Syn zaprosił mnie na długi weekend na działkę - „odpoczniesz, mamo, powietrze postawi cię na nogi". Na miejscu czekały dwa wiadra farby i pędzle. Płot pomalowałam do niedzieli, oni wrócili z jeziora na obiad

Kiedy Marcin powiedział „odpoczniesz, mamo", uwierzyłam mu. Uwierzyłam tak samo jak dwadzieścia lat temu, kiedy zapewniał, że chomik sam wrócił do klatki, a drzwiczki zamknęły się od przeciągu.

Zadzwonił we wtorek wieczorem. Marcin dzwoni rzadko - zwykle pisze krótkie wiadomości, więc telefon od razu podniósł mi ciśnienie. „Mamo, długi weekend, zabieramy cię na działkę. Powietrze postawi cię na nogi, Agnieszka mówi, że ostatnio blado wyglądasz."

Pomyślałam - no dobrze, może rzeczywiście. Sześćdziesiąt trzy lata, od dwóch na emeryturze po trzydziestu latach za ladą w sklepie papierniczym w Radomiu. Kolana bolą, ciśnienie skacze, a jedyne powietrze, jakie ostatnio łapię, to między blokiem a Biedronką.

Spakowałam się starannie. Książka, krem na noc, kapcie, lekki sweter na wieczór. Upiekłam jeszcze ciasto drożdżowe z kruszonką - nie wypada jechać z pustymi rękami.

Marcin zabrał mnie w piątek rano. Agnieszka siedziała z przodu, ja z tyłu - wciśnięta między fotelik trzyletniej Zosi a torbę plażową. Jechaliśmy niecałą godzinę. Działka wyglądała ładnie - nowa altanka, trawnik, grządki z pomidorami. Niedokończona, ale zadbana. Tylko dookoła ciągnął się drewniany płot, szary i łuszczący się jak stara skóra.

Pod altanką stały dwa wiadra zielonej farby ochronnej i trzy pędzle.

- Tata zostawił, ale nie zdążył - powiedział Marcin, jakby relacjonował pogodę.

Tata, czyli Zdzisław, mój były mąż, który przepisał tę działkę synowi dwa lata temu i od tamtej pory zjawia się raz na kwartał sprawdzić, czy pomidory rosną.

- To pomalujemy razem - powiedziałam.

Marcin pokiwał głową. Agnieszka stwierdziła, że słońce jest ostre i Zosia potrzebuje cienia. Dwadzieścia minut później cała trójka pakowała się do samochodu. Jezioro. Plaża. Dmuchany flaming.

- Mamo, odpoczywaj, jutro weźmiemy się za to razem - rzucił Marcin od furtki.

Usiadłam w altance. Wypiłam herbatę. Popatrzyłam na płot. Płot patrzył na mnie.

O dwunastej wzięłam pędzel.

Malowałam do czwartej. Słońce prażyło, farba lepiła się do palców, kręgosłup prosił o litość co pół godziny. Kiedy wrócili - opaleni, pachnący kremem z filtrem - miałam za sobą dwie ściany ogrodzenia.

Marcin spojrzał na płot, potem na mnie.

- Mamo, po co? Przecież miałaś odpoczywać!

- No odpoczywałam, synku. Ale nudziłam się.

Sam się roześmiał, jakby to był żart. Wieczorem ugotowałam rosół z kury, którą znalazłam w lodówce. Agnieszka nakryła do stołu - to muszę jej oddać. Marcin opowiadał o planach na altankę, o nowym grillu, o malinach, które chce posadzić wzdłuż siatki.

Nikt nie powiedział „dziękuję za płot".

W sobotę powtórzył się ten sam schemat. Oni na jezioro - Zosia w kapelusiku, Agnieszka z koszem piknikowym - a ja z pędzlem. Trzecia ściana, czwarta. Kolana puchły, ale farba ubywała. Wrócili na obiad. Zjedli schabowe, które przygotowałam rano, i poszli na drzemkę.

Leżałam w altance i myślałam o mamie. Mama robiła dokładnie to samo. Przyjeżdżała do nas „odpocząć" i szorowała kuchnię do połysku, prała firany, przyszywała guziki do płaszczy. Myślałam wtedy, że lubi. Że starszej kobiecie trzeba dać zajęcie, bo inaczej się nudzi.

Teraz, z pędzlem w jednej ręce i ibupromem w drugiej, zrozumiałam, że mama nigdy nie lubiła. Po prostu nie umiała powiedzieć „nie". A ja nie umiałam zapytać - „czy cię coś boli?"

W niedzielę rano wstałam pierwsza. Bolało mnie wszystko - plecy, kolana, nadgarstki, palce ledwo dało się wyprostować. Został kawałek płotu od strony drogi. Ostatnie deski.

Malowałam powoli, centymetr po centymetrze, jak babcia malowała pisanki. Kiedy skończyłam, usiadłam na trawie i patrzyłam na równą, zieloną linię ogrodzenia. Ładnie wyglądał. Naprawdę ładnie.

Marcin wyszedł z altanki o dziesiątej z kawą w ręku.

- O, mamo! Skończyłaś! Super wygląda! - ucieszył się jak dziecko, które dostało piątkę za cudze wypracowanie. - Widzisz, mówiłem, że powietrze ci dobrze zrobi. Masz lepszy kolor!

Spojrzałam na swoje dłonie. Zielone od farby, spuchnięte, z odciskami od pędzla. No tak - pomyślałam - kolor to mam.

- Marcin - powiedziałam spokojnie. - Następnym razem, jak będziesz potrzebował kogoś do malowania, po prostu powiedz. Nie musisz tego pakować w „odpoczynek".

Patrzył na mnie tak, jakbym przemówiła po chińsku.

- Mamo, o czym ty mówisz? Nikt cię nie prosił, sama się wzięłaś...

I to było najgorsze. Bo on naprawdę tak to widział. Naprawdę wierzył, że farba pod altanką to zbieg okoliczności, a ja malowałam z nadmiaru energii. Że matka przyjeżdża na weekend, pracuje od świtu do zmroku i robi to z przyjemności - bo co innego miałaby robić?

W drodze powrotnej Zosia spała, Agnieszka przeglądała telefon, a Marcin opowiadał o planach na jesień.

- We wrześniu trzeba by altankę polakierować. Przyjedziesz, mamo? Dobrze ci tu zrobiło.

Nie odpowiedziałam. Za oknem uciekały pola i myślałam o mamie. O tym, jak wracała od nas po każdym „odpoczynku" z bolącymi plecami i uśmiechem, który teraz rozumiałam inaczej. Odeszła trzy lata temu. Nigdy jej nie podziękowałam. Nigdy nie zapytałam, czy ją coś boli.

Kiedy Marcin zatrzymał się pod blokiem i wyniósł moją torbę na klatkę, pocałował mnie w policzek.

- Dziękuję, mamo. Wyglądasz świetnie.

Zamknęłam za sobą drzwi. Odkręciłam kran i zaczęłam zmywać farbę z rąk. Mydło nie pomagało - zieleń weszła za głęboko pod skórę.