Wnuczka mieszka u nas od września - córka powiedziała, że „tylko na chwilę, zaraz się ustabilizuję". Minęło dziewięć miesięcy, ale wczoraj Hania przyniosła mi z przedszkola rysunek: ja i ona na ławce, a pod spodem literki „babciu, tu jest nasz dom". Córka zobaczyła i po raz pierwszy usiadła ze mną do poważnej rozmowy.
„Mamo, muszę ci coś powiedzieć, ale nie wiem, od czego zacząć" - usłyszałam i odłożyłam ścierkę, bo kiedy Monika tak mówi, to znaczy, że tym razem naprawdę chce mówić.
Stałam przy zlewie, ręce mokre od naczyń, a ona siedziała przy kuchennym stole z tym rysunkiem przed sobą. Hania narysowała nas kredkami - mnie w fioletowej sukience, bo wie, że lubię fiolet, i siebie z wielkimi oczami i czymś, co miało być warkoczem.
Pod spodem literki, krzywe, niektóre tyłem do przodu, ale czytelne: „babciu tu jest nasz dom". Pani Krysia z przedszkola pewnie pomogła z pisownią, bo Hania sama jeszcze gubi szyki, ale rysunek - rysunek był cały jej.
Monika trzymała go w obu rękach i patrzyła na niego tak, jakby czytała coś, czego nie chciała przeczytać.
Powinnam pewnie opowiedzieć, jak to się zaczęło.
We wrześniu, w piątek, Monika przyjechała z Hanią i dwoma walizkami. Hania miała cztery i pół roku, kucyki i kalosze z żabkami. Monika miała podkrążone oczy i głos, który próbował brzmieć normalnie, ale drżał na spółgłoskach.
- Mamo, to na tydzień, może dwa. Damian się wyprowadził, ja szukam mieszkania bliżej pracy. Zaraz się ogarnę.
Tadeusz, mój mąż, wyniósł z pokoju gościnnego pudła ze starymi gazetami, które zbierał od lat z myślą, że „kiedyś się przydadzą". Rozłożyliśmy łóżko. Hania powiedziała, że pokój jest ładny, bo ma firanki z kwiatkami. Monika pocałowała ją w czoło, mnie w policzek i pojechała.
Pierwszy tydzień minął. Potem drugi. Potem październik, listopad, Boże Narodzenie.
Tadeusz w życiu nie odprowadzał dzieci do przedszkola - nasze dwie córki chodziły same albo ja je woziłam, a on już był w warsztacie o szóstej. A teraz wstawał o siódmej, golił się, zakładał czystą koszulę i szedł z Hanią za rękę na Grabówkę, do Przedszkola numer osiem. Wracał z bułkami od Staszków i mówił: „Wnuczka jest mądrzejsza ode mnie, pokazała mi dziś, jak się rysuje konia." I uśmiechał się tak, jak się nie uśmiechał od emerytury.
Nie powiem, że nie było nam dobrze. Było. Dom ożył, bo przez lata, odkąd obie córki się wyprowadziły, był za cichy. Hania napełniła go dźwiękiem - tupaniem małych stóp, pytaniami „a dlaczego?", śmiechem przy bajce o siedmiu kozłątkach, którą Tadeusz czytał jej co wieczór, bo żadna inna się nie liczyła.
Gotowałam znowu na trzy osoby, potem na cztery, kiedy Monika wpadała. Pierogi z serem, rosół w czwartek, naleśniki w niedzielę. Hania jadła wszystko oprócz buraków i jeżyła się na sam ich widok - Tadeusz mówił, że po nim, bo on też ich nie cierpi.
Ale mija miesiąc, mija drugi, a Monika dzwoni dwa razy w tygodniu i mówi „niedługo", „zaraz", „jak tylko znajdę coś sensownego". Przyjeżdża w soboty, siedzi dwie godziny, poprawia Hani fryzurę, robi selfie i jedzie. Tadeusz gryzie się w język. Ja też.
W styczniu powiedziałam:
- Monika, jak z tym mieszkaniem?
- Szukam, mamo. Wiesz, jaki jest rynek.
W marcu powiedziałam:
- Monika, Hania zapytała mnie, czy mama tu wróci.
Cisza w słuchawce. Potem:
- Mamo, nie naciskaj. Dam radę.
Nie naciskałam. Kąpałam Hanię, wysuszałam jej włosy, czytałam bajki, szykowałam drugie śniadanie do przedszkola, prałam małe skarpetki i wieszałam je na suszarce obok wielkich skarpet Tadeusza. I kochałam tę dziewczynkę tak, że mnie bolało - bo to nie powinno tak wyglądać. Babcia to babcia, a mama to mama, i żadna ilość rosołu tego nie zmieni.
Tadeusz widział. Pewnego wieczoru, kiedy Hania zasnęła, usiadł obok mnie na kanapie i powiedział cicho:
- Wiesiu, ty się na nią nie gniewaj. Ona się boi.
- Czego?
- Że nie daje rady. A jak się człowiek boi, to udaje, że problemu nie ma.
Tadeusz jest mądrym człowiekiem. Trzydzieści pięć lat w warsztacie, mało mówi, ale jak mówi, to trafia.
A wczoraj Hania przyniosła ten rysunek.
Wróciła z przedszkola rozpromieniona, buty brudne od piasku, plecak z Hello Kitty przekrzywiony na jedno ramię. Weszła do kuchni, wyciągnęła złożoną kartkę i podała mi ją oburącz, jak prezent.
- To dla ciebie, babciu. Narysowałam nasz dom.
Dom - to byliśmy my. Ja i ona na ławce. Za nami coś prostokątnego z trójkątnym dachem i czterema oknami. Nad nami słońce z promieniami. I te literki na dole, pochyłe, niedokładne, najpiękniejsze jakie widziałam.
Schowałam rysunek na lodówce, pod magnesem z Zakopanego.
Monika przyjechała wieczorem, bo obiecała Hani, że poczyta jej nową książkę. Weszła do kuchni po szklankę wody i zobaczyła rysunek. Stała przed lodówką i czytała te dziecięce literki. Długo. Za długo jak na pięć słów.
Odwróciła się. Miała ten sam wyraz twarzy co we wrześniu, kiedy stała na progu z walizkami - tyle że teraz bez walizek i bez wymówki.
- Mamo, muszę ci coś powiedzieć, ale nie wiem, od czego zacząć.
Wytarłam ręce. Usiadłam naprzeciwko. Tadeusz zabrał Hanię do pokoju, bo Tadeusz zawsze wie, kiedy się wycofać.
I Monika zaczęła mówić. Nie „zaraz się ogarnę", nie „niedługo". Mówić naprawdę. Że się boi. Że Damian nie płaci na Hanię i nie odbiera telefonów. Że znalazła mieszkanie w grudniu, ale się z niego wycofała, bo stanęła w pustym pokoju i pomyślała, że nie da rady sama. Że w pracy mają ją za silną, bo nikt nie wie, że jej córka mówi „babciu, tu jest nasz dom" i nie mówi tego do niej.
- Zobaczyłam ten rysunek - powiedziała cicho - i pomyślałam: ona nie narysowała mnie. Nie dlatego, że mnie nie kocha. Tylko dlatego, że dla niej dom to ty.
Chciałam powiedzieć, że to nieprawda, ale byłoby to kłamstwo. Więc powiedziałam co innego:
- Hania cię kocha. Ale Hania potrzebuje, żebyś była. Nie żebyś dzwoniła.
Monika położyła głowę na stole. Nie płakała, ale oddychała tak, jakby płakanie było blisko. A potem podniosła się, otarła oczy i powiedziała:
- Mamo, ja znajdę to mieszkanie. Ale nie sama. Pomożesz mi szukać?
I to było to zdanie. Nie „przepraszam", nie „wrócę za tydzień", nie „zaraz się ogarnę". Tylko prośba o pomoc, pierwsza od września. Pierwsza od dziewięciu miesięcy.
Tadeusz wrócił z Hanią, która miała mokre włosy po kąpieli i piżamę z pandami. Hania wdrapała się Monice na kolana, a Monika objęła ją tak, jakby chciała zapamiętać, jakie to uczucie.
Następnego dnia rano usiadłyśmy z Moniką przy laptopie. Kawa, dwa kubki, portal z ogłoszeniami. Hania rysowała obok - kolejny rysunek. Tym razem cztery postacie pod jednym słońcem: babcia, dziadek, mama i ona. Bez podpisu, bo pani Krysia nie musiała pomagać.
Rysunek powiesiłam obok pierwszego, pod magnesem z Zakopanego. Na lodówce zrobiło się ciasno.
Ale to chyba dobrze.