie ta cena wynosiła zero - bo tak chciałam wierzyć. Że Bożena siedzi ze mną po nocnej zmianie przy kawie nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce.

Że słucha moich żali na Andrzeja, bo jej na mnie zależy, a nie dlatego, że kiedyś wystawi mi za to rachunek. Okazało się, że Bożena prowadziła księgowość naszej przyjaźni znacznie staranniej niż ja.

I że saldo - jej zdaniem - wyszło na zero.

Pracuję na zmiany w zakładzie przetwórstwa spożywczego pod Włocławkiem. Linia pakująca, hala numer trzy. Szefowa zmiany od siedmiu lat - to znaczy odpowiadam za dwanaście kobiet, grafik, raporty i za to, żeby nikt nie wsadził palca w maszynę.

Robota ciężka, ale uczciwa. Zarabiam tyle, żeby starczyło na raty za samochód Andrzeja, rachunki i odkładanie po trzysta złotych miesięcznie na remont łazienki, który planujemy od czterech lat.

Bożenę poznałam, kiedy przyszła do nas na produkcję. Drobna, szybka, z takim śmiechem, że słychać ją było przez całą halę mimo hałasu maszyn. Zaczęłyśmy od papierosów na zapleczu - ja rzuciłam trzy lata temu, ale wtedy jeszcze paliłam.

Potem były kawy po zmianach w automacie przy szatni, potem wspólne obiady w stołówce. Bożena mieszkała sama z córką w starym domu po rodzicach na obrzeżach miasta. Mąż zostawił ją sześć lat temu - wyjechał do Anglii za pracą i po prostu nie wrócił. Nie rozwiódł się, nie dzwonił, raz na pół roku przysyłał pieniądze, które Bożena odkładała na konto córki.

Lubiłam ją. Naprawdę.

To ważne, żeby to powiedzieć teraz, bo potem może się wydawać, że cała ta historia to było jedno wielkie oszustwo. A nie było. Przez osiem lat Bożena była osobą, do której dzwoniłam, kiedy Andrzej znowu wrócił po piwie z kolegami i zaczął mówić mi, że nic w życiu nie osiągnęłam.

Kiedy się kłóciliśmy o pieniądze, o teściową, o to, że on nigdy nie zaproponuje, żebyśmy gdzieś razem pojechali. Bożena słuchała. Mówiła: „Halinka, zasługujesz na więcej." Czasem przynosiła mi na zmianę drożdżówkę albo termos z prawdziwą kawą, nie tą z automatu.

I ja słuchałam jej. O samotnych wieczorach, o dachu, który przecieka, o córce Natalii, która wchodzi w trudny wiek. O pieniądzach, których zawsze brakowało.

Dlatego, kiedy w marcu zeszłego roku Bożena powiedziała, że po zimie dach przecieka już w trzech miejscach i dekarz dał wycenę na dziesięć tysięcy, a ona ma tylko dwa, nie zastanawiałam się długo.

Osiem tysięcy złotych. Dwadzieścia sześć miesięcy odkładania po trzysta - cała łazienka. Oddałam to bez pisemnej umowy, bez pokwitowania, bo jak żądać papieru od kogoś, kto trzymał cię za rękę, kiedy płakałaś w szatni po nocce?

Bożena powiedziała: „Będę oddawać po dwieście miesięcznie. W czterdzieści miesięcy spłacę."

Czterdzieści miesięcy. Policzyłam. Trzy lata i cztery miesiące. Długo, ale wiedziałam, ile zarabia - tyle co ja, minus moje dodatki za staż. Dwieście złotych to dla niej było dużo. Powiedziałam: „Dobrze, Bożena. Nie śpiesz się."

I przez sześć miesięcy było dobrze. Pierwszego każdego miesiąca, punktualnie, kopertka w szatni wsunięta do mojej kurtki. Dwieście złotych. Bez słowa, bez przypominania. Bożena była w tym honorowa - albo tak mi się wydawało.

Siódmego miesiąca kopertki nie było.

Nie powiedziałam nic. Pomyślałam - zapomniała, ma trudny miesiąc, Natalia potrzebowała czegoś do szkoły. Zdarza się. Ósmego miesiąca - znowu nic. I dziewiątego. Bożena zachowywała się normalnie - kawy, rozmowy, śmiech na hali. Jakby nic się nie zmieniło.

Na początku czwartego miesiąca bez wpłaty - czyli dziesięć miesięcy od pożyczki - zapytałam. W stołówce, po zmianie, kiedy siedziałyśmy same. Starałam się, żeby to nie zabrzmiało jak ponaglenie. Powiedziałam: „Bożena, nie chcę być wścibska, ale te pieniądze… czy wszystko u ciebie w porządku? Mogę poczekać, ale chciałabym wiedzieć."

Postawiła kubek z kawą na blacie. Popatrzyła na mnie - nie ze złością, nie z zakłopotaniem. Z czymś, co wyglądało jak zdziwienie, że w ogóle pytam.

I wtedy to powiedziała.

„Halinka, ja ci oddaję. W innej walucie. Kto cię słucha godzinami po każdej kłótni z Andrzejem? Kto ci mówi, że masz się nie poddawać? Kto przynosi ci kawę, kiedy wyglądasz, jakbyś nie spała? To chyba też coś warte."

Pamiętam, że w stołówce był włączony telewizor - leciały wiadomości, mówili coś o cenach masła. I ten dźwięk telewizora był jedyną rzeczą, którą słyszałam przez następne kilka sekund, bo w mojej głowie zrobiło się zupełnie cicho.

Nie krzyknęłam. Nie wstałam od stołu. Powiedziałam: „Bożena, to była pożyczka. Pieniądze."

„A przyjaźń to co?" - zapytała, i w jej głosie nie było cynizmu. Brzmiała, jakby naprawdę nie rozumiała, dlaczego robię z tego problem. „Myślisz, że każda koleżanka będzie z tobą siedzieć do jedenastej w nocy, kiedy ty płaczesz, że Andrzej znowu cię nie szanuje? Ja to robiłam, bo mi na tobie zależy. Ale to też jest praca, Halinka. Emocjonalna praca."

Emocjonalna praca. Pierwszy raz usłyszałam to wyrażenie z ust Bożeny. Pewnie przeczytała gdzieś w internecie albo córka jej powiedziała. Brzmiało obco w jej ustach - jak wyuczone na potrzebę argumentu.

Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Andrzej oglądał mecz w pokoju. Nie powiedziałam mu - nie dlatego, że ukrywałam, tylko dlatego, że wiedziałam, co powie. „A nie mówiłem? Nie pożyczaj." I miałby rację, i właśnie dlatego nie chciałam tego słyszeć.

Policzyłam na kartce. Osiem tysięcy. Oddane: sześć razy dwieście, czyli tysiąc dwieście. Zostaje sześć tysięcy osiemset złotych. Prawie dwadzieścia trzy miesiące mojego oszczędzania.

Ale na tej kartce zaczęłam pisać jeszcze coś. Listę. Wszystkie razy, kiedy ja słuchałam Bożeny - o mężu, który nie wraca, o córce, o dachu, o pieniądzach, o samotności. Nie policzyłam do końca, bo lista robiła się długa i nie o to chodziło. Chodziło o coś innego: ja nigdy nie wystawiłam jej za to rachunku. Nawet przez myśl mi nie przeszło.

Następnego dnia w pracy zachowywałam się normalnie. Bożena też. Piła kawę, śmiała się, opowiadała o Natalii. Jakby ta rozmowa w stołówce w ogóle się nie wydarzyła. I wtedy zrozumiałam coś, co bolało bardziej niż te sześć tysięcy osiemset złotych - Bożena naprawdę uważała, że sprawa jest załatwiona. Że powiedziała mi swoją prawdę, ja ją usłyszałam i temat zamknięty.

Nie kłóciłam się z nią. Nie poszłam do prawnika - Andrzej by mnie wyśmiał, a zresztą bez umowy na piśmie to słowo przeciw słowu. Nie opowiedziałam koleżankom z hali, bo to by się rozniosło w dwa dni i Bożena straciłaby twarz, a ja zostałabym tą, która niszczy przyjaźń z powodu pieniędzy.

Zrobiłam coś innego. Przestałam dzwonić.

Nie od razu - stopniowo. Najpierw skróciłam rozmowy. Potem zaczęłam mówić, że jestem zmęczona. Potem że Andrzej czeka. Bożena przez jakiś czas nie zauważała. A kiedy zauważyła - jakoś w grudniu, trzy miesiące po tamtej rozmowie - powiedziała przy kawie: „Halinka, ostatnio jesteś jakaś inna. Wszystko dobrze?"

Popatrzyłam na nią i zobaczyłam kobietę, którą naprawdę lubiłam. Która naprawdę mnie słuchała - tego nie wymyśliłam. Ale zobaczyłam też kogoś, kto potrafił przeliczyć godziny współczucia na złotówki i wyjść na zero.

Powiedziałam: „Wszystko dobrze, Bożena."

Na łazienkę uzbieramy za dwa lata. Może za trzy. Andrzej nie wie o pożyczce - bo wiedziałby, że zabrakło, i pytałby dlaczego. Bożena dalej siedzi obok mnie w stołówce i dalej się śmieje tak, że słychać ją przez całą halę.

Tyle że teraz, kiedy się kłócę z Andrzejem, nie dzwonię do nikogo. Siedzę w kuchni i sama ze sobą rozmawiam - cicho, żeby nie słyszał. I wychodzi mi to taniej niż myślałam.