Sześcioletni wnuk przy kolacji zapytał, kiedy umrę. Tłumaczył poważnie: bo tata mówi, że wtedy mieszkanie będzie na wynajem i starczy na ratę za domek
- Babciu, a kiedy ty umrzesz?
Łyżka z rosołem zatrzymała się w połowie drogi do ust. Przy stole zapadła taka cisza, że słyszałam tykanie zegara na ścianie i szum lodówki z kuchni. Kuba patrzył na mnie swoimi dużymi, poważnymi oczami - bez złośliwości, bez prowokacji. Z tą bezwzględną szczerością, jaką mają tylko sześciolatki.
- Kuba! - syknęła Natalia i chwyciła syna za rękę. - Przepraszamy, mamo, on nie wie, co mówi…
Ale Kuba wiedział. Wiedział dokładnie.
- Bo tata mówił, że jak babcia umrze, to będzie mieszkanie na wynajem i starczy na ratę - wyrecytował spokojnie, jakby powtarzał tabliczkę mnożenia.
Artur siedział naprzeciwko mnie. Widziałam, jak bieleje mu linia wzdłuż szczęki, jak zaciska palce na serwetce. Nie patrzył na mnie. Patrzył w talerz, jakby tam szukał odpowiedzi, jak się z tego wyplątać.
Mam na imię Elżbieta. Od trzech lat jestem na emeryturze - wcześniej przez trzydzieści dwa lata pracowałam jako farmaceutka w aptece przy ulicy Lipowej w Lublinie. Trzy okienka, białe fartuchy i kolejka seniorów z receptami - to było moje życie.
Mieszkanie, w którym siedzieliśmy tamtego niedzielnego popołudnia, kupiłam razem z mężem Władkiem w dziewięćdziesiątym drugim roku. Trzy pokoje na czwartym piętrze, widok na park Ludowy. Władek odszedł siedem lat temu - rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Artur jest moim jedynym synem.
I właśnie mój jedyny syn obliczał sobie stopę zwrotu z mojej śmierci.
Po tamtej kolacji sprzątałam ze stołu w milczeniu. Natalia pomagała, nerwowo wycierając blat ściereczką, która i tak była sucha. Próbowała jeszcze raz:
- Mamo, naprawdę, Kuba to sobie coś pomylił, dzieci w tym wieku powtarzają byle co…
- Dzieci w tym wieku powtarzają dokładnie to, co słyszą - odpowiedziałam i nie dodałam nic więcej, bo wiedziałam, że jeśli powiem coś jeszcze, to nie będą to słowa, które da się cofnąć.
Artur stał w przedpokoju, ubierał Kubę. Sznurował mu buty z taką starannością, jakby od tego zależał los świata. Kiedy się wyprostował, spojrzał na mnie i powiedział:
- Mamo, wiesz, jak jest. Rata za domek rośnie, Natalia ma pół etatu, ja w budżetówce nie zarabiam kokosów. Człowiek myśli, planuje, to normalne.
Normalne.
To słowo kręciło mi się w głowie jeszcze długo po tym, jak zamknęłam za nimi drzwi. Stałam w tym przedpokoju, patrząc na wieszak, na którym Władek kiedyś wieszał swoją kurtkę, i próbowałam zrozumieć, kiedy to się stało.
Kiedy mój syn - ten sam chłopiec, który w drugiej klasie narysował mi laurkę z napisem "Mamo, kocham Cie najbarzej na swiece" - zaczął patrzeć na moje mieszkanie jak na pozycję w arkuszu kalkulacyjnym.
Przez następny tydzień nie dzwonił. Ja też nie dzwoniłam. Robiłam to, co zwykle - poranne spacery do parku, zakupy w Biedronce na rogu, kawa z Ireną z drugiego piętra. Irena od razu zauważyła, że coś jest nie tak.
- Elżbieta, a co ci się stało? Wyglądasz, jakby ci ktoś psa zabrał.
Nie powiedziałam jej prawdy. Wstydziłam się. Nie za siebie - za Artura. Bo co miałam powiedzieć? Że mój syn liczy, ile zarobi, jak umrę? Że mój wnuk pyta o datę mojej śmierci tak naturalnie, jak pyta, kiedy będą wakacje?
Zamiast tego powiedziałam, że źle spałam, i zmieniłam temat na serial, który obie oglądałyśmy.
Ale myślałam. Myślałam dużo.
Wyciągnęłam z szuflady dokumenty mieszkania. Akt notarialny, przydział spółdzielczy, przekształcenie we własność. Trzydzieści dwa lata w tych ścianach. Władek malował kuchnię na żółto, bo mówiłam, że żółta kuchnia jest wesoła. Artur w tym pokoju, który teraz jest moją sypialnią, budował zamki z klocków. Na balkonie hodowałam pelargonie - co roku czerwone, bo Władek mówił, że inna opcja nie wchodzi w grę.
Zadzwoniłam do koleżanki z apteki, Marysi. Marysia miała podobną sytuację trzy lata temu - córka chciała, żeby matka przepisała jej dom jeszcze za życia, w zamian obiecując opiekę. Marysia się zgodziła. Córka sprzedała dom w ciągu roku i kupiła sobie apartament w Warszawie. Marysia mieszka teraz w kawalerce wynajmowanej za połowę emerytury.
- Elżbieta - powiedziała Marysia przez telefon - nie rób nic pod wpływem emocji. Ale nie rób też nic pod wpływem poczucia winy.
W piątek Artur zadzwonił. Głos miał lekki, jakby nic się nie stało.
- Mamo, w niedzielę wpadniemy z Kubą? Natalia robi ciasto, to przywieziemy.
Chciałam powiedzieć: nie, nie wpadajcie. Chciałam powiedzieć: porozmawiajmy najpierw. Ale powiedziałam:
- Dobrze. Przyjdźcie na drugą.
Przyjechali. Kuba wbiegł do mieszkania, rzucił się na mnie i objął za szyję.
- Babciu! Narysowałem ci dinozaura!
Trzymałam ten rysunek - zielony stegozaur z uśmiechniętą buzią - i patrzyłam na swojego wnuka, który nie miał pojęcia, co wywołał tamtą niedzielą. Dla niego to było proste powtórzenie słów taty, jak powtórzenie piosenki z przedszkola.
Artur przyniósł szarlotkę. Postawił ją na stole w kuchni i stanął przy oknie. Widziałam, że się zbiera.
- Mamo, słuchaj. Wiem, że tamta sytuacja z Kubą… to było niezręczne. Ale chciałem ci wyjaśnić.
- Nie musisz - powiedziałam.
- Nie, posłuchaj. My z Natalią naprawdę ledwo wiążemy koniec z końcem. Rata za dom jest ogromna. Myślałem, że może mogłabyś… może moglibyśmy porozmawiać o przyszłości. O tym mieszkaniu. Nie mówię, że teraz, ale kiedyś…
Postawiłam czajnik na gazie. Ten sam czajnik, który kupiliśmy z Władkiem na targu dwadzieścia lat temu - biały, z niebieskimi kwiatkami, z lekko nadtopionym uchwytem. Patrzyłam, jak woda zaczyna bulgotać.
- Arturze - powiedziałam spokojnie. - Ja rozumiem, że macie trudno. Naprawdę rozumiem. Ale ty właśnie poprosił mnie, żebym zaplanowała swoją śmierć tak, żeby wam się rachunki zgadzały.
Artur otworzył usta, ale nic nie powiedział. Widziałam, że dopiero teraz do niego dotarło, jak to brzmi. Nie od strony finansowej - od strony ludzkiej.
- Mamo, ja nie…
- Wiem, że nie tak to miałeś na myśli - przerwałam mu. - Ale tak to usłyszałam. I tak to powtórzył twój sześcioletni syn. I to jest coś, nad czym musisz się sam zastanowić. Nie ja za ciebie.
Wieczorem, kiedy wyjechali, usiadłam w fotelu Władka. Tym bordowym, z wytartym prawym podłokietnikiem, bo zawsze na nim opierał rękę. Za oknem park wolno tonął w zmierzchu, latarnie zapalały się jedna po drugiej.
Myślałam o tym, że Artur nie jest złym człowiekiem. Jest zmęczonym człowiekiem z kredytem, który przerósł jego możliwości, i z żoną, która pracuje na pół etatu, i z dzieckiem, które rośnie szybciej niż ich zarobki. Myślałam o tym, że ja w jego wieku też liczyłam każdy grosz i zastanawiałam się, jak przetrwać do pierwszego.
Ale ja nigdy - nigdy - nie patrzyłam na swoich rodziców i nie widziałam metrów kwadratowych do wynajęcia.
Następnego dnia rano poszłam na spacer do parku. Było chłodno, liście na lipach dopiero zaczynały żółknąć. Usiadłam na ławce koło fontanny i wyciągnęłam telefon. W kontaktach znalazłam numer kancelarii notarialnej, w której Władek załatwiał papiery. Nie zadzwoniłam - jeszcze nie. Ale zapisałam sobie w kalendarzu: "Poniedziałek, 10:00, notariusz - zapytać o testament."
Nie wiem, co tam wpiszę. Nie wiem, czy to zmieni cokolwiek między mną a Arturem. Wiem jedno - że to moje mieszkanie, moje trzydzieści dwa lata, moje pelargonie na balkonie i żółta kuchnia Władka. I że nikt - nawet mój jedyny syn - nie będzie za mnie planował, kiedy mam z tego wszystkiego zrezygnować.
Rysunek stegozaura przyczepiłam magnesem do lodówki. Uśmiecha się do mnie za każdym razem, kiedy otwieram drzwiczki po mleko.