Co tydzień zawoziłam panią Helenę z parteru na cmentarz do męża - sama już nie dawała rady wsiąść do autobusu. Nigdy nie rozmawiałyśmy o niczym poza pogodą i kwiatami. Kiedy trafiła do szpitala, jej córka zadzwoniła do mnie i powiedziała, że matka zostawiła dla mnie coś w szufladzie nocnego stolika.

Gdybym kiedykolwiek pomyślała, że pani Helena mnie naprawdę widzi - nie jako sąsiadkę z drugiego piętra, nie jako tę, co wozi na cmentarz, ale naprawdę widzi - pewnie zachowywałabym się inaczej. Poprawiałabym włosy przed wyjściem. Dobierałabym słowa staranniej. Nie wycierałabym łez na czerwonym świetle, myśląc, że nikt nie patrzy.

Ale Helena patrzyła. Przez cały rok. I zapisywała.

Zaczęło się od prozaicznej rzeczy. Spotkałam ją w październiku na klatce schodowej - stała przy drzwiach wejściowych z reklamówką pełną zniczy i wyraźnie nie wiedziała, co dalej. Autobus na cmentarz odjeżdżał z przystanku dwieście metrów dalej, ale te dwieście metrów i trzy stopnie przy wejściu do autobusu mogły równie dobrze być Himalajami. Osiemdziesiąt dwa lata, kolana po dwóch operacjach, laska w prawej ręce.

- Pani Helenko, ja jadę w tamtą stronę - powiedziałam, chociaż wcale nie jechałam. - Podwiozę panią.

Tak to się zaczęło. Potem jakoś zostało.

Co sobotę o dziesiątej czekała na mnie przy wejściu do bloku. Ja podjeżdżałam swoim starym Citroenem, ona wsiadała powoli, opierając się jedną ręką o dach, drugą o moją dłoń. Zawsze miała przy sobie konewkę i kwiaty - latem bratki albo pelargonie z balkonu, zimą sztuczne wiązanki, a w listopadzie chryzantemy, za które przepłaciła pewnie w trójnasób u tego łobuza spod bramy cmentarnej.

Jechałyśmy piętnaście minut. Rozmawiałyśmy o pogodzie. O tym, że bratki w tym roku wcześnie przekwitły. O tym, że jest sucho albo mokro, zimno albo gorąco. O niczym.

Ja podwoziłam, czekałam w samochodzie z radiem, Helena szła do grobu Stefana, wracała po dwudziestu minutach z pustą konewką i mokrymi oczami, i jechałyśmy z powrotem. Czasem pytała, czy mogłaby się odwdzięczyć. Mówiłam: "E tam, pani Helenko, po drodze mi." Ona kiwała głową i nie naciskała.

I tyle. Przez rok. Żadnych zwierzeń, żadnych wielkich rozmów, żadnych wizyt na herbatę. Sąsiadki, nic więcej.

Mąż mi umarł pięć lat temu. Henryk, mechanik, pięćdziesiąt osiem lat, zawał w warsztacie, między jednym Passatem a drugim. Prowadziliśmy razem pasmanterię na Modrzejowskiej, która pod koniec była bardziej moja niż nasza, bo Henryk wolał majstrować przy samochodach - ale szyld wisiał z obydwoma nazwiskami i obydwoje byliśmy z tego dumni.

Po jego śmierci zamknęłam sklep, przeszłam na wcześniejszą emeryturę i zostałam z mieszkaniem na drugim piętrze, w którym ciągle pachniało naoliwionym metalem, choć jego narzędzi dawno już nie było.

Nikomu o tym nie opowiadałam. Helenę też nie. Nie widziałam potrzeby.

Trzy tygodnie temu Helena upadła w łazience. Złamanie biodra - klasyka w jej wieku, powiedziała pielęgniarka ze szpitala na Zegadłowicza, kiedy zadzwoniłam, żeby zapytać o stan. Operacja się udała, ale rehabilitacja potrwa. Córka Marta przyjechała z Gdańska, zabrała klucze, zorganizowała opiekę.

W sobotę nie było nikogo pod blokiem. Pojechałam na cmentarz sama. Na grobie Stefana leżały jeszcze zeszłotygodniowe pelargonie, zeschłe na wiór. Podlałam je, chociaż nie miałam konewki - kupiłam butelkę wody na stacji i stałam jak głupia, lejąc z plastikowej butelki na cudzą mogiłę.

Dopiero wtedy zrozumiałam, że właściwie nie wiem, kim był Stefan. Ani kim jest Helena poza staruszką z parteru, która raz w tygodniu odwiedza męża i płaci za drogo za chryzantemy.

Marta zadzwoniła we wtorek wieczorem.

- Pani Krystyno, mama prosiła, żeby pani zajrzała do jej nocnego stolika. Ta szuflada po lewej stronie. Leży tam zeszyt w zielonej okładce, mama mówi, że pani zrozumie.

Miałam klucz do mieszkania Heleny od zeszłej zimy, kiedy zostawiła go u mnie na wypadek, gdyby coś się stało. Coś się stało. Zeszłam na parter, otworzyłam drzwi, zapaliłam światło.

Mieszkanie pachniało zamkniętym powietrzem i miętową pastą do zębów. Na komodzie stała ramka ze zdjęciem mężczyzny o spokojnej twarzy i dokładnie przyczesanych włosach - Stefan, domyśliłam się. Na szafce nocnej leżały okulary do czytania i różaniec. Otworzyłam lewą szufladę.

Zeszyt w zielonej okładce, taki jak ze szkolnej składnicy. Na pierwszej stronie, starczym, ale starannym pismem: "Nasze soboty."

Usiadłam na brzegu łóżka Heleny i zaczęłam czytać.

"14 października. Pani Krystyna zaproponowała, że mnie podwiezie. Chyba widziała, że nie dam rady. Ma dobre oczy, takie, co nie udają, że nie widzą."

"21 października. Pani Krystyna czekała w samochodzie. Przez szybę widziałam, że wyciera oczy. Pewnie jej też kogoś brakuje, ale nie powie, bo jest dumna. Pomodliłam się za nią i za tego, kogo opłakuje."

"4 listopada. Kupiłam chryzantemy u tego samego co zawsze, drogi jak cholera, ale ładne. Pani Krystyna powiedziała, że ładne. Pierwszy raz ktoś to powiedział."

"18 listopada. Pani Krystyna miała brudny rękaw od błota. Pomagała mi wstać z ławki i nie chciała, żebym przepraszała. Powiedziała: 'E tam.' Zawsze mówi 'e tam.' Jakby to nic nie kosztowało."

Kartek było ponad czterdzieści. Czterdzieści kilka sobót. Każda - trzy, cztery zdania. Czasem więcej, kiedy Helena miała widocznie gorszy dzień albo lepszy. Było tam o pogodzie, o kwiatach, o tym, jak wyglądam - że mam zmęczone oczy, że śmieję się za rzadko, że w grudniu miałam nowy szal i wyglądałam w nim ładnie. Było o modlitwach, które Helena odmawiała za mnie wieczorami, nawet nie znając mojego imienia od chrztu.

Ostatni wpis, z dnia przed upadkiem:

"Pani Krystyna nie wie, ile mi daje. Myśli, że tylko wozi. Ale ona mi daje sobotę. Dzień, w którym ktoś na mnie czeka. To więcej niż wszyscy inni razem."

Siedziałam na tym łóżku chyba pół godziny. Zeszyt leżał na kolanach otwarty na ostatniej stronie. Za oknem ktoś wracał z psem, słychać było szczekanie i szuranie butów po chodniku. Normalne dźwięki normalnego wieczoru.

Zadzwoniłam do Marty.

- Kiedy mogę ją odwiedzić?

- W czwartek, po czternastej. Ale mama mówi, że jest okropna i nie chce, żeby pani ją widziała w takim stanie.

- Proszę jej powiedzieć, że przyjadę i przywiorę bratki. I powiem, że ładne.

Po drugiej stronie było cicho. Potem Marta zaśmiała się - ciepło, z takim dziwnym westchnieniem, jakby coś jej ulżyło.

- Wie pani, mama będzie zadowolona.

W czwartek pojechałam. Helena leżała na sali trzyosobowej, mniejsza niż zwykle, z nogą w gipsie podwieszoną jak w filmie. Zobaczyła bratki i uśmiechnęła się - pierwszy raz zobaczyłam, jak się uśmiecha nie od cmentarza, tylko do kogoś żywego.

- Przeczytała pani? - zapytała.

- Przeczytałam.

- I co pani na to?

Położyłam bratki na szafce nocnej, usiadłam na krześle i powiedziałam to, czego przez rok nie umiałam powiedzieć nikomu.

- Pani Helenko, mój mąż miał na imię Henryk. Miał warsztat i uwielbiał Passaty. I bardzo mi go brakuje.

Helena wyciągnęła rękę i położyła mi dłoń na nadgarstku. Skóra sucha, ciepła, lekka jak papier.

- Mój Stefan - powiedziała - grał na akordeonie i zawsze fałszował. I mnie go brakuje codziennie.

Siedziałyśmy tak, dwie wdowy w szpitalnej sali, trzymając się za ręce. Jedna z gipsem na nodze, druga z bratkami na szafce. Pielęgniarka zajrzała, zobaczyła nas i cicho zamknęła drzwi.

Zeszyt leży teraz u mnie na komodzie, obok zdjęcia Henryka. W sobotę jadę na cmentarz - podleję pelargonie u Stefana, a potem swoje u Henryka. Po raz pierwszy oba groby wydają mi się bliżej siebie niż kiedykolwiek. I po raz pierwszy pomyślałam, że może na następną sobotę wezmę własny zeszyt. Zielony.