Syn przyjechał w niedzielę z kolegą, który „akurat był w okolicy". Kolega obejrzał wszystkie trzy pokoje, zajrzał do piwnicy i pochwalił ustawność. Poznałam go — jego twarz wisi na banerze agencji nieruchomości przy rondzie.

Gdybym co rano nie mijała tego baneru przy rondzie, pewnie uściskałabym mu rękę, zaparzyła herbatę i nawet się nie zastanowiła, dlaczego Tomek przyprowadził do mnie obcego mężczyznę w niedzielne popołudnie.

Ale mijałam. Codziennie, od trzech lat, odkąd agencja wynajęła tablicę reklamową przy rondzie na Lipowej. Uśmiechnięta twarz w garniturze, pod spodem hasło o mieszkaniu w dobrych rękach. Znałam tę twarz lepiej niż połowę sąsiadów z klatki.

Tomek zadzwonił w czwartek, co samo w sobie było dziwne. Mój syn dzwoni w niedziele, krótko, punktualnie o szesnastej, jakby miał to wpisane w kalendarz między obiadem u teściowej a serialem wieczorem. W czwartek zadzwonił i powiedział, że wpadnie w weekend. „Z kolegą, mamo, bo akurat będzie w Lublinie służbowo."

Ucieszyłam się. Od kiedy trzy lata temu wyszłam na emeryturę - po trzydziestu dwóch latach za ladą w aptece na Głębokiej - niedziele bywają długie. Wyciągnęłam formę na sernik, tę po mamie, z podrapaną emaliowaną obręczą. Kupiłam dobry twaróg na targowisku. Nawet wysprzątałam piwnicę, bo Tomek kiedyś wspominał, że chciałby zabrać rowery ojca.

Przyjechali przed południem. Tomek wszedł pierwszy, pocałował mnie w policzek, postawił na stole pudełko czekoladek - tych w złotym papierze, które można kupić na każdej stacji benzynowej. Za nim wszedł tamten. Wysoki, w koszuli zapiętej pod szyję, mimo niedzieli i trzydziestu stopni na zewnątrz. Uścisnął mi rękę, powiedział: „Bartek. Przyjemność."

Patrzyłam na niego może trzy sekundy dłużej niż wypada. Coś nie grało, ale jeszcze nie wiedziałam co.

Zaparzyłam herbatę, wyjęłam sernik. Tomek jadł łapczywie, jak zawsze, gdy jedzenie jest domowe, a nie z kartonika. Bartek jadł grzecznie, chwalił, pytał o przepis. Potem zapytał, czy może skorzystać z łazienki, a wracając - pomylił drzwi. Zajrzał do sypialni i powiedział: „O, jaki jasny pokój. Południowa ekspozycja?"

Nikt normalny nie mówi „południowa ekspozycja", wracając z łazienki.

Tomek przełknął herbatę i zaproponował, że pokaże Bartkowi mieszkanie, „bo kolega się interesuje starym budownictwem". Chodziłam za nimi jak cień po własnym domu. Bartek oglądał sufit w dużym pokoju, pukał w ścianę w korytarzu, stanął w oknie w kuchni i zmierzył wzrokiem podwórko. W piwnicy pochwalił „ustawność" - takie słowo, jakby czytał z formularza wyceny.

I wtedy stanęłam w drzwiach piwnicy i przypomniałam sobie. Ta szczęka, te okulary w ciemnych oprawkach. Widziałam je co rano od trzech lat, na banerze przy rondzie, w drodze po bułki.

Wróciłam na górę, usiadłam w kuchni i czekałam. Kiedy wrócili, Tomek był ożywiony, mówił coś o tym, jak zmienił się rynek, jak mieszkania w tej okolicy zyskują na wartości. Bartek kiwał głową jak na komendę.

- Tomek - powiedziałam spokojnie. - Twój kolega to pośrednik z agencji przy rondzie.

Cisza. Bartek odstawił filiżankę. Tomek zaczerwienił się od szyi w górę, dokładnie jak jego ojciec, kiedy kłamał.

- Mamo, to nie tak...

- A jak? Przyprowadzasz do mnie człowieka, który wycenia mieszkania, mówisz mi, że to kolega, i myślisz, że nie rozpoznam faceta, którego twarz mijam codziennie od trzech lat?

Bartek wstał pierwszy. Przeprosił, powiedział, że nie chciał nikogo wprowadzać w błąd, i wyszedł. Słyszałam, jak zbiegał po schodach - szybko, jakby mu się paliło.

Tomek został. Siedział naprzeciwko mnie przy stole, przy którym jadł zupki pomidorowe, odrabiał lekcje, ogłaszał, że się żeni. Bawił się łyżeczką.

- Mamo, nikt ci nic nie zabiera. Chciałem tylko wiedzieć, ile to mieszkanie jest warte. Dla orientacji.

- Dla czyjej orientacji?

- Sylwia mówi, że...

Nie dokończył. Nie musiał. Sylwia od dwóch lat powtarzała, że ich kawalerka na Czubach jest za mała dla dwójki dzieci. Że potrzebują czegoś większego. Że gdyby Danuta - tak mówili o mnie w trzeciej osobie, „Danuta" - przeniosła się do czegoś mniejszego, toby wszystkim wyszło na lepsze.

Wszystkim. Tylko że nikt mnie nie pytał, czy mnie też.

- Wiesz, co jest najgorsze? - powiedziałam do syna. - Nie to, że chcesz moje mieszkanie. To, że nie potrafiłeś powiedzieć mi tego prosto w oczy.

Tomek milczał. Patrzył na swoje ręce, jakby szukał w nich odpowiedzi.

- Tata umarł w tym mieszkaniu - powiedziałam ciszej. - W tym pokoju, który twój kolega pochwalił za południową ekspozycję. Pięć lat temu, na tym łóżku. Pamiętasz?

- Mamo...

- Pamiętasz czy nie?

Skinął głową.

Wstałam, zebrałam filiżanki, zaniosłam do zlewu. Odkręciłam wodę i przez chwilę stałam tak, z rękami pod kranem, patrząc na podwórko za oknem - ten sam widok od trzydziestu pięciu lat. Kasztanowiec, ławka, piaskownica, której dawno nie ma, ale ja ją ciągle widzę.

- Jedź do domu, Tomek - powiedziałam, nie odwracając się. - Sernik zabierz. Sylwia lubi.

Zabrał. Słyszałam trzask drzwi, potem silnik na podwórku. Potem ciszę.

Wieczorem umyłam formę po serniku i schowałam ją na górną półkę, tam, gdzie nie sięgam bez taboretu. Od trzydziestu lat piekłam w niej dla dzieci, wnuków, na imieniny i na Wigilię. Może jeszcze kiedyś wyjmę. Może nie.

Rano, w drodze po bułki, przeszłam obok baneru przy rondzie. Bartek uśmiechał się z tablicy swoim profesjonalnym uśmiechem. Hasło o mieszkaniu w dobrych rękach.

Przyspieszyłam kroku.