Syn założył mi w telefonie aplikację do liczenia kroków, „żebyś się ruszała, mamo", i podpiął ją do swojego. W niedzielę przy obiedzie odczytał na głos moją środę i czwartek, i zapytał, co ja właściwie robię całymi dniami.

Telefon zawibrował w środku nocy, dwukrotnie, krótko - jakby ktoś sprawdzał, czy jeszcze działa. Nie wstałam, tylko przesunęłam go ekranem w dół i odwróciłam się na drugi bok. Rano zobaczyłam powiadomienie: „Twój cel dzienny: 6000 kroków. Wczoraj: 1243."

Nie pamiętałam, kiedy Bartek to zainstalował. Chyba w zeszłą niedzielę, po obiedzie, kiedy siedział z moim telefonem w ręku i mówił, że „ogarnia mi pamięć, bo za dużo zdjęć". Mruknęłam wtedy „no dobrze" i poszłam nastawić herbatę. Nie przyszło mi do głowy, żeby pytać, co jeszcze robi z tym telefonem.

Mam sześćdziesiąt jeden lat, od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej przez dwadzieścia siedem lat pracowałam na poczcie, ale nie przy okienku - w sortowni, na zmiany, przez co nigdy nie miałam normalnego rytmu dnia.

Teraz, kiedy ten rytm wreszcie należał do mnie, układałam go powoli i na swoich zasadach. Poranki z kawą przy oknie - długie, bo zasłużone. Potem kwadrans ćwiczeń z panią z YouTube, tą spokojną, co nie krzyczy. Czasem zakupy, czasem spacer do parku Kościuszki, czasem po prostu siedzenie na balkonie z książką, bo nareszcie mogłam usiąść i nie patrzeć na zegarek.

Bartek mieszka dwadzieścia minut tramwajem dalej, na nowym osiedlu za Motoareną. Ma trzydzieści cztery lata, żonę Kingę i córeczkę Zosię, która niedawno skończyła dwa lata. Pracuje w firmie informatycznej, dużo siedzi przed ekranem i chyba dlatego sam zaczął biegać - rano, przed pracą, w każdą pogodę. Widzę to na jego Facebooku. Trasy, czasy, wykresy tętna. Cieszy mnie ten porządek w życiu syna, choć nigdy nie rozumiałam, po co to wszystko mierzyć.

Niedzielne obiady u mnie to tradycja, której pilnuję od lat. Rosół z domowym makaronem, drugie danie, kompot, ciasto. Bartek z Kingą i Zosią przychodzą regularnie, choć Kinga ostatnio częściej milczy, jakby myślami była gdzie indziej. Nie naciskam. Mam swoje lata - wiem, że małe dziecko i praca to nie jest pora na rozmowy przy stole.

Tamtej niedzieli obiad szedł normalnie. Zosia bawiła się łyżką, Kinga kroiła jej kotlet na drobne kawałki. Przyniosłam sernik, postawiłam na stole, sięgnęłam po talerze.

I wtedy Bartek wyciągnął telefon.

- Mamo, a wiesz, ile kroków zrobiłaś w środę?

Postawiłam talerz.

- Słucham?

- Osiemset czterdzieści siedem. - Bartek patrzył w ekran. - A w czwartek tysiąc sto dwadzieścia. Mamo, to jest mniej niż Zosia robi raczkując.

Kinga podniosła wzrok znad talerza córki, ale nic nie powiedziała.

- To mi podpiąłeś swoją aplikację - powiedziałam, ale to nie było pytanie.

- No bo chcę, żebyś się ruszała. Siedzisz cały dzień w domu, to nie jest zdrowe. - Bartek mówił tonem, który znałam z jego dzieciństwa, kiedy tłumaczył mi, że „tak się teraz robi". - Lekarz ci mówił o aktywności, pamiętasz? Po tym kolanie?

Pamiętałam. Pamiętałam też, że lekarz powiedział „spacery w swoim tempie", a nie „niech syn kontroluje pani każdy krok z dwudziestu kilometrów daleko".

- Bartku, ja nie muszę ci się tłumaczyć z tego, ile chodzę.

- Nikt nie mówi o tłumaczeniu. Po prostu się martwię.

To zdanie - „po prostu się martwię" - zawisło nad stołem jak dym z zagaszonej świeczki. Znałam je dobrze. Moja własna matka używała go, kiedy przeglądała mi pamiętnik w liceum. „Po prostu się martwię."

Ja używałam go, kiedy dzwoniłam do Bartka trzy razy dziennie w jego pierwszym roku studiów, aż poprosił, żebym przestała. Troska, która nie pyta o zgodę, ma swój zapach - stęchły, ciasny, jak szafa, której nikt nie otwiera.

- W środę padało - powiedziałam cicho. - A w czwartek piekłam szarlotkę. Tę, którą właśnie jesz.

Bartek odłożył telefon.

- Nie chodzi o środę, mamo. Chodzi o to, że generalnie mało się ruszasz. Ja to widzę.

- W aplikacji.

- No w aplikacji. I na żywo. Wyglądasz… no, nie wiem. Mniej energicznie.

Kinga wstała od stołu, wzięła Zosię na ręce i wyszła do pokoju. Usłyszałam, jak włącza telewizor - bajkę z nadmiernie radosną muzyką.

Siedziałam naprzeciwko syna i myślałam o tym, że w zeszłym tygodniu pierwszy raz od lat przeczytałam książkę w całości, od deski do deski, w trzy dni. Że w czwartek, kiedy aplikacja naliczyła mi tysiąc sto kroków, zrobiłam najlepszą szarlotkę w życiu, bo wreszcie miałam czas, żeby jabłka smażyć powoli, na małym ogniu, z cynamonem, jak robiła babcia. Że w środę słuchałam deszczu i czułam się spokojna - prawdziwie, głęboko spokojna, pierwszy raz od lat, może od śmierci Staszka, może jeszcze dłużej.

Ale tych rzeczy nie mierzy żadna aplikacja.

- Bartku - zaczęłam spokojnie. - Ja się ruszam. Wtedy, kiedy chcę. Tyle, ile chcę. I nie potrzebuję, żebyś mi zaglądał w telefon, żeby to oceniać.

- Ja nie oceniam.

- Właśnie to robisz. Przy obiedzie, przy Kindze, odczytałeś mi statystyki jak nauczyciel przed klasą. Ja jestem twoją matką, nie projektem do optymalizacji.

Bartek zaczerwienił się - nie ze złości, z zaskoczenia. Zobaczyłam to wyraźnie. Nie spodziewał się oporu, bo w jego świecie dane były pomocą, a nie kontrolą. W jego świecie mierzenie było formą troski. Nie przyszło mu do głowy, że ktoś może tego nie chcieć.

- Mamo, ja naprawdę…

- Wiem. - Wstałam, zebrałam talerze. - Wiem, że się martwisz. I wiem, że to z głowy, nie ze złośliwości. Ale nie chcę tej aplikacji. I nie chcę, żebyś widział, ile kroków robię we wtorek o trzeciej w nocy, kiedy idę do łazienki.

Bartek zaśmiał się krótko, trochę nerwowo. Cisza, która potem nastała, nie była zimna. Raczej taka jak przerwa między dwoma zdaniami w rozmowie, która jeszcze się nie skończyła.

Zaniosłam talerze do kuchni. Przez okno widziałam blok naprzeciwko, balkony z pelargoniami, suszarkę z pościelą, która nie schła, bo słońce zaszło za chmury. Odkręciłam kran, zaczęłam zmywać.

Po chwili za plecami usłyszałam kroki. Bartek stanął obok, wziął ściereczkę.

- Mamo, ja to usunę. Przepraszam.

- Nie usuwaj - powiedziałam. - Zostaw. Ale odepnij od swojego.

Bartek patrzył na mnie, nie rozumiejąc.

- Niech zostanie. Ale niech będzie moja. Tylko moja.

Wycierał talerze i milczał. Nie wiedziałam, czy to znaczy, że zrozumiał. Może potrzebuje czasu. Ja też potrzebowałam czasu - żeby po trzydziestu latach sortowni, po śmierci Staszka, po tym wszystkim wreszcie nauczyć się, że dzień, w którym zrobiłam osiemset kroków i przeczytałam pięćdziesiąt stron, jest dniem pełnym.

Zosia wbiegła do kuchni, potknęła się o próg i wpadła mi w nogi.

- Babciu! Babciu iść!

Podniosłam ją, przytuliłam. Ciepła, pachnąca mlekiem i herbatnikiem. Babciu iść. No to idę, pomyślałam. Ale tam, gdzie sama chcę.