Chodziłam na basen trzy razy w tygodniu - jedyna kobieta po sześćdziesiątce w szatni pełnej dwudziestolatek. Patrzyły na mnie, kiedy zdejmowałam szlafrok. Pewnego razu jedna podeszła i zapytała: „Ile pani pływa dziennie?"
Powiedziałam, że kilometr. Odpowiedziała: „Ja robię pięćset metrów i umieram. Mogę pływać obok pani?"
„Proszę pani, a można tutaj obok?" - usłyszałam, kiedy odpoczywałam przy ściance po ósmym długim. Dziewczyna w granatowym kostiumie, mokre włosy przyklejone do czoła, oddech jak po biegu na autobus.
Miała może dwadzieścia pięć lat. Uśmiechnęła się tak, jakby pytała o miejsce w autobusie, nie na torze pływackim. Powiedziałam, że tor jest wolny. A ona na to: „Nie chodzi o tor. Chodzi o tempo. Pani pływa tak równo, że chcę się tego nauczyć."
Pierwszy raz od trzech lat ktoś na tym basenie powiedział do mnie coś, co nie było „przepraszam" albo „pani szafka jest ta z lewej."
Mam na imię Jadwiga i od września skończyłam sześćdziesiąt trzy lata. Przez trzydzieści osiem lat uczyłam matematyki w liceum na Jarotach, tu w Olsztynie. Mój mąż, Tadeusz, mówił, że jestem jedyną kobietą na świecie, która potrafi zrobić z trójkąta prostokątnego coś fascynującego. Tadeusz zmarł trzy lata temu, w lutym, na zawał w garażu. Karetka jechała jedenaście minut. Wystarczyło cztery.
Po pogrzebie lekarz powiedział, że muszę się ruszać, bo kręgosłup się zemści. Że pływanie jest najlepsze. Zapisałam się na basen miejski, kupiłam kostium, czepek, gogle. Stanęłam w szatni pierwszy raz w życiu. I zrozumiałam, że nie o kręgosłup tu chodzi. Chodziło o to, żeby wyjść z domu, w którym cisza brzmiała jak trzeci lokator.
Ale szatnia. Boże, ta szatnia.
Wyobraźcie sobie pomieszczenie wielkości klasowego pokoju, rząd szafek, ławki, lustra. I dwadzieścia kilka dziewczyn w wieku moich byłych uczennic. Elastyczne, opalone, bez żadnego śladu na ciele, który mówi „przeżyłam cokolwiek."
A ja - sześćdziesiąt lat, kolana po dwóch operacjach, blizna na biodrze po upadku na lodzie w dwa tysiące szesnastym, i skóra, która dawno przestała udawać, że ma trzydzieści.
Zdejmowałam szlafrok szybko. Jak wyrywanie plastra - lepiej jednym ruchem. Nie patrzyłam na nikogo, ale czułam spojrzenia. Nie złośliwe, nie - raczej zdumione. Jakby widziały dinozaura w zoo, który jeszcze się rusza.
Przez pierwszy miesiąc pływałam na skrajnym torze, pod samą ścianą. Wchodziłam do wody pierwsza, wychodziłam ostatnia. W szatni przebierałam się w kabinie, za zasłonką, której nie używała żadna z tych dziewczyn. Myślałam wtedy: Jadwiga, co ty tu robisz? Wracaj do domu, włącz telewizor, zrób sobie herbatę. Nikt cię tu nie potrzebuje, a ty nie potrzebujesz tego upokorzenia.
Ale wracałam. Trzy razy w tygodniu - poniedziałek, środa, piątek. O siódmej rano, kiedy basen dopiero się budzi i woda jest jeszcze tak cicha, że słychać każde wejście. Pływałam kraula, bo Tadeusz mnie nauczył, jeszcze w osiemdziesiątym piątym, na jeziorze Ukiel. Pamiętam, jak trzymał mnie pod brzuchem i mówił: „Nie walcz z wodą, Jadzia. Poddaj się jej, a ona cię poniesie." Mądry był. W wodzie i w życiu.
Po trzech miesiącach robiłam kilometr bez przerwy. Czterdzieści długich, dwadzieścia pięć metrów każdy. Liczyłam w głowie, jak na lekcji - nawyk nauczycielki, nie da się go zabić. Oddech co trzy ruchy, nawrót przy ściance bez zatrzymywania. Ciało bolało, kolana protestowały, ramiona krzyczały po osiemsetnym metrze. Ale dotrwać do końca - to było jak rozwiązać zadanie, na które nikt nie dawał mi szans.
I wtedy podeszła Ola.
Ta dziewczyna w granatowym kostiumie, z oddechem jak po biegu na autobus. Zobaczyłam ją wcześniej kilka razy - pływała na drugim torze, żabką, głowę nad wodą, okulary zaparowane. Typowa początkująca - dużo wysiłku, mało efektu. Teraz stała przy ściance, trzymając się krawędzi, i patrzyła, jak kończę ostatnie trzy długie. Kiedy dotknęłam ściany i podniosłam gogle, była tuż obok.
„Ile pani pływa dziennie?"
„Kilometr."
„Ja robię pięćset metrów i umieram. Mogę pływać obok pani?"
Pierwszy odruch - odmówić. Bo co ja, trenerka jestem? Emerytowana matematyczka, nie instruktorka pływania. Ale Ola patrzyła na mnie tak, jak patrzyły moje uczennice, kiedy czegoś naprawdę nie rozumiały i naprawdę chciały zrozumieć. Tym wzrokiem, który mówi: proszę, nie odprawiaj mnie.
Powiedziałam: „Dobrze, ale nie narzekaj."
Następnego dnia Ola pojawiła się z koleżanką. Kasia, dwadzieścia osiem lat, fizjoterapeutka, bała się wody od dziecka, ale postanowiła to zmienić. Tydzień później dołączyła Maja - trzydzieści dwa lata, po ciąży, chciała wrócić do formy, ale nie wiedziała jak. Trzy dziewczyny, żadna nie umiała oddychać pod wodą, żadna nie potrafiła zrobić nawrotu, żadna nie pływała dłużej niż dziesięć minut bez odpoczynku.
Zaczęłam od podstaw. Oddech - wydech pod wodą, wdech przy obrocie głowy. Ręce - nie młynkuj, przeciągaj wodę za siebie. Nogi - od bioder, nie od kolan. Tłumaczyłam to tak, jak tłumaczyłam logarytmy - cierpliwie, po trzy razy, z przykładami. „Wyobraź sobie, że twoja ręka to wiosło. Nie bijesz wodę, tylko ją przesuwasz."
Ola zaczęła robić siedemset metrów. Potem osiemset. Kasia przestała panikować na głębokiej wodzie. Maja schudła cztery kilogramy i powiedziała, że pierwszy raz od porodu czuje się jak człowiek, a nie jak maszyna do karmienia.
A ja? Ja przestałam przebierać się w kabinie.
Nie od razu. Nie było jednego wielkiego momentu, w którym zrzuciłam szlafrok i stanęłam dumna przed lustrem. Było sto małych. Ola, która powiedziała: „Trenerko, pani ma niesamowitą technikę nawrotu."
Kasia, która przyniosła mi kawę z automatu po treningu i powiedziała: „Wie pani, że pani jest jedyną osobą, która mnie tu trzyma?" Maja, która napisała mi wieczorem na Messengerze: „Dzięki pani weszłam dzisiaj na wagę bez płakania."
Trenerko. Tak do mnie mówiły. Nie „proszę pani." Nie „babciu." Trenerko.
Pewnego razu w szatni Ola zapytała, co mi się stało w kolano. Normalnie bym się spięła. Ale powiedziałam prawdę - dwie operacje, chrząstka, artroskopia, rehabilitacja. Ola pokiwała głową i powiedziała: „Dlatego pani tak mocno pracuje nogami przy kraulu. Kompensacja, tak?"
Uśmiechnęłam się. „Nie, Ola. To nie kompensacja. To upór."
Kasia się zaśmiała. Maja powiedziała: „Ja chcę mieć tyle uporu w pięćdziesiątce, co pani w sześćdziesiątce."
W tym momencie zobaczyłam siebie ich oczami. Nie starą kobietę z bliznami. Nie dinozaura w zoo. Kogoś, kto robi rzeczy, których one jeszcze nie potrafią. I nie dlatego, że jest młodsza, sprawniejsza, ładniejsza. Dlatego, że jest dłużej.
Teraz przychodzę na basen o siódmej, zdejmuję szlafrok przy szafkach, nie w kabinie. Rozkładam ręcznik na ławce, zakładam czepek przed lustrem. Moje kolana wyglądają tak, jak wyglądają - sześćdziesiąt trzy lata życia, dwa porody, dwie operacje, jeden upadek na lodzie i tysiąc kilometrów w basenie. Dziewczyny czekają przy pierwszym torze. Ola mówi: „Dzień dobry, trenerko. Jaki plan na dzisiaj?" A ja odpowiadam: „Tysiąc dwieście. Kto nie dotrwa, stawia kawę."
Nikt nigdy nie postawił.
Tadeusz powiedział kiedyś, że woda nie ocenia. Że w wodzie jesteś tylko tym, co robisz, nie tym, jak wyglądasz. Miał rację, jak zwykle. Ale dodałabym jedno: potrzeba trochę czasu, żeby w to uwierzyć. I czasem potrzeba dwudziestopięciolatki, która powie ci rzecz, której sama sobie nie powiesz od lat.
Że warto pływać obok ciebie.