Od trzech lat pilnuję wnuków od poniedziałku do czwartku. Napisałam synowej, że w środę mam kontrolę u kardiologa. Odpisała: „to weź chłopców ze sobą, w poczekalni i tak się tylko siedzi".

Wiadomość przyszła o dwudziestej trzeciej dwanaście. Leżałam już w łóżku z książką na piersi i okularami zsuwającymi się na czubek nosa, kiedy telefon zabrzęczał na szafce nocnej.

Przeczytałam raz, drugi, trzeci. Potem odłożyłam telefon ekranem do dołu i zgasiłam lampkę. Ale sen nie przyszedł. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak mi serce wali - to samo serce, które jutro miał zbadać kardiolog.

Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w marcu. Przez trzydzieści lat pracowałam jako farmaceutka w aptece na rogu Piłsudskiego i Mickiewicza w Opolu. Cztery lata temu przeszłam na emeryturę.

Myślałam, że nareszcie zacznę żyć dla siebie - zapiszę się na basen, pojadę z koleżanką do sanatorium, może nawet wrócę do malowania akwarelami, które rzuciłam gdzieś po czterdziestce. Przez pierwsze pół roku tak właśnie było. A potem Darek, mój syn, zadzwonił z propozycją.

- Mamo, słuchaj, Ola wraca do pracy po urlopie, a żłobek nie ma miejsc do września. Mogłabyś popilnować Kuby przez kilka miesięcy? Od poniedziałku do czwartku, piątki mamy pokryte.

Kilka miesięcy zamieniło się w trzy lata. Kuba skończył cztery latka, doszedł dwuletni Filipek, a ja nadal cztery dni w tygodniu rano jechałam dwoma autobusami na drugi koniec miasta, żeby pilnować wnuków w mieszkaniu Darka i Oli.

Nie zrozumcie mnie źle - kocham tych chłopców. Kuba potrafi godzinami rysować dinozaury i opowiadać mi, który jest roślinożerny, a który mięsożerny. Filipek dopiero zaczyna mówić i każde nowe słowo powtarza z taką dumą, jakby odkrył Amerykę. Kiedy rano otwieram im drzwi, rzucają się na mnie z krzykiem "Babcia!" i to jest najpiękniejszy dźwięk na świecie.

Ale to jest też praca. Ciężka, fizyczna praca, o której nikt nie mówi "praca". Bo skoro babcia, to przecież z miłości. Z miłości się biega za dwulatkiem, który postanowił wspiąć się na parapet.

Z miłości się gotuje obiad, sprząta, czyta bajki, wychodzi na plac zabaw, nosi na rękach, kiedy Filipek nie chce iść. Z miłości się wraca do domu o osiemnastej z bólem kręgosłupa i takim zmęczeniem, że nie ma siły podgrzać sobie kolacji.

Nie skarżyłam się. Przez trzy lata nie powiedziałam ani słowa. Kiedy Ola zapomniała kupić mleko dla Filipka i musiałam biec do sklepu z dwójką dzieci w deszczu - nie skarżyłam się. Kiedy przez te cztery dni w tygodniu nie mogłam umówić się do lekarza, bo "a kto weźmie chłopców?" - przesuwałam wizyty. Kiedy koleżanki jechały do Ciechocinka, mówiłam, że może następnym razem.

Trzy miesiące temu na rutynowej kontroli lekarka powiedziała, że muszę zrobić echo serca i holtera. Wyniki nie były złe, ale nie były dobre. Lekarka patrzyła na mnie znad okularów i mówiła powoli, jak do dziecka:

- Pani Lucyno, musi pani odpoczywać. Stres, wysiłek fizyczny, brak snu - to wszystko wpływa na serce. Kontrola za trzy miesiące, ale proszę potraktować to poważnie.

Potraktowałam poważnie. Tyle że jedyną zmianę, jaką byłam w stanie wprowadzić, to zapisanie się na jogę w piątki. Reszta wyglądała tak samo - poniedziałek, wtorek, środa, czwartek u wnuków. Sobota na zakupy, pranie, sprzątanie własnego mieszkania, bo przez tydzień zarastało kurzem. Niedziela na odpoczynek, który polegał na robieniu obiadu, bo Darek z Olą "wpadali" z chłopcami na rosół.

Kontrolę u kardiologa dostałam na środę na dziesiątą trzydzieści. Napisałam do Oli z wyprzedzeniem dwóch tygodni. Kulturalnie, rzeczowo: "Oleńko, w środę 14-go mam wizytę u kardiologa o 10:30, nie dam rady tego dnia przyjechać do chłopców. Daj znać, jak się zorganizujecie."

Odpowiedź przyszła tego samego wieczoru. Jedno zdanie. "To weź chłopców ze sobą, w poczekalni i tak się tylko siedzi."

Przeczytałam to zdanie na głos. W pustym mieszkaniu zabrzmiało jeszcze gorzej niż na ekranie. Wyobraziłam sobie siebie w poczekalni poradni kardiologicznej z czterolatkiem i dwulatkiem.

Filipek, który nie potrafi usiedzieć dłużej niż trzy minuty. Kuba, który będzie pytał głośno, dlaczego ta pani ma rurki w nosie. Ja, która zamiast skupić się na tym, co mówi lekarz o moim sercu, będę pilnowała, żeby Filipek nie wcisnął palca w gniazdko.

Zadzwoniłam do Darka. Odebrał po piątym sygnale.

- Cześć, mamo, co tam?
- Darek, napisałam do Oli, że w środę mam kardiologa. Odpisała, żebym wzięła chłopców ze sobą.
- No i? Kuba jest grzeczny, posiedzą.

- Darek, ja idę do kardiologa. To nie jest wizyta u dentysty, gdzie czeka się dziesięć minut. Mogę siedzieć godzinę, półtorej. Z dwulatkiem.
- To co mamy zrobić? Ola ma ważne spotkanie, ja nie mogę wziąć wolnego z takim wyprzedzeniem. Może poproś koleżankę, żeby poszła z tobą i popilnowała.
- Żeby moja koleżanka pilnowała twoich dzieci, bo ty nie możesz wziąć jednego dnia wolnego?

Cisza. Potem westchnienie.

- Mamo, nie dramatyzuj. To jeden dzień.

Rozłączyłam się, bo poczułam, że zaraz powiem coś, czego będę żałować. Usiadłam w kuchni. Na lodówce wisiał rysunek Kuby - babcia z wielkim czerwonym sercem na brzuchu. Kuba narysował go po tym, jak mu powiedziałam, że babcia musi iść do lekarza od serca. "To ci namaluję nowe, babciu" - powiedział wtedy i sam siebie uściskałam za to zdanie.

Patrzyłam na ten rysunek i myślałam o tym, jak trzy lata temu zgodziłam się na "kilka miesięcy". Jak ani razu nie powiedziałam "nie". Jak Ola przestała pytać "czy mogłabyś" i zaczęła informować "to w poniedziałek jak zwykle".

Jak moja emerytura - mój czas, moje zdrowie, moje życie - stała się czymś, co po prostu im się należy. Jak koleżanki pytają, co u mnie, a ja mówię "pilnuję wnuków" takim tonem, jakby to był etat. Bo to jest etat. Czterdzieści godzin tygodniowo, bez urlopu, bez chorobowego, bez wynagrodzenia.

Nie spałam do trzeciej w nocy. Rano zadzwoniłam do Darka.

- Słuchaj, synu. W środę idę do kardiologa sama. Bez chłopców. Musicie się jakoś zorganizować, tak jak organizują się wszyscy rodzice, którzy nie mają babci na zawołanie. A po kontroli chcę z wami porozmawiać. O wszystkim.

- O czym "o wszystkim"?

- O tym, że potrzebuję dwóch dni w tygodniu. Nie czterech. Dwóch. I że to nie podlega dyskusji.

Darek milczał długo. Potem powiedział:

- Ola się wkurzy.

- Wiem - odpowiedziałam. - Ale wolę, żeby się wkurzyła, niż żeby za rok stała nad moim grobem i mówiła, jaka to byłam wspaniała babcia.

Powiedziałam to ostrzej, niż chciałam. Ale może właśnie tak trzeba było powiedzieć.

Środa jest za cztery dni. Nie wiem, jak wypadnie kontrola. Nie wiem, jak wypadnie rozmowa z Darkiem i Olą. Wiem tylko, że rysunek Kuby z czerwonym sercem nadal wisi na lodówce. I że to serce - to prawdziwe, nie narysowane - muszę wreszcie zacząć chronić. Nawet jeśli to oznacza, że ktoś powie, że jestem egoistką. Nawet jeśli ta ktoś będzie moją synową.

Bo jeśli babci zabraknie - nie będzie miał kto pilnować chłopców w poniedziałek. Ani we wtorek. Ani w środę. Ani w czwartek.