Dzieci przyjeżdżają raz na miesiąc, w niedzielę, z pustym bagażnikiem. Przy pożegnaniu wnuczka zapytała mamę, czy za tydzień «znowu jedziemy do babci po słoiki». Właśnie pakowałam im czternasty - z bigosem.

Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że będę liczyć słoiki, które pakuję synowi do bagażnika, pomyślałabym, że zwariowałam. Ale człowiek się zmienia. Czasem wystarczy jedno zdanie siedmiolatki, żeby zobaczyć rzeczy, na które sam nie chciał patrzeć.

To było w niedzielę, pod koniec października. Tomek z Agnieszką przyjechali jak zwykle koło jedenastej. Zuzia wbiegła pierwsza, rzuciła się na mnie z krzykiem "babciu!", a ja poczułam ten zapach jej szamponu truskawkowego i pomyślałam - dla tego jednego momentu warto było stać wczoraj cztery godziny przy garach.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej uczyłam polskiego w liceum w Płocku - trzydzieści jeden lat przy tablicy. Mąż, Stanisław, odszedł cztery lata temu.

Zawał w warsztacie, między jednym samochodem a drugim. Od tamtej pory mieszkam sama w naszym mieszkaniu na Podolszycach, trzecie piętro, widok na parking i plac zabaw, na który już nikt nie przychodzi.

Tomek to nasz jedynak. Mieszka z Agnieszką i Zuzią w Warszawie, w kawalerce z kredytem, które nazywają "dwupokojowym apartamentem". Dojeżdżają do mnie niecałe dwie godziny, ale jakoś nigdy nie mogą przyjechać częściej niż raz w miesiącu.

Przyjechać - to może za dużo powiedziane. Wpaść. Bo te wizyty mają swój rytm, który zaczęłam dostrzegać dopiero niedawno. Tomek wchodzi, całuje mnie w policzek, pyta "co słychać, mamo?", ale nie czeka na odpowiedź, bo już patrzy w telefon. Agnieszka robi herbatę - zawsze tę swoją, z torebki, którą przywozi, bo mojej liściastej nie pije. Zuzia bawi się w moim pokoju. A ja podaję obiad.

I tu zaczyna się ta część, o której chcę opowiedzieć.

Od kiedy Staszek umarł, gotowanie stało się moim sposobem na ciszę. Nie na samotność - na ciszę. Bo samotność to jest wtedy, kiedy chcesz z kimś porozmawiać, a nie masz z kim. A cisza to jest wtedy, kiedy nie słyszysz nawet siebie. Więc gotowałam. Rosół w poniedziałek, pierogi w środę, bigos w czwartek, ciasto w piątek. Przetwory robiłam latem - ogórki, dżemy, leczo, kompoty. Piwnica pełna słoików jak w sklepie.

Na początku to było dla mnie. Potem zaczęłam pakować Tomkowi. Jeden słoik, dwa. "Weź, synku, to domowe, lepsze niż ze sklepu." Tomek brał. Agnieszka dziękowała. Zuzia pytała, czy jest truskawkowy dżem.

Nie pamiętam, kiedy z dwóch słoików zrobiło się osiem. Potem dwanaście. Potem zaczęłam przygotowywać je z wyprzedzeniem - tydzień przed ich wizytą ustawiałam na blacie rząd słoików i decydowałam, co tym razem.

Bigos w tym dużym. Pierogi mrożone w pojemniku. Dżem wiśniowy. Ogórki kiszone. Leczo na zimę. Zupa pomidorowa, bo Zuzia lubi. Kotlety mielone, bo Agnieszka "nie ma czasu gotować w tygodniu".

Robiłam zakupy w czwartek. W piątek gotowałam przetwory. W sobotę obiad na niedzielę i ciasto. W niedzielę rano wstawałam o szóstej, żeby wszystko było ciepłe, świeże, gotowe.

Tomek nigdy nie pytał, ile mnie to kosztuje. Ani ile czasu zajmuje. Pewnego razu, gdy układałam mu w bagażniku kolejną torbę z jedzeniem, powiedziałam żartem: "Synku, ja ci te słoiki zaczynam liczyć, bo mi się piwnica pusta robi." Zaśmiał się. "Mamo, to znaczy, że dobrze gotujesz."

I wtedy ta niedziela w październiku.

Obiad zjedli w dwadzieścia minut. Agnieszka zerknęła na zegarek i powiedziała, że muszą wracać, bo Zuzia ma jutro angielski rano. Tomek zaczął wnosić słoiki do samochodu. Ja stałam w kuchni i pakowałam ostatnie - ten czternasty, z bigosem, bo poprzednim razem Agnieszka wspomniała, że "Tomek ciągle pyta, kiedy będzie bigos".

I wtedy Zuzia, stojąc w przedpokoju w swoich różowych kaloszach, zapytała mamę głośno i wyraźnie:

- Mamo, a za tydzień znowu jedziemy do babci po słoiki?

Agnieszka się zaśmiała. "Za miesiąc, kochanie, nie za tydzień." I poprawiła jej czapkę.

Ale Zuzia nie skończyła.

- Bo Magda z przedszkola mówi, że jej babcia to robi naleśniki i się razem bawią. A my to tylko jedziemy i zabieramy słoiki.

Cisza. Ta prawdziwa, gęsta cisza, w której słychać zegar na ścianie i kapanie kranu. Agnieszka zabrała Zuzię za rękę i wyprowadzała na klatkę schodową. Tomek wrócił po ostatnią torbę, pocałował mnie w policzek i powiedział: "Dzięki, mamo. Zadzwonię w tygodniu."

Nie zadzwonił.

Zamknęłam drzwi i usiadłam przy stole w kuchni. Na blacie zostały trzy puste słoiki - te, które Tomek oddał z poprzedniego miesiąca. Niepomyte.

Tamtej nocy nie spałam. Liczyłam. Nie słoiki - liczyłam czas. Cztery dni przygotowań na jedną wizytę. Dwadzieścia minut obiadu. Pół godziny na herbatę. Piętnaście minut pakowania samochodu. I "zadzwonię w tygodniu", które nigdy nie zamienia się w telefon.

Trzydzieści lat uczyłam dzieci czytać między wierszami. A własnego syna czytać nie umiałam. Albo nie chciałam.

W następny czwartek nie poszłam na zakupy. W piątek nie włączyłam kuchenki. W sobotę, kiedy normalnie robiłabym ciasto, pojechałam do koleżanki Krysi na herbatę. Krysia, jak to Krysia, od razu spytała, czemu taka blada. Opowiedziałam jej. Nie o słoikach - o Zuzi. O tym jednym zdaniu.

Krysia popatrzyła na mnie znad filiżanki i powiedziała: - Halinko, ja ci powiem jedno. Moje Beata i Darek przyjeżdżają co dwa tygodnie. Wiesz dlaczego? Bo ja im kiedyś powiedziałam, że jak nie będą przyjeżdżać, to ja to mieszkanie przepiszę na Caritas. - Poklepała mnie po ręce. - Żartuję. Ale nie do końca.

Kiedy Tomek zadzwonił w następną niedzielę - bo zadzwonił, a jakże, wypadał pierwszy weekend miesiąca - powiedział: "Mamo, to co, przyjeżdżamy? Zuzia pyta o dżem."

I wtedy powiedziałam coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałam.

- Synku, w tym miesiącu nic nie ugotowałam. Byłam zmęczona.

Cisza w słuchawce. Długa, zupełnie inna niż ta w przedpokoju. Wreszcie Tomek odezwał się: - A, to... to może w takim razie przełożymy na następny miesiąc? Agnieszka i tak ma jakieś spotkanie.

Rozłączyłam się i stałam z telefonem w ręku. Za oknem na Podolszycach padał pierwszy śnieg, drobny i mokry, taki, co nie zostaje na chodniku. Patrzyłam, jak znika, zanim dotknie ziemi.

Otworzyłam szufladę i wyjęłam zeszyt, w którym zapisywałam przepisy jeszcze od mamy. Na ostatniej stronie, tym niebieskim długopisem Staszka, który leżał przy telefonie od czterech lat, napisałam dwa zdania. Nie powiem jakie. Może kiedyś Tomek je znajdzie. Może wtedy zrozumie, że matka to nie jest piwnica pełna słoików.

A może nie zrozumie. I to też jest jakaś odpowiedź.