Wnuk skonfigurował mi aplikację bankową, żebym nie musiała chodzić do oddziału. W zeszłym tygodniu otworzyłam ją pierwszy raz sama i zobaczyłam zlecenie stałe: 200 złotych co miesiąc na jego konto, od marca. Tego zlecenia nie ustawiałam.

Gdyby Kuba nie nauczył mnie, gdzie klikać, żeby sprawdzić saldo, pewnie nigdy bym tego nie zobaczyła. I czasem myślę, że może tak byłoby lepiej. Że są rzeczy, których babcia nie powinna wiedzieć o własnym wnuku - bo kiedy już się dowie, nie da się tego cofnąć. Ani pieniędzy, ani zaufania.

Ale zaczynam od początku.

Przez trzydzieści dwa lata pracowałam w księgowości w zakładach mięsnych pod Radomiem. Cyfry to był mój żywioł - bilanse, zestawienia, faktury. Nie lubiłam bałaganu w papierach i nie lubiłam niespodzianek w kolumnach.

Mąż Henryk, mechanik samochodowy, śmiał się ze mnie, że nawet listę zakupów prowadzę jak rachunek zysków i strat. Miał rację. I właśnie dlatego to, co odkryłam, bolało mnie podwójnie. Bo ja, Lucyna, sześćdziesiąt siedem lat, kobieta, która całe życie pilnowała każdej złotówki - dałam się okraść we własnym telefonie.

Choć słowo "okraść" przychodzi mi z trudem, kiedy myślę o Kubie.

Kuba to syn naszej Moniki, jedyny wnuk. Ma dwadzieścia lat, studiuje informatykę w Lublinie. Odkąd Henryk odszedł cztery lata temu, Kuba stał się moim łącznikiem ze światem, którego nie rozumiem - ze światem aplikacji, haseł, kodów, powiadomień. To on załatwił mi profil zaufany, to on zamówił mi nowy telefon, kiedy stary przestał działać. I to on w marcu, kiedy przyjechał na weekend, usiadł ze mną przy kuchennym stole i powiedział:

- Babciu, pokażę ci aplikację z banku. Nie będziesz musiała stać w kolejce na Żeromskiego.

Byłam zachwycona. Kolejki w oddziale to była moja zmora, zwłaszcza zimą, kiedy kolano dawało się we znaki. Kuba wszystko ustawił, wpisał hasła, pokazał mi, gdzie jest saldo, gdzie historia. Zapisałam sobie na kartce: „zielony przycisk - saldo, niebieski - przelewy".

Schowałam kartkę do szuflady i - prawdę mówiąc - przez trzy miesiące ani razu nie otworzyłam tej aplikacji. Bo emerytura przychodziła regularnie, rachunki miałam na poleceniach zapłaty, a po resztę sprawunków chodziłam z portfelem do bankomatu na rogu.

Aż do zeszłego wtorku.

Zadzwoniła Monika z pytaniem, czy dostałam wyrównanie z ZUS-u, bo podobno w tym miesiącu miały być jakieś korekty. Powiedziałam, że nie wiem, bo nie sprawdzałam. Monika westchnęła z tym swoim tonem - pełnym cierpliwości na granicy irytacji - i powiedziała:

- Mamo, otwórz tę aplikację, którą ci Kuba zainstalował. Tam wszystko widać.

Otworzyłam. Znalazłam saldo - zgadzało się, mniej więcej. Ale zanim zamknęłam, palec mi się ześlizgnął i trafiłam w zakładkę ze zleceniami stałymi. I tam, między ratą za telewizor a składką na ubezpieczenie mieszkania, zobaczyłam coś, czego nie rozumiałam.

Zlecenie stałe. Dwieście złotych. Co miesiąc. Na rachunek, którego numer nic mi nie mówił. Data pierwszego przelewu: piąty marca.

Marzec. Miesiąc, w którym Kuba ustawiał mi tę aplikację.

Najpierw pomyślałam, że to pomyłka. Że bank coś automatycznie dodał. Potem pomyślałam, że może to jakaś opłata, o której zapomniałam. Przepisałam numer konta na kartkę, tę samą, na której miałam instrukcje od Kuby, i poszłam nazajutrz do oddziału na Żeromskiego. Stałam w tej kolejce, której miałam już nigdy nie stać, i czułam coś dziwnego w żołądku. Nie gniew. Jeszcze nie.

Pani w okienku sprawdziła numer rachunku i powiedziała:

- To konto osobiste, proszę pani. Należy do Jakuba Nowackiego.

Jakub Nowacki. Kuba. Mój wnuk.

Wracałam do domu pieszo, chociaż to piętnaście minut, które normalnie pokonuję autobusem. Potrzebowałam powietrza. Liczyłam w głowie - marzec, kwiecień, maj, czerwiec. Cztery przelewy. Osiemset złotych.

Dla kogoś to może niewiele. Dla mnie to dwa miesiące leków, rachunki za gaz na cały kwartał. Każda z tych dwustutek to był dzień, w którym odmówiłam sobie czegoś w sklepie, myśląc, że emerytura jest mniejsza, niż powinna.

Bo ja nawet nie zauważyłam, że mam mniej na koncie. Nie otwierałam tej przeklętej aplikacji. Właśnie na to liczył.

I to zdanie - "właśnie na to liczył" - jest tym, które boli najbardziej. Bo Kuba nie był głupim chłopakiem, który na ślepo kradnie babci z portfela. Kuba wiedział, że nie sprawdzam. Wiedział, że mu ufam. Wiedział, że dwieście złotych to kwota na tyle mała, żeby nie rzucała się w oczy na wyciągu, i na tyle regularna, żeby wyglądała jak kolejna opłata. Ustawił to profesjonalnie. Jak informatyk.

Przez dwa dni nie dzwoniłam do nikogo. Siedziałam w kuchni, piłam herbatę, patrzyłam na lodówkę, na której wisiało zdjęcie Kuby z komunii - białą koszulą i poważną miną. Myślałam o tym, jak w zeszłe Boże Narodzenie siedzieliśmy we dwójkę przy stole, bo Monika z mężem pojechali do teściów, i Kuba sam z siebie przyjechał do mnie, żebym nie była sama.

Ugotowałam barszcz, on przywiózł uszka z delikatesów, jedliśmy i rozmawialiśmy do jedenastej w nocy. I ten sam chłopak, miesiąc później, spokojnie ustawił przelew z mojego konta na swoje.

Zadzwoniłam do niego w piątek wieczorem. Nie chciałam przez Monikę - to było między mną a nim.

- Kuba, muszę cię o coś zapytać - powiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał. - Te dwieście złotych co miesiąc. Na twoje konto. Skąd się wzięły?

Cisza. Długa. Słyszałam, jak oddycha. Potem:

- Babciu, ja... miałem ci powiedzieć.

- Ale nie powiedziałeś.

- Bo myślałem, że... że i tak byś mi dała, gdybym poprosił. Że ty zawsze...

- Że zawsze daję - dokończyłam za niego. - Tak, Kuba. Zawsze daję. Ale to ja decyduję, kiedy ile. Nie ty za mnie.

Znowu cisza. Potem głos mu się złamał:

- Babciu, przepraszam. Ja zwrócę. Wszystko zwrócę. Ja miałem problem z... nieważne. Przepraszam.

Nie dopytywałam, z czym miał problem. Może powinnam była. Może powinnam była krzyczeć, płakać, grozić policją. Ale ja tylko siedziałam w tej kuchni, w której pachniało starą herbatą i płynem do naczyń, i myślałam o tym, jak cienka jest granica między prośbą a kradzieżą, gdy ktoś zakłada, że odpowiedź i tak brzmiałaby "tak".

Zlecenie skasowałam następnego dnia. Sama, w aplikacji. Okazało się, że to nie takie trudne. Trzy kliknięcia. Tyle samo, ile potrzebował Kuba, żeby je ustawić.

Pieniędzy jeszcze nie zwrócił. Minął tydzień. Monice nie powiedziałam. Nie wiem, czy powiem. Nie wiem nawet, czy chcę tych pieniędzy z powrotem - bo kiedy je dostanę, będę musiała zdecydować, co dalej.

Czy zapraszam go na następną Wigilię. Czy podaję mu telefon, kiedy znowu coś się zawiesi. Czy patrzę na niego i widzę tego chłopca z komunijnego zdjęcia, czy kogoś, kto potrafił spokojnie wpisać dwieście złotych w rubrykę i kliknąć "zatwierdź".

Moja sąsiadka Irena mówi, że to pokolenie takie - że "oni myślą, że im się należy". Może ma rację. A może Kuba po prostu nie miał odwagi poprosić i wybrał drogę, która wydawała mu się łatwiejsza. Nie wiem, co jest gorsze.

Wiem jedno: następnym razem, kiedy ktoś będzie mi coś konfigurował w telefonie, będę patrzeć na ekran. Każdy przycisk. Każda zakładka. Każde kliknięcie.

Trzydzieści dwa lata pilnowałam cudzych cyfr. Najwyższy czas pilnować własnych.