Po włamaniu na naszej klatce syn wziął moje odłożone pieniądze «do siebie, do sejfu - u ciebie znajdą od razu». W maju poprosiłam o nie na wycieczkę klubu seniora do Wilna. Powiedział, że «chwilowo nie jest płynny». Do Wilna pojechałam z lokaty, o której nie wiedział.

Gdyby nie ten autobus do Wilna, pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, że potrafię okłamać własnego syna i nic przy tym nie poczuć.

A zaczęło się niewinnie. W lutym ktoś włamał się do piwnicy na naszej klatce, na trzecim osiedlu w Olsztynie. Wynieśli rower sąsiada z parteru, kilka słoików, jakieś narzędzia. Policja przyjechała, spisała protokół, powiedziała, że pewnie młodzież, że zamek w drzwiach do piwnicy był byle jaki.

Nikt nie ucierpiał poważnie, ale przez tydzień cała klatka żyła tym włamaniem. Pani Stasia z drugiego piętra zmieniła zamek w drzwiach, pan Wiesław z czwartego zamontował dodatkowy rygiel.

A mój Grzegorz przyjechał w niedzielę z Elbląga i od progu zaczął.

- Mamo, a ty masz w domu gotówkę?

Powiedziałam, że trochę mam. Odłożone. Na czarną godzinę.

- Ile?

- A po co ci to wiedzieć?

- Bo jak weszli do piwnicy, to mogą wejść i na górę. Zamki macie tutaj z lat dziewięćdziesiątych. Wezmę to do siebie, do sejfu. U ciebie znajdą od razu.

Grzegorz jest moim jedynym synem. Ma czterdzieści dwa lata, żonę Monikę, dwóch chłopaków w szkole podstawowej. Pracuje w firmie logistycznej, jeździ służbowym autem, w soboty gra w piłkę z kolegami. Normalny, porządny człowiek. Nigdy mnie nie oszukał. Nigdy nie poprosił o pieniądze.

Dlatego dałam mu te pieniądze. Policzyłam przy nim - co do złotówki - i patrzyłam, jak chowa je do reklamówki i wsadza do plecaka.

- Jak będziesz potrzebowała, to dzwonisz i przywożę - powiedział przy drzwiach.

- Dobrze, synku.

Przez marzec i kwiecień nie potrzebowałam. Emerytura wystarczała na rachunki, leki i jedzenie. Czasem zostawało na kawę z Krysią po aqua aerobiku albo na kwiaty na grób Tadeusza, mojego męża, który odszedł sześć lat temu. Żyłam tak, jak zawsze - skromnie, ale bez poczucia, że czegoś mi brakuje.

Potem w klubie seniora ogłosili wycieczkę do Wilna. Trzy dni, autobus, hotel, zwiedzanie, Ostra Brama. Krysia od razu się zapisała. Basia z naszej grupy też. Pani prowadząca powiedziała, że trzeba wpłacić zaliczkę do końca maja.

Zadzwoniłam do Grzegorza w poniedziałek wieczorem.

- Synku, potrzebuję tych pieniędzy. Chcę pojechać na wycieczkę do Wilna z klubem. Muszę wpłacić zaliczkę.

Cisza. Słyszałam w tle telewizor i głos Moniki, która coś mówiła do dzieci.

- Mamo, wiesz co, chwilowo nie jestem płynny. Daj mi tydzień, dobra?

- Ale ja muszę wpłacić do końca miesiąca.

- No to wpłacisz za tydzień. Spokojnie. Dogadamy się.

Tydzień minął. Zadzwoniłam znowu. Grzegorz powiedział, że ma teraz dużo na głowie, że coś z autem, że chłopcy potrzebują komputera do szkoły, że Monika zaczyna remont łazienki.

- Mamo, to nie jest tak, że ja tych pieniędzy nie mam. Po prostu chwilowo mi się nie składa. Daj mi do połowy czerwca.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam „dobrze" i odłożyłam słuchawkę.

Usiadłam w kuchni przy stole, przy którym siedzę od trzydziestu lat. Herbata stygła w kubku z napisem „Najlepsza Babcia". I wtedy pomyślałam o lokacie.

Tadeusz założył ją na rok przed śmiercią. Nie dużo tam było, ale przez sześć lat kapitalizowało się z odsetkami. Grzegorz nie wiedział, bo Tadeusz założył ją na moje nazwisko, a wyciągi przychodziły na maila, którego syn nigdy nie widział. To nie był sekret - po prostu nigdy o to nie zapytał, a ja nie miałam powodu mówić.

Do banku poszłam w środę rano. Pani w okienku zerwała lokatę, policzyła odsetki, wypłaciła. Zaliczkę na Wilno wpłaciłam tego samego dnia.

Kiedy Grzegorz zadzwonił w piątek, powiedział, że do końca miesiąca odda mi wszystko.

- Nie trzeba - powiedziałam. - Pożyczyła mi Krysia. Jadę do Wilna.

Po drugiej stronie słuchawki znowu była cisza. Inna niż ta pierwsza. Gęstsza.

- To dobrze - odparł w końcu. - Baw się dobrze, mamo.

Do Wilna pojechałam w połowie czerwca. Ostra Brama, katedra, kawiarnia na Starówce, gdzie podają takie pączki z różanym dżemem, że Krysia zjadła trzy i powiedziała, że na aqua aerobiku odrobi. Śmiałyśmy się jak dziewczyny. Trzy dni bez myślenia o rachunkach, o zamkach w drzwiach, o Grzegorzu i jego płynności.

Ostatniego wieczoru siedziałam na ławce przed hotelem. Ciepły wieczór, zapach lip, litewska mowa dookoła - nic nie rozumiałam, ale brzmiało pięknie. I wtedy Krysia, która wyszła na papierosa, usiadła obok i powiedziała:

- Lucynka, ja ci tych pieniędzy nie pożyczałam. Skąd miałaś?

Popatrzyłam na nią i powiedziałam prawdę. O lokacie Tadeusza. O Grzegorzu, który nie jest płynny. O tym, że skłamałam synowi po raz pierwszy w życiu.

Krysia zgasiła papierosa i przez chwilę milczała.

- I co czujesz?

Pomyślałam. Szukałam w sobie wyrzutów sumienia, wstydu, żalu. Czegoś, co powinnam czuć, bo przecież okłamałam własne dziecko.

- Nic - powiedziałam. - I to mnie przeraża najbardziej.

Wróciłam do Olsztyna w niedzielę wieczorem. W poniedziałek rano poszłam do banku i założyłam nową lokatę. Tym razem na dwadzieścia cztery miesiące. Z tego, co zostało po Tadeuszu, i z tego, co odłożę z emerytury przez najbliższy rok.

Grzegorz do dziś nie oddał tamtych pieniędzy. Nie pytam. On nie wspomina. Między nami jest uprzejmie - dzwoni w niedziele, przyjeżdża z chłopcami, przywozi sernik od Moniki. Normalnie.

Tylko ja wiem, że między nami jest teraz jeszcze jedna rzecz, o której nie mówimy. I że ta rzecz ma numer konta, którego mój syn nie zna.