Nigdy nie sądziłam, że jedno zdanie przez telefon może boleć bardziej niż szwy po operacji. A jednak - kiedy usłyszałam głos Marcina po dziesięciu dniach ciszy, poczułam ukłucie gdzieś za mostkiem, ostrzejsze niż cokolwiek, co robili ze mną chirurdzy.
Ale po kolei.
Trafiłam do szpitala pod koniec marca, z ostrym zapaleniem pęcherzyka żółciowego. Karetka przyjechała w nocy, prosto z mojego mieszkania na Podmiejskiej. Sąsiadka, pani Lodzia z naprzeciwka, usłyszała, że jęczę przez ścianę, i zadzwoniła na pogotowie.
Przez trzydzieści lat pracy w wydziale budżetowym urzędu miasta nie wzięłam ani jednego zwolnienia. A tu nagle - stół operacyjny, narkoza i tydzień na oddziale chirurgicznym z drenami i kroplówką.
Marcin wiedział. Zadzwoniłam do niego następnego dnia po operacji, jeszcze na wpół przytomna od leków. Odebrał po piątym sygnale. Powiedział: „Ojej, mamo. No trzymaj się. Jak będziesz potrzebowała, to dzwoń". I tyle. Rozłączył się po dwóch minutach, bo - jak wyjaśnił - miał call z klientem.
Mój syn mieszka dwadzieścia minut samochodem od szpitala. Zarabia w jakiejś firmie informatycznej tyle, że rok temu kupili z Natalią dom z ogrodem na nowym osiedlu za obwodnicą. Dwoje dzieci - Zuzia skończyła sześć lat, Olek ma cztery. Piękna rodzina. Wiem, bo widuję ich na zdjęciach, które Natalia wrzuca na Facebooka.
Na oddziale leżałam dziesięć dni. Pani Lodzia przyjeżdżała autobusem co drugi dzień, przywoziła sok pomarańczowy i koszulę nocną do zmiany. Koleżanka Irena z dawnej pracy wpadła dwa razy. Nawet pan Zdzisław z parteru, z którym zamieniam zwykle trzy słowa na klatce schodowej, przyniósł mi jabłka ze swojej działki.
Marcin nie przyjechał ani razu.
Pisałam do niego SMS-y - krótkie, żeby nie wyglądało, że żebruję o uwagę. „Dziś zmienili opatrunek, jest lepiej." „Lekarz mówi, że może w piątek do domu." „Przywieź mi, proszę, ładowarkę do telefonu, bo moja padła."
Na ładowarkę odpisał po pięciu godzinach: „Mamo, teraz ciężko, może Lodzia mogłaby?". Więc pani Lodzia, siedemdziesięciotrzyletnia kobieta z bolącymi kolanami, pojechała do mnie na Podmiejską po zapasową ładowarkę. Nie powiem, że nie płakałam.
Płakałam - w nocy, kiedy oddział cichł i zostawały tylko szumy aparatury i czyjeś westchnienia za parawanem. Leżałam i myślałam, gdzie popełniłam błąd. Wychowywałam Marcina sama od jego dwunastego roku życia, kiedy Tadek odszedł do innej.
Robiłam wszystko. Korepetycje z matematyki, które ledwo ciągnęłam z pensji urzędniczki. Obiady codziennie, nawet kiedy miałam grypę. Kiedy studiował w Poznaniu, wysyłałam mu paczki z jedzeniem i wsuwałam do środka pięćdziesiąt złotych w kopercie, chociaż sama liczyłam każdą złotówkę.
Wyszłam ze szpitala w czwartek. Taksówką, bo Marcin - jak napisał - miał tego dnia ważne spotkanie, którego nie mógł przełożyć. Pani Lodzia czekała przed moimi drzwiami z garnkiem rosołu i wypchaną reklamówką z Biedronki. Powiedziała: „Wiesiu, ja ci tu chleb kupiłam, masło, ser, jabłka, bo ty pewnie lodówkę masz pustą". Miała rację. Lodówka była pusta, tak samo jak coś w środku mnie.
W piątek leżałam jeszcze w łóżku, kiedy zadzwonił telefon. Marcin.
- Cześć, mamo! Jak się czujesz? Lepiej już?
Odpowiedziałam, że lepiej. Że boli, ale daję radę.
- Super, super. Słuchaj, mamo, to ja mam taką sprawę. My z Natalią mamy zarezerwowany weekend w takim hotelu pod Łodzią, no wiesz, taki SPA, już od dawna planowaliśmy. I chciałem zapytać, czy mogłabyś w sobotę rano wziąć dzieci? Przywiózłbym je o ósmej, a odebralibyśmy w niedzielę wieczorem.
Cisza.
Słyszałam, jak w tle Zuzia się śmieje i Olek coś krzyczy. Słyszałam szum zmywarki i głos Natalii wołającej „Marcin, zapytaj!". Czyli wiedzieli oboje. Zaplanowali to. Dziesięć dni milczenia, żadnej wizyty, żadnego soku pomarańczowego, żadnej ładowarki - a teraz potrzebują niańki.
- Marcin - powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi drżały - wyszłam ze szpitala wczoraj.
- No wiem, mamo, dlatego dzwonię dziś, żebyś miała czas się przygotować. Dzieci ostatnio są grzeczne, Zuzia sama się bawi, a Olek…
- Nie.
- Słucham?
- Powiedziałam: nie. Nie mogę wziąć dzieci w sobotę.
Marcin milczał. Chyba pierwszy raz w życiu usłyszał ode mnie to słowo skierowane do niego. Przez czterdzieści lat - dosłownie czterdzieści lat - nie odmówiłam mu niczego. Kiedy prosił o pieniądze na wkład własny do kredytu, dałam swoje oszczędności. Kiedy Natalia chciała, żebym siedziała z dziećmi trzy razy w tygodniu, przyjeżdżałam przez pół miasta autobusem. Kiedy organizowali przyjęcie urodzinowe dla Zuzi, ja piekłam ciasto, robiłam sałatki i sprzątałam po gościach.
- Ale mamo, my mamy rezerwację…
- Marcin, byłam dziesięć dni w szpitalu. Miałam operację. Ani razu nie przyjechałeś. Pani Lodzia, obca kobieta z bloku, siedemdziesięciotrzyletnia, przyjeżdżała do mnie autobusem. A ty dzwonisz, żebym pilnowała ci dzieci, bo jedziesz do SPA.
Znowu cisza. Potem - ciche: „No to sorry, mamo, nie wiedziałem, że to taka poważna sprawa".
Nie odpowiedziałam. Odłożyłam telefon na szafkę nocną, obok opakowania tabletek przeciwbólowych i kubka z niedopitą herbatą, którą zrobiła mi pani Lodzia.
Marcin nie zadzwonił w sobotę. Ani w niedzielę. Na Facebooku Natalii pojawiły się zdjęcia z hotelowego basenu, więc widocznie znaleźli kogoś innego do pilnowania dzieci. Albo zabrali je ze sobą. Nie wiem. Nie sprawdzałam.
Minął tydzień, zanim odezwał się ponownie. Krótki SMS: „Mamo, przyjadę w niedzielę z dziećmi, ok?". Nie odpisałam od razu. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na podwórko za blokiem, gdzie pan Zdzisław grabił liście, i myślałam o tym, że przez czterdzieści lat budowałam coś, co okazało się drogą w jedną stronę.
Odpisałam dopiero wieczorem. „Przyjedź, ale sam. Musimy porozmawiać".
Nie wiem jeszcze, co mu powiem. Wiem tylko, że rosół pani Lodzi smakował lepiej niż cokolwiek, co ugotowałam w życiu - bo ktoś przyszedł z nim do mnie sam, bez pytania, bez oczekiwania niczego w zamian. I że sześćdziesiąt dwa lata to wystarczająco dużo, żeby wreszcie nauczyć się jednego krótkiego słowa. var adsinserter = adsinserter || {}; adsinserter.tags = ['fulladsnew'];