Przez dwa lata płaciłam wnuczce za korepetycje z matematyki, sto pięćdziesiąt złotych w każdą sobotę. Zdała maturę na osiemdziesiąt procent. Na rodzinnym obiedzie synowa wzniosła toast „za tatę, który zawsze wierzył w Olę".

Gdyby ktoś mi powiedział, że można siedzieć przy stole pełnym jedzenia, w otoczeniu najbliższych, z kieliszkiem musującego w dłoni - i czuć się tak, jakby ktoś właśnie zamknął drzwi przed twoim nosem, nie uwierzyłabym.

A jednak dokładnie tak się czułam tamtego niedzielnego popołudnia w czerwcu, kiedy Patrycja podniosła kieliszek i powiedziała te słowa.

Ale po kolei.

Ola zawsze miała kłopot z matematyką. Jeszcze w podstawówce gubiła się w ułamkach, a tabliczka mnożenia budziła w niej taki sam entuzjazm jak wizyta u dentysty. Mój syn Dariusz machał ręką - sam miał dwójkę z matmy na maturze i jakoś żyje, powtarzał.

Patrycja, jego żona, martwiła się bardziej, ale na swój sposób - szukała filmików na YouTube, kupowała zeszyty ćwiczeń, które potem leżały nietknięte pod łóżkiem. Nikt nie pomyślał o korepetycjach, bo korepetycje kosztują.

Ja pomyślałam.

Trzydzieści lat w aptece przy Żeromskiego nauczyło mnie jednego - że problemy nie znikają same, trzeba po prostu podać właściwy lek we właściwym momencie. Kiedy Ola szła do drugiej klasy liceum, zadzwoniłam do pani Agnieszki - córki mojej dawnej koleżanki z pracy, nauczycielki matematyki w technikum. Umówiłyśmy się na soboty, sto pięćdziesiąt złotych za półtorej godziny.

Sto pięćdziesiąt złotych. Co sobotę. Z emerytury, z której po opłatach i lekach zostawało tyle, że człowiek dwa razy się zastanowi, zanim kupi ser żółty, który nie jest w promocji.

Ale Ola przychodziła do mnie po każdych zajęciach. Siadała w kuchni, piła kakao z mlekiem, i opowiadała, że pani Agnieszka wytłumaczyła jej logarytmy tak, że wreszcie rozumie. Że funkcje trygonometryczne nie są takie straszne. Że może jednak zda tę maturę.

- Babciu, a pani Agnieszka powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to mogę wycelować w siedemdziesiąt procent - powiedziała kiedyś z takim blaskiem w oczach, że poczułam, jak coś mi się ściska w gardle.

- To celuj w osiemdziesiąt - odpowiedziałam.

Zaśmiała się, jakbym powiedziała żart.

Dariusz wiedział o korepetycjach. Powiedziałam mu na samym początku, żeby się nie martwił kosztami. Pokiwał głową, powiedział "dzięki, mamo" i tyle. Nie pytał, ile płacę. Nie pytał, czy mi to nie ciąży.

Raz, może dwa razy wspomniał Oli, żeby się przykładała, skoro babcia łoży. Patrycja - nie jestem pewna, ile dokładnie wiedziała. Dariusz miał tendencję do mówienia rzeczy w pół słowa. "Mama się tym zajęła" - pewnie tak to przedstawił. Bez kwot, bez szczegółów.

Dwa lata. Sto cztery soboty, nie licząc świąt i dwóch tygodni, kiedy Ola miała grypę. Z grubsza piętnaście tysięcy złotych. Nie liczyłam na bieżąco - policzyłam potem, tamtego wieczoru, kiedy wróciłam z obiadu i usiadłam w kuchni z kartką i długopisem. Ale to było potem.

W maju Ola zdała maturę. Osiemdziesiąt procent z matematyki.

Kiedy mi powiedziała, płakałam. Nie wstydzę się tego. Stałam w przedpokoju z telefonem w ręku i płakałam, a Ola po drugiej stronie powtarzała "babciu, no nie płacz, babciu". Wiedziałam, ile ją to kosztowało.

Ile sobotnich poranków zamiast leżeć do południa jechała autobusem do pani Agnieszki. Ile razy chciała rzucić. Ile razy ja chciałam jej powiedzieć, że może wystarczy, że nie musi. Ale nie powiedziałam, bo wiedziałam, że to nieprawda.

Obiad zorganizowała Patrycja. Zaprosiła rodziców, siostrę z mężem, nas - mnie i Olę. Dariusz usmażył schabowe, Patrycja zrobiła sałatkę i ten swój sernik na zimno, który zawsze jej wychodzi. Na stole stały dwa bukiety kwiatów i butelka prosecco.

Było miło. Naprawdę było miło. Ola się śmiała, pokazywała coś na telefonie, Patrycja nakładała sałatkę. Jej matka chwaliła sernik. Normalny, ciepły rodzinny obiad.

A potem Patrycja wstała z kieliszkiem.

- Chciałabym wznieść toast - zaczęła, a wszyscy ucichli. - Za Olę, która udowodniła, że jak się chce, to się da. I za Darka - tu spojrzała na mojego syna z takim ciepłem, że aż mnie zabolało, kiedy dokończyła - za tatę, który zawsze wierzył w Olę i nigdy jej nie pozwolił się poddać.

Wszyscy podnieśli kieliszki. Dariusz się uśmiechnął, skromnie, jak to on. Ola pocałowała go w policzek.

A ja stałam z kieliszkiem w dłoni i czułam, jak musujące bąbelki pękają na powierzchni wina, jeden po drugim, drobne, nieistotne eksplozje.

Nie powiedziałam nic.

Czekałam. Myślałam, że może za chwilę, że może Patrycja doda "i oczywiście za babcię" albo że Dariusz powie "i za mamę, która to wszystko zorganizowała". Czekałam, jak się czeka na autobus, który się spóźnia - z nadzieją malejącą z każdą minutą.

Ale nikt nic nie dodał. Rozmowa potoczyła się dalej. Ktoś zapytał o studia, ktoś o wakacje. Patrycja zaczęła zbierać talerze.

Ola podeszła do mnie później, w kuchni, kiedy pomagałam zmywać.

- Babciu, dziękuję - powiedziała cicho, tak żeby nikt nie słyszał. - Wiem, że bez ciebie bym nie zdała.

Pogłaskałam ją po włosach. Oczywiście, że wiedziała. Ola zawsze wiedziała.

- Idź do gości, kochanie - powiedziałam. - Ja tu dokończę.

Wróciłam do domu o siódmej. Zdjęłam buty, postawiłam czajnik, usiadłam przy kuchennym stole. I wtedy - dopiero wtedy - poczułam coś, co nie było ani złością, ani żalem. Raczej jakimś spokojnym zdziwieniem, że można przez dwa lata robić coś, co kosztuje więcej niż pieniądze, i na końcu stać się w tej historii postacią drugoplanową. Nawet nie drugoplanową - statystką. Babcią, która zmywa.

Nie zadzwoniłam do Dariusza. Nie napisałam Patrycji. Nie zamierzałam robić sceny, bo sceny w naszej rodzinie robi się tylko na pogrzebach, i to przypadkiem.

Ale kiedy następnego dnia Dariusz zadzwonił z pytaniem, czy w sobotę mogę posiedzieć z młodszym wnukiem, bo z Patrycją idą na wesele, odpowiedziałam spokojnie:

- Nie mogę. Mam plany.

Nie miałam żadnych planów.

Albo właściwie - miałam jeden. Przestać udawać, że nie zauważam, kiedy mnie nie zauważają.