Synowa zapisała wnuczkę na trzy zajęcia dodatkowe. Powiedziała, że to dla jej rozwoju. Po miesiącu okazało się, że na każde z nich ja mam ją wozić - i że za karnety zapłaciłam ja, bo "przecież babcia chciała zrobić prezent"
Wyciąg z konta przyszedł we wtorek rano, razem z rachunkiem za gaz i ulotką z Biedronki. Usiadłam przy kuchennym stole, nalałam sobie herbaty z cytryną i założyłam okulary. I wtedy zobaczyłam tę kwotę.
Tysiąc czterysta osiemdziesiąt złotych. Trzy przelewy w ciągu jednego tygodnia, wszystkie z dopiskiem "zajęcia Zuzi".
Dopiero teraz, widząc te trzy liczby jedna pod drugą, zrozumiałam, ile naprawdę oddałam.
Wstałam, podeszłam do okna. Z mojego mieszkania na czwartym piętrze w bloku na Winogradach widać kawałek parku i śmietnik, do którego właśnie dojeżdżała śmieciarka. Gdzieś w bloku obok ktoś wiercił w ścianie.
Zwyczajny wtorkowy poranek. Tylko że ja trzymałam w rękach kartkę, z której wynikało, że w ciągu tygodnia wyparowało mi z konta półtora tysiąca złotych - i że zgodziłam się na to sama, na własne życzenie.
- Grażyna, ty się nie denerwuj - powiedziałam sama do siebie, bo tak mnie nauczyła nieboszczka matka, żeby w trudnych chwilach mówić do siebie po imieniu. - Grażyna, usiądź i pomyśl.
Usiadłam. Pomyślałam. I zobaczyłam wszystko od początku.
Trzy tygodnie wcześniej Marta, moja synowa, przyszła do mnie z Zuzią na niedzielny obiad. Syn, Tomek, pracował tamtego dnia - od kiedy awansował na kierownika zmiany w fabryce pod Poznaniem, pracował w weekendy częściej niż przedtem.
Zrobiłam rosół, pierogi z mięsem i sernik. Zuzia, moja jedyna wnuczka, siedmiolatka z warkoczykami, zjadła dwa pierogi i zapytała, czy może obejrzeć bajkę na telefonie. Puściłam.
Marta została ze mną przy stole.
- Mamo - zaczęła, a ja się zawsze lekko wzdrygałam, kiedy tak mnie nazywała, bo mówiła "mamo" tylko wtedy, kiedy czegoś chciała - zastanawiałam się nad Zuzią. Ona jest taka zdolna. Pani w szkole mówiła, że powinnyśmy rozwijać jej talenty.
- No to rozwijajcie - powiedziałam i dolałam jej herbaty.
- Myślałam o angielskim, rytmice i basenie. Trzy razy w tygodniu. To by jej dało taki fundament, rozumie mama.
Pokiwałam głową. Fundament to dobra rzecz. Ja sama w podstawówce chodziłam tylko do kółka plastycznego w domu kultury i do dziś żałuję, że nie dali mnie wtedy na pianino, bo ciotka mówiła, że mam ucho.
- A pieniądze? - zapytałam, bo wiedziałam, że Tomek z Martą ledwo wiążą koniec z końcem. Kredyt na mieszkanie, leasing na samochód, Zuzia, żłobek jeszcze niedawno.
Marta się uśmiechnęła. Miała taki uśmiech, którego nauczyłam się nie ufać. Delikatny, jakby przepraszający, ale w oczach - chłodny.
- No właśnie o tym chciałam porozmawiać. Bo wie mama, święta były, urodziny Zuzi były... Myślałam, że może mama chciałaby jej zrobić taki prezent. Nie zabawkę, tylko coś trwałego. Rozwój. Karnety na semestr.
Zamilkłam. W kuchni tykał zegar po mojej matce, ten, który ma pęknięte szkiełko i co roku obiecuję sobie, że go wymienię.
- A ile to wychodzi, dziecko?
- Ja policzę i mamie powiem. Coś w granicach tysiąca może. Ale to taki piękny prezent, mamo. Zuzia do końca życia będzie pamiętać.
Zgodziłam się. Oczywiście, że się zgodziłam. Jaka babcia powie wnuczce "nie" w takiej sprawie?
Tydzień później Marta przysłała mi SMS-em trzy numery kont i kwoty. Pierwszy - czterysta dwadzieścia, na szkołę językową. Drugi - trzysta osiemdziesiąt, na rytmikę. Trzeci - sześćset osiemdziesiąt, na basen. Razem tysiąc czterysta osiemdziesiąt. Nie tysiąc. Ale już się zgodziłam, więc co miałam robić.
Zapłaciłam wszystko tamtego samego dnia.
I teraz, we wtorek rano, patrząc na wyciąg z konta, przypomniałam sobie coś jeszcze. Coś, co powiedziała Marta, kiedy odbierała Zuzię po obiedzie.
- A, mamo, jeszcze jedno. Bo ja w poniedziałki mam długie dni w pracy, we środy Tomek ma zmiany, a w czwartki ja mam kurs. Więc gdyby mama mogła czasem Zuzię zawieźć, to byłoby cudownie. Pani w szkole językowej mówiła, że angielski jest o szesnastej, rytmika o siedemnastej trzydzieści, a basen o osiemnastej. Mama ma samochód, mama ma czas...
Powiedziałam wtedy "no, zobaczymy". Nie powiedziałam "tak". Byłam pewna, że nie powiedziałam "tak".
Ale w poniedziałek o piętnastej zadzwonił telefon.
- Mamo, jesteś? Zuzia czeka pod szkołą, musisz ją zabrać na angielski za dwadzieścia minut. Pisałam ci wczoraj.
Nie pisała. Sprawdziłam.
Pojechałam. Bo co miałam zrobić, zostawić siedmiolatkę pod szkołą? Zawiozłam ją na angielski, poczekałam godzinę w samochodzie, bo po co wracać do domu, odwiozłam do Marty. Marta podziękowała, dała mi słoik swoich ogórków kiszonych i zamknęła drzwi.
W środę to samo, tylko rytmika.
W czwartek - basen. Basen to była dla mnie wyprawa, bo szkoła pływania była po drugiej stronie miasta. Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę. Siedziałam na plastikowym krzesełku w szatni dla rodziców i patrzyłam, jak Zuzia w różowym kostiumie macha do mnie przez szybę. Była szczęśliwa. Ja byłam zmęczona.
We wtorek, trzy tygodnie po tamtej niedzieli, usiadłam z wyciągiem z konta i policzyłam. Tysiąc czterysta osiemdziesiąt za karnety. Około czterystu złotych miesięcznie na paliwo. Dwanaście godzin w tygodniu poświęconych na wożenie. I ani razu, przez te wszystkie kursy, Marta nie zapytała, czy ja się dobrze czuję. Ani razu Tomek do mnie nie zadzwonił, żeby powiedzieć "mamo, dziękuję".
Wstałam od stołu. Podeszłam do telefonu. Wybrałam numer syna.
- Tomek, musimy pogadać. Przyjedź wieczorem sam, bez Marty.
Przyjechał o dziewiętnastej. Zrobiłam mu herbatę, posadziłam przy stole i pokazałam wyciąg. Tomek długo patrzył na cyfry. Potem westchnął tak, jak westchał jego ojciec, kiedy dowiadywał się, że znowu mam rację.
- Mamo... ja nie wiedziałem, że to tak wyszło. Marta mi mówiła, że to ty sama chciałaś.
- Tomek, ja chciałam zrobić prezent. Jeden. Na urodziny. A nie być niepłatną taksówkarką i bankomatem.
Syn milczał. Patrzył w okno, na ten sam widok co ja rano. Park, śmietnik, bloki.
- Porozmawiam z nią.
- Nie - powiedziałam. - Ja z nią porozmawiam. Ale chcę, żebyś ty przy tym był. Bo to też twoja sprawa, Tomek. To twoja żona i twoja córka, i twoja matka.
Rozmowa odbyła się w sobotę. Marta płakała, potem się zdenerwowała, potem powiedziała, że "mama zawsze wszystko musi wywlekać". Tomek pierwszy raz od lat jej przerwał. Powiedział spokojnie, że pieniądze mi zwrócą w ratach i że na zajęcia Zuzię będą wozić sami, a jeśli nie dadzą rady wszystkim trzem, to coś odpuszczą.
Marta wyszła do łazienki. Wróciła po kwadransie z zaczerwienionymi oczami i powiedziała "przepraszam, mamo". Pokiwałam głową. Nie powiedziałam "nic się nie stało", bo stało się.
Teraz jest listopad. Zuzia chodzi tylko na basen, bo rytmikę odpuścili, a angielskim zajmuje się Marta wieczorami w domu, ze zwykłą książeczką z Empiku. W niedziele przychodzą do mnie na obiad i Zuzia siada mi na kolanach, pachnie chlorem i dziecięcym szamponem, i opowiada, że już umie pływać pieskiem.
Czasem, kiedy zostaję sama wieczorem, myślę o tamtej niedzieli i o tym uśmiechu Marty. I myślę, że miłość do wnuków to jedno, a bycie frajerką to drugie. I że czasem najgorsze, co można zrobić rodzinie, to nie powiedzieć "nie" w odpowiednim momencie.
Tysiąc czterysta osiemdziesiąt złotych to cena, którą zapłaciłam za tę lekcję. Ale wnuczka nauczyła się pływać pieskiem. Więc może jednak nie tak drogo.