Tata trafił do szpitala po udarze. Pojechałam do niego po dokumenty do ZUS-u. W komodzie leżał akt notarialny.
Szuflada zacinała się jak zawsze - trzeba było pociągnąć mocniej z lewej strony i lekko unieść. Znałam ten ruch od trzydziestu lat. Znałam też zawartość: książeczka zdrowia taty, polisa, dowód rejestracyjny starego opla, rachunki w gumce. Wszystko na swoim miejscu. Z wyjątkiem białej teczki z logo kancelarii notarialnej, której nigdy wcześniej tam nie widziałam.
Otworzyłam ją stojąc w przedpokoju, jeszcze w kurtce, z kluczami w drugiej ręce. Akt notarialny, repertorium A numer taki i taki. Umowa darowizny nieruchomości. Data - dwudziesty trzeci marca dwa tysiące dwudziestego trzeciego roku. Darczyńca: Stanisław Krawiec. Obdarowana: Agnieszka Krawiec-Nowak.
Moja młodsza siostra. Nasz dom rodzinny. Dwa lata temu.
Usiadłam na stołku w przedpokoju, tym samym, na którym tata zawsze zdejmował buty po powrocie z działki. Za ścianą tykał zegar z kukułką, który pamiętam od dzieciństwa. Przeczytałam akt jeszcze raz, wolniej, jakbym liczyła na to, że za pierwszym razem pomyliłam litery. Nie pomyliłam.
Mam na imię Teresa, mam pięćdziesiąt osiem lat i od dwudziestu pięciu prowadzę sklep papierniczy przy ulicy Krakowskiej w Tarnowie. Dwieście metrów od domu, w którym się wychowałam - tego samego, który tata właśnie przepisał na Agnieszkę.
Przez dwadzieścia pięć lat otwierałam sklep o ósmej, a o wpół do ósmej zaglądałam do taty sprawdzić, czy wziął leki na ciśnienie. Agnieszka przez ten czas mieszkała w Krakowie, przyjeżdżała na święta i dzwoniła w niedziele - czasem.
Tata trafił do szpitala we wtorek rano. Sąsiadka, pani Władzia, zadzwoniła do mnie do sklepu, że karetka stoi pod domem. Rzuciłam wszystko i pojechałam. Udar niedokrwienny, powiedzieli w szpitalu. Rokowania ostrożne. Potrzebne dokumenty - numer PESEL, zaświadczenie o ubezpieczeniu, cokolwiek, co pomoże ogarnąć formalności.
Zadzwoniłam do Agnieszki z parkingu szpitalnego.
- Jadę do taty po papiery - powiedziałam. - Masz może klucz zapasowy? Mój jest w domu, muszę lecieć do mieszkania najpierw.
Chwila ciszy. Krótka, ale wyraźna.
- Nie, nie mam - odpowiedziała. - Weź swój i jedź, ja jutro przyjadę.
Jutro. Tata leży na OIOM-ie, a ona jutro.
Ale to nie była nowość. Agnieszka zawsze miała swoje jutro - jutro zadzwonię, jutro odwiedzę, jutro się zajmę. Kiedy mama chorowała na raka sześć lat temu, Agnieszka przyjeżdżała co trzeci weekend. Ja byłam codziennie. Kiedy mama umierała, Agnieszka siedziała w samolocie z Lizbony, bo akurat miała urlop z Darkiem. Zdążyła na pogrzeb. Nie zdążyła się pożegnać.
Nie mówiłam o tym na głos, bo w naszej rodzinie nie mówi się o takich rzeczach na głos. Tata po pogrzebie mamy powiedział jedno zdanie: "Każdy radzi sobie, jak umie." I to zamknęło temat.
Teraz, siedząc na tym stołku z aktem notarialnym na kolanach, rozumiałam to zdanie inaczej. Każdy radzi sobie, jak umie. Agnieszka radziła sobie tak, że dostała dom.
Próbowałam zrekonstruować, kiedy to się mogło stać. Marzec dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Co robiłam w marcu? Sklep, inwentaryzacja, podatki za poprzedni rok. Tata miał wtedy osiemdziesiąt lat i wyglądał jak zwykle - chodził na działkę, karmił koty, pił kawę z panem Henrykiem z sąsiedztwa. Nic nie wskazywało na to, że jeździł do notariusza.
Ale ktoś go tam zawiózł. Bo tata nie ma prawa jazdy od pięciu lat - oddał je sam, kiedy zaczął gorzej widzieć. Ktoś go zawiózł, ktoś z nim siedział u notariusza, ktoś go potem odwiózł do domu. I przez dwa lata nikt - ani tata, ani Agnieszka, ani pan Henryk, który wiedział chyba o wszystkim - nie powiedział mi słowa.
Dwa lata wspólnych obiadów niedzielnych. Dwa lata moich codziennych wizyt. Dwa lata patrzenia mi w oczy.
Zadzwoniłam do Agnieszki dopiero następnego dnia. Nie dlatego, że chciałam ochłonąć. Chciałam, ale nie umiałam. Po prostu nie wiedziałam, co powiedzieć, żeby nie krzyczeć.
- Wiem o akcie - powiedziałam.
Cisza. Tym razem dłuższa.
- Teresa, tata tak chciał - odpowiedziała w końcu.
- Tata tak chciał, czy ty go o to poprosiłaś?
- To jest skomplikowane.
- Co tu jest skomplikowanego? Przepisał dom. Na ciebie. Dwa lata temu. I nikt mi nie powiedział.
Agnieszka zaczęła tłumaczyć. Że tata martwił się o jej sytuację po rozwodzie z Darkiem, bo została bez mieszkania. Że ona nie chciała, żeby to tak wyglądało, ale tata nalegał. Że miała mi powiedzieć, ale nie wiedziała jak. Że to nie znaczy, że nie mogę tam mieszkać, że nic się nie zmieni, że dom jest dla nich obydwu.
Słuchałam i myślałam o jednym: przez sześć lat choroby mamy ja wstawałam o piątej, żeby zdążyć ją umyć, przebrać i nakarmić przed otwarciem sklepu. Agnieszka przez ten czas zmieniała mężów i miasta. A dom dostała ona.
Pojechałam do taty do szpitala. Leżał na sali czteroosobowej, podłączony do kroplówki, z opadniętą lewą stroną twarzy. Wyglądał mniejszy niż zwykle. Zobaczył mnie i poruszył prawą ręką - lewą jeszcze nie mógł.
- Tato - powiedziałam, siadając obok. - Znalazłam akt w komodzie.
Patrzył na mnie. Oczy miał przytomne, mokre. Poruszał ustami, ale słowa wychodziły niewyraźnie, połowicznie. Zrozumiałam jedno: "Przepraszam."
Nie wiem, czy przepraszał za dom, za ciszę, czy za to, że muszę to wszystko ogarnąć sama, kiedy on leży w szpitalu i nie może się ruszać. Może za wszystko naraz.
Zostałam przy nim dwie godziny. Poprawiłam mu poduszkę, nalałam wody do kubka z dzióbkiem, porozmawiałam z pielęgniarką o rehabilitacji. Zrobiłam dokładnie to, co robiłam zawsze. Bo niezależnie od tego, co leżało w komodzie, tata dalej był moim tatą. I dalej potrzebował kogoś, kto przyjedzie, zapyta, dopilnuje.
Agnieszka przyjechała w piątek. Weszła na salę z kwiatami - tulipany, żółte, takie same jak na pogrzebie mamy. Usiadła po drugiej stronie łóżka i wzięła tatę za rękę. Patrzył na nas obie i płakał.
Nie rozmawiałyśmy przy nim. Wyszłyśmy razem na korytarz i stanęłyśmy przy oknie, za którym widać było parking i kawałek szpitalnego ogrodu.
- Nie chodzi mi o dom - powiedziałam, chociaż kłamałam. Chodziło mi też o dom. - Chodzi mi o to, że oboje wiedzieliście i oboje milczeliście. Przez dwa lata.
Agnieszka patrzyła przez okno.
- Bałam się, że mnie znienawidzisz - powiedziała cicho.
- Więc wolałaś, żebym się dowiedziała z szuflady?
Nie odpowiedziała. Stałyśmy tak przez chwilę, dwie siostry po pięćdziesiątce, oddzielone czymś, czego nie dało się naprawić jedną rozmową. Może nie dało się naprawić w ogóle.
Wracałam do Tarnowa wieczorem, pustą drogą, z radiem ściszonym do szeptu. Myślałam o komodzie - tej samej, w której mama trzymała nasze świadectwa szkolne, moje i Agnieszki, jedno obok drugiego, w jednej teczce. Jakby były równe.
Dokumenty do ZUS-u znalazłam ostatecznie w drugiej szufladzie. Były dokładnie tam, gdzie zawsze.