Odkąd córka wróciła po urlopie do pracy, biorę wnuki od poniedziałku do piątku. Przy obiedzie starsza wnuczka zapytała, na co zbieram te pieniądze, które mama co miesiąc daje mi za opiekę. Nigdy nie wzięłam od nich złotówki.

Łyżka z zupą pomidorową zatrzymała się w połowie drogi do ust. Zosia patrzyła na mnie tymi swoimi dużymi oczami, czekając na odpowiedź, a młodsza Hania machała nogami pod stołem i nucała coś pod nosem, kompletnie nieświadoma, że kuchnia właśnie zrobiła się ciaśniejsza o trzy rozmiary.

- Na co zbieram? - powtórzyłam, bo potrzebowałam chwili.

- No, mama mówiła tacie, że daje ci tysiąc złotych co miesiąc. Za nas. I że ty odkładasz. Babciu, to na wycieczkę?

Odłożyłam łyżkę. Zupa pomidorowa parowała spokojnie, jakby nic się nie stało.

Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch jestem na emeryturze. Przez trzydzieści lat stałam za kontuarem apteki na rogu Kościuszki i Pieniężnego, w samym centrum Olsztyna.

Kiedy Natalia - moja jedyna córka - wróciła do pracy po urlopie wychowawczym z Hanią, zaproponowałam, że zajmę się dziewczynkami. Bez wahania. Bez warunków. Bez pieniędzy.

To było osiem miesięcy temu. Od tamtej pory codziennie rano o siódmej trzydzieści otwieram drzwi mieszkania na trzecim piętrze, a Natalia zostawia mi dziewczynki w przedpokoju. Zosia ma plecaczek szkolny, Hania ma misia i jogurt pitny.

Natalia ma pięć minut, żeby zdążyć na autobus. Czasem rzuci - cześć, mamo, rosół na jutro, dobrze? - i już jej nie ma. Słyszę tylko stukot obcasów na klatce schodowej.

Nigdy nie rozmawiałyśmy o pieniądzach. To znaczy - ja nie rozmawiałam. Raz, na samym początku, Natalia zaczęła coś o tym, że powinny mi płacić, bo przecież to cała zmiana robocza, i że Bartosz mówi, że tak wypada.

Machnęłam ręką. Powiedziałam, że nie wezmę od własnej córki za własne wnuczki. Że mi emerytura starcza. Że te dziewczynki to moja radość, nie obowiązek. Natalia się uśmiechnęła, odetchnęła i więcej tematu nie poruszyła.

A teraz Zosia mówi mi o tysiącu złotych miesięcznie.

- Jedz zupę, kochanie - powiedziałam. - Stygnie.

Zosia posłusznie wróciła do talerza, ale ja już byłam gdzie indziej. Liczyłam. Osiem miesięcy razy tysiąc to osiem tysięcy złotych. Tyle Bartosz myśli, że Natalia mi daje. Tyle Natalia mówi mu, że mi daje. A ja nie widziałam z tego ani grosza. Bo ich nie chciałam. Bo nikt mi ich nie dawał.

Popołudniu, kiedy dziewczynki rysowały w pokoju, usiadłam w kuchni z filiżanką kawy i próbowałam to poukładać. Kim jestem w tej historii? Babcią, która za darmo pilnuje wnuczek - tak. Ale jestem też, jak się okazuje, pretekstem. Wymówką. Natalia używa mojego imienia i mojej opieki, żeby co miesiąc odkładać pieniądze, o których Bartosz nie wie.

Albo wie, ale myśli, że idą do mnie.

Zaczęłam sobie przypominać różne rzeczy. Jak Bartosz na rodzinnym obiedzie w niedzielę powiedział - dobrze, że mama pomaga, ale to jednak koszt, Natalia, nie udawajmy, że to za darmo.

Natalia wtedy milczała. Ja też milczałam, bo myślałam, że mówi o kosztach emocjonalnych, o moim czasie, o zmęczeniu. Że to taka figura retoryczna. A on mówił o konkretnych pieniądzach, które - jak sądził - co miesiąc przelewała na moje konto.

Przypomniałam sobie też, jak kiedyś Bartosz zaproponował, żebym przyszła do nich na święta wcześniej, bo - jak powiedział - zasługuję na odpoczynek przy tym, ile dla nich robię. A potem dodał z uśmiechem, że może powinni mi dać premię świąteczną. Natalia zmieniła temat.

Wiedziała, że kłamie. Wiedziała od początku.

Przez resztę dnia chodziłam po mieszkaniu jak po cudzym. Wszystko wyglądało tak samo - kredki na stole, buty dziewczynek pod wieszakiem, garnek na kuchence - ale coś się przesunęło. Nie umiałam tego nazwać. Nie byłam zła na Natalię. A przynajmniej nie tak, jak powinnam być.

Bo gdzieś w głowie kołatało mi pytanie, którego nie chciałam zadać na głos: dlaczego moja córka potrzebuje ukrywać pieniądze przed własnym mężem?

Bartosz nie jest złym człowiekiem. Nie pije, nie krzyczy, dziewczynki go uwielbiają. Pracuje w firmie logistycznej, zarabia przyzwoicie. Ale jest - jak to moja sąsiadka Irena kiedyś ujęła - z tych, co wiedzą, ile kosztuje każdy litr mleka.

Natalia nie ma własnych pieniędzy. To znaczy - ma pensję, ale ona idzie na wspólne konto. A ze wspólnego konta to Bartosz decyduje. Nie brutalnie. Nie awanturą. Po prostu - pytaniami. Dlaczego tyle. Na co. Czy musiałaś. Potrzebujesz na pewno?

Wieczorem Natalia przyjechała po dziewczynki. Stała w przedpokoju, pomagała Hani zawiązać buty, a ja patrzyłam na nią i widziałam nie trzydziestopięcioletnią kobietę, tylko dziewczynkę, która chowa kieszonkowe do skarpetki pod materacem.

- Wszystko dobrze, mamo? - zapytała, bo widocznie miałam dziwną minę.

- Wszystko dobrze - odpowiedziałam.

Zosia złapała mnie za rękę i powiedziała - babciu, to kup se coś ładnego za te pieniądze, dobrze?

Natalia zamarła na sekundę. Może dwie. Widziałam, jak prostuje plecy, jak ściska rękę Hani odrobinę mocniej.

- Jakie pieniądze, Zosiu? - zapytała tym tonem, który znam od lat. Lekkim. Kontrolowanym.

- No, te co dajesz babci za nas.

Natalia spojrzała na mnie. Ja spojrzałam na nią. Między nami było może półtora metra przedpokoju, wieszak z kurtkami i całe osiem tysięcy złotych, które nigdy nie istniały.

- Chodźcie, dziewczynki - powiedziała Natalia cicho. - Tata czeka.

Zamknęłam drzwi. Stałam w przedpokoju i słuchałam, jak schodzą po schodach. Potem cisza.

Na blacie w kuchni leżał rysunek Hani - dom z kominem i dym w kształcie spirali. Obok stał garnek z resztą zupy pomidorowej. Na lodówce magnes z Mikołajek, przywieziony z wakacji dwa lata temu.

Wszystko na swoim miejscu. Wszystko jak zawsze.

Tylko że teraz wiedziałam o tym, czego nie powinnam wiedzieć. I nie wiedziałam, co z tym zrobić. Zadzwonić do Natalii? Zapytać wprost? A jeśli Bartosz się dowie, że kłamała? Co wtedy? I czy ja - odmawiając tych pieniędzy - nie zamknęłam jej jedynej legalnej ścieżki do własnej poduszki finansowej?

Nalałam sobie herbaty. Usiadłam przy stole. Rysunek Hani leżał przede mną.

Dom z kominem. Dym idzie do góry. Proste.

U nas nigdy nic nie było proste.