Na komunię wnuka kupiłam mu laptopa - dwa tysiące siedemset, z mojej lokaty. W poniedziałek synowa wstawiła zdjęcia z podpisem: „Dziękujemy dziadkom z Gdańska za wspaniały prezent!". Dziadkowie z Gdańska dali mu grę. Laptop stoi na zdjęciu.
Gdybym nie miała nawyku przeglądania Facebooka przy porannej kawie, pewnie dowiedziałabym się od sąsiadki. Bo sąsiadka Krysia lubi zdjęcia z komunii bardziej niż własne seriale.
Ale to ja zobaczyłam pierwsza. Poniedziałek, siódma dwadzieścia rano, kuchnia, kubek z napisem „Najlepsza babcia na świecie" - prezent od Olka sprzed dwóch lat. Na ekranie telefonu cztery zdjęcia w jednym poście.
Olek w białej albie, Olek z rodzicami, Olek przy stole. I Olek z laptopem na kolanach - tym samym laptopem, który tydzień wcześniej wybrałam w Media Markt na Słowackiego, płacąc z lokaty, którą trzymałam na czarną godzinę. Pod spodem komentarz Agnieszki: „Dziękujemy kochanym dziadkom z Gdańska za wspaniały prezent! Olek nie mógł uwierzyć!".
Dziadkowie z Gdańska - rodzice Agnieszki - dali mu grę komputerową. Widziałam, jak Olek ją rozpakowywał. Pudełko za może sto złotych. I teraz to oni mieli być tymi, którzy sprawili dziecku radość życia?
Przeczytałam ten podpis trzy razy. Potem odstawiłam kubek, bo ręce mi się trzęsły i wiedziałam, że go zaraz wyleję.
Mam na imię Jolanta, od dwóch lat jestem na emeryturze. Trzydzieści jeden lat przepracowałam w aptece na Żeromskiego, prawie wszyscy w Radomiu znali mnie z widzenia. Marcin jest moim jedynym synem. Kiedy ożenił się z Agnieszką dziesięć lat temu, cieszyłam się. Ładna, wykształcona, pracuje w banku. Rodzice z Gdańska, oboje lekarze. Eleganccy ludzie.
Przez pierwsze lata było dobrze. A potem zaczęłam zauważać pewien wzorzec.
Kiedy Olek się urodził, kupiłam wózek. Drogi, porządny, taki, jakim chciałam wozić wnuka. Na zdjęciach w internecie pojawiał się z podpisem „nasz nowy nabytek". Bez słowa o babci z Radomia. Kiedy rodzice Agnieszki przywieźli pluszowego misia, dostali zdjęcie z dedykacją i trzema serduszkami.
Tłumaczyłam sobie, że przesadzam. Że to tylko internet. Że Agnieszka pewnie nie myśli o tym w ten sposób.
Ale potem było przyjęcie na trzecie urodziny Olka. Zrobiłam trzy blaszki sernika i sałatkę jarzynową na dwadzieścia osób. Matka Agnieszki przyjechała z gotowym tortem z cukierni - piękny, z autkiem na wierzchu. Na zdjęciach był tylko tort. Sernik jedli wszyscy, ale na Facebooku nie istniał.
Marcin, kiedy mu o tym mówiłam, wzruszał ramionami. - Mamo, to tylko internet. Nikt na to nie patrzy.
Nieprawda. Patrzy Krysia z sąsiedztwa. Patrzy moja siostra z Kielc. Patrzy koleżanka z apteki, z którą pracowałam dwadzieścia lat. I każda z nich widzi, że babcia z Gdańska jest wspaniała, a babcia z Radomia jakby nie istniała.
Na komunię Olka szykowałam się pół roku. Marcin wspomniał, że chłopak marzy o laptopie. Nie o byle jakim - o takim, na którym mógłby rysować w jakimś programie, bo chodzi na kółko plastyczne.
Poszłam do sklepu, spytałam sprzedawcę, który model się nadaje. Dwa tysiące siedemset. Spojrzałam na wyciąg z lokaty. Miałam odłożone cztery tysiące - na dentystę, bo most mi się chwieje, i na ewentualną awarię pralki, która już ma swoje lata. Wypłaciłam. Pomyślałam, że pralka jeszcze pociągnie, a most poczeka.
Olek rozpakował laptopa przy wszystkich. Krzyknął „Babciu!" i rzucił mi się na szyję. Czułam jego ręce na moich plecach i myślałam, że to jest ten moment, dla którego warto było się ściskać z budżetem. Agnieszka stała obok, uśmiechała się grzecznie, powiedziała „Jolanta, nie trzeba było aż tak". Jej matka z Gdańska pokiwała głową z taką miną, jakby ktoś podał za dużo cukru do herbaty.
A w poniedziałek - post. Laptop na zdjęciu. „Dziękujemy dziadkom z Gdańska."
Przez dwie godziny chodziłam po mieszkaniu. Robiłam herbatę, której nie piłam. Wycierałam blat, który był czysty. Patrzyłam na telefon, odkładałam, brałam znowu.
O dziesiątej zadzwoniłam do Marcina.
- Widziałeś, co Agnieszka napisała na Facebooku?
Cisza. Potem westchnienie.
- Mamo, nie rób z tego afery.
- Marcin, ja za tego laptopa zapłaciłam z lokaty. Odłożyłam dentystę. A twoja żona napisała, że to prezent od jej rodziców.
- Pewnie się pomyliła. Albo chodziło jej o tę grę, a laptop akurat stał obok.
- Laptop stał na kolanach Olka. Rozpakowywał go przy wszystkich. Wszyscy widzieli, od kogo jest.
Marcin milczał. Słyszałam, jak oddycha.
- Pogadam z nią - powiedział w końcu.
Minął tydzień. Post nadal wisi. Żadnej poprawki, żadnego komentarza, żadnego „przepraszam, pomyłka". Pod spodem dwadzieścia polubień i komentarz matki Agnieszki: „Olek zasługuje na to co najlepsze ❤️".
Krysia z sąsiedztwa spotkała mnie na klatce.
- Jolcia, a fajnego laptopa wnukowi kupili ci dziadkowie z Gdańska, nie? Widziałam na Fejsie.
Nie poprawiłam jej. Uśmiechnęłam się i weszłam do mieszkania. Zamknęłam drzwi. Usiadłam na taborecie w przedpokoju i siedziałam tak chyba dwadzieścia minut.
Wczoraj Olek zadzwonił. Pokazywał mi przez kamerkę, co narysował na tym laptopie - smoka z trzema głowami i zamek na chmurze. Mówił „Babciu, patrz, to dla ciebie narysowałem!".
Pomyślałam, że on wie. On wie, od kogo ten laptop.
Tylko że Olek ma dziewięć lat i nie czyta postów na Facebooku.