Odkąd wnuki chodzą do szkoły, to ja biorę je za każdym razem, gdy mają gorączkę. W lutym sama trafiłam do szpitala z zapaleniem płuc. Pierwsze, o co zapytała córka, to: „mamo, a kto teraz przypilnuje dzieci, jak coś?"

Leżałam na izbie przyjęć z maską tlenową na twarzy, kiedy zobaczyłam nieodebrane połączenia. Pięć od Agnieszki. Oddzwoniłam, gdy pielęgniarka wyszła po wyniki, bo myślałam, że córka się martwi. Że usłyszę „mamo, jak się czujesz". Ale pierwsze słowa, które do mnie dotarły przez szum w uszach i gorączkę, brzmiały zupełnie inaczej.

- Mamo, a kto teraz przypilnuje dzieci, jak coś?

Nie od razu zrozumiałam. Miałam trzydzieści osiem i osiem stopni gorączki, w płucach bulgotało jak w starym kaloryferze, a przed oczami pływały mi kolorowe plamy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że Agnieszka nie pyta, czy żyję. Pyta, kto ją zastąpi.

Mam na imię Wiesława, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana nauczycielka z Radomia. Trzydzieści dwa lata przepracowałam w podstawówce numer siedem na Gołębiowie - uczyłam początkowe klasy, a pod koniec kariery także świetlicę prowadziłam, bo brakowało rąk.

Kiedy cztery lata temu przeszłam na emeryturę, Agnieszka odetchnęła z ulgą. Nie dlatego, że cieszyła się moim odpoczynkiem. Po prostu Olek miał iść do zerówki, a Hania do drugiej klasy, i wreszcie babcia mogła być na dyżurze na pełen etat.

Zaczęło się niewinnie. Gorączka Hani w październiku, Agnieszka dzwoni z pracy: „Mamo, szkoła kazała odebrać, a ja mam spotkanie z klientem, nie mogę". Pojechałam. Potem angina Olka. Ospa.

Grypa żołądkowa, która szalała po całej szkole. Za każdym razem ten sam schemat - telefon rano, Agnieszka mówi szybko, jakby się bała, że odmówię, zanim skończy zdanie, a ja odkładam swoją herbatę, biorę torbę z zapasowymi rajstopami i lekami i jadę dwójką na drugą stronę miasta.

Mąż Agnieszki, Darek, pracuje na budowach. Często jest poza Radomiem - Warszawa, Łódź, raz nawet Gdańsk. Agnieszka jest asystentką w biurze nieruchomości i powtarza, że nie może sobie pozwolić na nieobecność, bo szefowa jej nie znosi. Nie wiem, czy to prawda, czy wygodna wymówka. Przestałam sprawdzać.

Przez ostatnie cztery lata prowadziłam coś w rodzaju niepisanego dziennika w głowie. Każdą gorączkę, każdy kaszel, każde wymioty. Dwadzieścia trzy razy. Dwadzieścia trzy razy rzuciłam własne plany - wizytę u lekarza, spotkanie z Ireną, wyjście na rynek, raz nawet badanie mammograficzne, na które czekałam dwa miesiące. Za każdym razem mówiłam sobie: to normalne, babcia pomaga, tak powinno być.

Henryk, mój mąż, mówił mi o tym delikatnie. Raz, może dwa razy. „Wiesia, a kiedy ty ostatnio coś dla siebie zrobiłaś?" - pytał wieczorem, kiedy wracałam od wnuków z bólem krzyża i siatką brudnych ubrań do wyprania, bo „mamo, przy okazji, jak możesz".

Wzruszałam ramionami. Co miałam mu powiedzieć? Że czuję się potrzebna? To brzmiało ładnie, ale nie do końca było prawdą. Czułam się potrzebna jak zmywarka - niezauważalna, dopóki działa.

W styczniu przeziębiłam się. Nic wielkiego, katar, kaszel, bolące gardło. Leczyłam się herbatą z miodem i syropem z apteki, bo nie chciałam iść do lekarki - akurat Olek miał jakieś przeziębienie i Agnieszka uprzedziła, że we wtorek pewnie zadzwoni.

Zadzwoniła w środę. Pojechałam z katarem, który już schodził mi na oskrzela, i dwa dni siedziałam w ich mieszkaniu, robiąc Olkowi inhalacje, a sama kaszlałam w łazience tak, żeby wnuk się nie przestraszył.

Tydzień później nie mogłam wstać z łóżka. Henryk zadzwonił po pogotowie, kiedy zobaczyłam, jak mierzy mi temperaturę i robi taką minę, jakby ktoś mu powiedział coś bardzo złego. Czterdzieści i dwa. Na izbie przyjęć powiedzieli: obustronne zapalenie płuc. Na oddział, natychmiast.

Leżałam podłączona do kroplówki i antybiotyków, a w głowie kręcił mi się ten sam dzień - środa, kiedy pojechałam do Olka chora. Gdybym wtedy powiedziała „nie mogę, sama jestem chora", może by to przeszło na zwykłe zapalenie oskrzeli. Może nawet by się samo wyleczyło. Ale ja nie powiedziałam „nie". Nie umiałam.

Te pięć nieodebranych od Agnieszki. Oddzwoniłam i usłyszałam to, co usłyszałam. Na moment zamurowało mnie tak, że pielęgniarka, która wróciła z wynikami, zapytała, czy wszystko w porządku. Pokiwałam głową, bo głos mi nie przechodził przez gardło.

Potem Agnieszka się poprawiła - „znaczy, jak się czujesz, mamo?" - ale obydwie wiedziałyśmy, że to zdanie przyszło jako drugie. Że pierwszym odruchem mojej córki, kiedy jej matka leży w szpitalu z zapaleniem płuc, było sprawdzenie, czy logistyka opieki nad dziećmi się nie posypie.

Nie zadzwoniła tego wieczoru. Nie przyszła następnego dnia. Przyszła w piątek, z Hanią, która narysowała mi laurkę z napisem „Babciu wracaj do zdrowia", i z reklamówką mandarynek.

Agnieszka siedziała na krześle przy łóżku i rozmawiała o tym, że w pracy jest dramat, że Darek jest w Kielcach na budowie, że Hania ma sprawdzian z przyrody i nikt jej nie umie wytłumaczyć obiegu wody. Patrzyłam na nią i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy o czymś, co nie dotyczyło dzieci, pracy ani logistyki.

Nie mogłam.

W szpitalu leżałam dziesięć dni. Henryk przychodził codziennie. Irena, moja przyjaciółka jeszcze ze szkoły, przyniosła mi książkę i domowy kompot z jabłek. Agnieszka była trzy razy. Za każdym razem rozmowa schodziła na temat organizacji - kto odbierze dzieci, kto zrobi obiad, czy Darek wróci na weekend.

Na oddziale leżała ze mną pani Krystyna, siedemdziesiąt lat, po zapaleniu opłucnej. Któregoś wieczoru, kiedy obie nie mogłyśmy spać, zaczęłyśmy rozmawiać. Powiedziałam jej o telefonie Agnieszki. Spodziewałam się współczucia, oburzenia, „jak ona mogła". Ale pani Krystyna pokiwała tylko głową.

- U mnie to samo - powiedziała. - Syn dzwoni, jak potrzebuje. Raz mu powiedziałam, że nie przyjadę, bo mnie kolano boli. Wiesz, co odpowiedział? Że mogę siedzieć, bo dzieci same się bawią, wystarczy, że będę w mieszkaniu. Siedzieć z bolącym kolanem na ich trzecim piętrze bez windy.

- I pojechała pani?

Krystyna milczała chwilę.

- Pojechałam.

Wróciłam do domu pod koniec lutego. Henryk ustawił mi poduszki na kanapie, zrobił rosół, zakazał ruszania się przez tydzień. Agnieszka zadzwoniła drugiego dnia. Nie z pytaniem, jak się czuję - to już wiedziała, bo pisałam jej SMS-y ze szpitala. Zadzwoniła, bo Hania znowu miała gorączkę.

- Mamo, wiem, że dopiero wyszłaś, ale...

Patrzyłam na telefon. Na ekranie migało zdjęcie Agnieszki sprzed lat - ma na nim dwadzieścia kilka lat, śmieje się, trzyma roczną Hanię na rękach. Kiedyś myślałam, że wychowałam ją na dobrego człowieka. Teraz nie byłam pewna, czy wychowałam ją, czy po prostu nauczyłam, że mama zawsze powie „tak".

Henryk patrzył na mnie znad gazety. Nic nie powiedział. Nie musiał. Obydwoje wiedzieliśmy, że to, co powiem w następnej sekundzie, zmieni coś albo nie zmieni nic.

Wciąż trzymałam telefon przy uchu. Agnieszka czekała.