Dałam ogłoszenie: deska kreślarska po mężu za darmo, bo dziś wszystko rysuje komputer. Zabrała ją studentka architektury z Gliwic. W lipcu przyszła koperta: zdjęcie jej dyplomu i kartka "Rysowane ręcznie, na desce pana Tadeusza"

Dziewczyna miała na sobie za dużą bluzę z nadrukiem Politechniki Śląskiej i jeszcze w progu, zanim zdjęła buty, zapytała:

- Mogę jej dotknąć?

Stałam w przedpokoju z rękami skrzyżowanymi na piersi i przez sekundę chciałam powiedzieć, że nie. Że ogłoszenie nieaktualne, że się pomyliłam, niech wraca do swoich Gliwic. Ale ona już patrzyła ponad moim ramieniem w głąb mieszkania, tam gdzie w małym pokoju przy oknie stała deska Tadeusza. Przykryta prześcieradłem, jak mebel w domu, z którego ktoś się wyprowadził.

- Proszę - powiedziałam tylko i odsunęłam się.

Kinga, bo tak się przedstawiła, podeszła do deski tak, jak się podchodzi do obcego psa. Powoli, bokiem. Zsunęła prześcieradło, przejechała palcami po zielonej macie, po ramieniu kreślarskim z dwiema linijkami na przegubie, które Tadeusz oliwił co kwartał, jak zegarek po dziadku. Przekręciła pokrętło. Ramię pojechało gładko, bez jednego zgrzytu.

- Pani wie, że to jest w idealnym stanie? - Odwróciła się do mnie. - Ja myślałam, że przyjadę po jakiegoś trupa z piwnicy.

Wiedziałam. Wiedziałam też, ile jest warta na rynku, bo Grzegorz sprawdził mi w telefonie, siedząc na kanapie w swoim eleganckim swetrze. Mniej niż używana pralka. "Mamo, nikt tego nie kupi. Dziś wszystko rysuje komputer".

Wpisałam to jego zdanie do ogłoszenia słowo w słowo, w niedzielę wieczorem, jak tylko odjechał do Katowic. Trochę na złość. Tylko nie umiałabym powiedzieć komu - jemu, sobie, czy Tadeuszowi, który półtora roku wcześniej zostawił mnie z tym wszystkim w sześćdziesiątym drugim roku mojego życia.

Ojciec Kingi czekał na dole w białym doblo z otwartym bagażnikiem. Znosili deskę we trójkę z trzeciego piętra, a ja szłam za nimi i trzymałam drzwi klatki, bo u nas w bloku sprężyna jest taka, że potrafi człowieka wypchnąć na chodnik. Pani Halina z parteru wyjrzała zza firanki. Wiedziałam, że wieczorem całe osiedle będzie wiedziało, że Jolka Wójcikowa wyprzedaje rzeczy po mężu.

- A pani do czego jej potrzebuje, jak wszystko teraz na komputerze? - zapytałam, kiedy wsuwali stojak między fotele.

Kinga poprawiła włosy spięte ołówkiem.

- Mój promotor jest z tych starszych. Na pierwszych zajęciach powiedział, że kliknąć umie każdy, a on chce zobaczyć, czy umiemy myśleć ręką. Zgodził się, żebym część plansz dyplomowych zrobiła ręcznie. Tylko ja rysuję w akademiku na biurku, a tam się nie da nawet prostej porządnie poprowadzić.

Wróciłam wtedy na górę, nie tłumacząc się, i przyniosłam pudełko po butach. Rapidografy Rotringa, szablony do liter, kalka, gumki w papierku. Kinga otworzyła je na masce samochodu i przez chwilę nic nie mówiła.

Jeden ołówek, Koh-i-noor HB, naostrzony nożykiem, tak jak Tadeusz zawsze ostrzył, wyjęłam wcześniej i schowałam do kieszeni fartucha. Nie wiem po co. Stałam z nim na chodniku, kiedy doblo skręcało za pawilon, i ściskałam go tak, że potem miałam ślad na dłoni.

W pokoju zostały cztery wgniecenia w wykładzinie. Po nóżkach stojaka.

Tadeusz dostał tę deskę w siedemdziesiątym dziewiątym, w biurze projektów w Katowicach, kiedy był młodym kreślarzem z wąsami i jednym garniturem. Kiedy w dziewięćdziesiątym trzecim biuro likwidowano, odkupił ją za grosze.

Pamiętam, jak ją wnosił po tych samych schodach, spocony i szczęśliwy, a ja stałam na półpiętrze i krzyczałam, że nie mamy gdzie spać, a on znosi do domu graty. Potem przez lata rysował na niej po godzinach. Domki dla sąsiadów, altanę na naszą działkę w Dąbrowie, plan kuchni, kiedy robiliśmy remont. Komputera nauczył się dopiero pod koniec kariery, w pracy, z zaciśniętymi zębami, ale do domu nigdy go nie przyniósł.

I na tej desce uczył Grzegorza perspektywy. Miał Grześ może dwanaście lat. Siedzieli razem wieczorami, Tadeusz tłumaczył mu punkty zbiegu, a ja słyszałam z kuchni, jak mały się śmieje. Potem przyszło liceum, komputery, informatyka w Gliwicach. Tadeusz nic nie mówił, ale raz, przy wigilii, wyrwało mu się: "Ty już nie rysujesz, ty tylko klikasz". Grzegorz odłożył widelec. Od tamtej pory rozmawiali o pogodzie i o samochodach.

Po pogrzebie syn przyjeżdżał co dwa tygodnie i za każdym razem zaczynał od tego samego.

- Mamo, zrób coś z tym pokojem. Siedzisz tam jak w muzeum.

Miał rację, siedziałam. Wieczorami, z herbatą, na jego krześle obrotowym, które skrzypiało przy każdym ruchu. Grzegorz to widział i nie umiał na to patrzeć. Dopiero dużo później zrozumiałam, że on w tym pokoju też nie umiał oddychać.

Kiedy powiedziałam mu przez telefon, że deska pojechała, odetchnął.

- No i dobrze, mamo. Naprawdę dobrze.

Nie powiedziałam mu, że przez następne tygodnie budziłam się w nocy i szłam sprawdzić, czy te wgniecenia w wykładzinie jeszcze są.

Koperta przyszła w połowie lipca, w największy upał, kiedy na osiedlu kwitły lipy i cała klatka pachniała miodem. Duża, szara, z pieczątką z Gliwic. Otworzyłam ją przy kuchennym stole, nożem do masła, bo ręce mi się trzęsły i nie mogłam trafić palcem pod klapkę.

W środku było zdjęcie. Kinga w białej bluzce, uczesana, dorosła jakaś, stała obok dużej planszy na sztaludze. Na planszy był budynek - stara hala fabryczna przerobiona na bibliotekę, z oknami do samego dachu i ludźmi na schodach. Narysowane piórkiem, cienką kreską, każda cegła osobno. Obok, w rogu, zobaczyłam czerwoną pieczątkę i coś jak piątkę wpisaną długopisem.

I kartka. Mała, złożona na pół. Jedno zdanie, ręcznie, porządnym, kreślarskim pismem:

"Rysowane ręcznie, na desce pana Tadeusza".

Nie mówiłam jej, jak miał na imię. Siedziałam nad tą kartką dobre pół godziny, zanim sobie przypomniałam. Pod blatem, od spodu, Tadeusz wyrył kiedyś scyzorykiem: "T. Wójcik, 1979". Wszyscy w biurze podpisywali swoje deski, żeby ich nie podbierali koledzy. Kinga musiała to znaleźć, kiedy skręcała stojak. Znalazła i zapamiętała.

Grzegorz przyjechał w niedzielę. Zdjęcie stało oparte o cukiernicę, kartka obok. Zobaczył od razu. Wziął kartkę do ręki i długo, za długo, milczał.

- Mamo - powiedział w końcu, nie patrząc na mnie. - Ja ci wtedy powiedziałem to o komputerze... Bo on mi to kiedyś powiedział. Tylko odwrotnie.

- Wiem, synku. Byłam przy tym.

- Ja go wtedy chciałem przeprosić. Przez dwadzieścia lat chciałem. I zawsze było albo za wcześnie, albo nie było okazji.

Usiadł przy stole. Moje dorosłe dziecko, czterdzieści cztery lata, siwe na skroniach, obracało w palcach kartkę od obcej dziewczyny z Gliwic, jakby to był list od ojca. I może trochę był.

- Myślisz, że on by się cieszył? - zapytał.

Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam o Tadeuszu, który nie znosił, jak coś stało bez roboty. Który naprawiał sąsiadom krany, choć go nikt nie prosił. Który całe życie rysował dla innych domy, a sam mieszkał w bloku na trzecim piętrze i nigdy nie narzekał.

- Myślę, że by jej poprawił kreskę w lewym rogu - powiedziałam. - A potem by nikomu nie dał spokoju przez tydzień.

Grzegorz się roześmiał. Pierwszy raz od pogrzebu tak normalnie, z brzucha.

Tamtego dnia poprosił, żebym dała mu ten ołówek z fartucha. Nie pytał, skąd wiem, o który chodzi. Zdjęcie Kingi wisi teraz na lodówce, a w małym pokoju, tam gdzie są te cztery wgniecenia, postawiłam fotel i kwiatki. Czasem jeszcze tam siadam. Ale już nie jak w muzeum.

Deska jest w Gliwicach. I dobrze. Tadeusz nigdy nie lubił, jak coś stoi bez roboty.