Wnuczka zamieszkała u mnie na studia — pokój po dziadku i tak stał pusty. Na drugim roku wprowadził się jej chłopak, «tylko do sesji, babciu». W maju usłyszałam przez ścianę, jak opowiada koleżance o mieszkaniu: że fajne, blisko uczelni, mieszkają we dwoje. No i jest jeszcze babcia.

Gdybym tamtego wieczoru w maju nie zapomniała okularów w przedpokoju, pewnie nigdy bym tego nie usłyszała. A może usłyszałabym coś innego, później, gorzej.

Ale stało się tak, jak się stało - wróciłam po okulary, stanęłam przy wieszaku i przez zamknięte drzwi pokoju dobiegł mnie głos Oliwii, wyraźny i wesoły, jakby recytowała ogłoszenie z portalu nieruchomości.

Trzy pokoje, kuchnia, balkon. Blisko przystanku i uczelni. Mieszkamy z Kubą we dwoje. No i jest jeszcze babcia.

Jeszcze babcia.

Miałam wtedy sześćdziesiąt osiem lat, od trzech byłam wdową i od trzydziestu pracowałam w aptece na rogu Narutowicza i Głębokiej, w samym centrum Lublina. Sześć dni w tygodniu za ladą, w białym fartuchu, z uśmiechem do każdego pacjenta.

Kiedy Tadek odszedł - nagły zawał, w niedzielę rano, nawet kawy nie zdążył dopić - zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Czubach. Cisza w tym mieszkaniu była tak gęsta, że słyszałam tykanie zegara w kuchni z sypialni.

Więc kiedy córka Agata zadzwoniła i powiedziała, że Oliwia dostała się na UMCS i mogłaby u mnie zamieszkać, nie zastanawiałam się ani sekundy. Pokój po Tadku i tak stał pusty. Nikt tam nie wchodził od pogrzebu, ja tylko raz w tygodniu ścierałam kurz z biurka i podlewałam paprotkę, której on nigdy nie lubił, a ja trzymałam z uporu.

Oliwia przyjechała we wrześniu z dwiema walizkami, pluszowym kotem z dzieciństwa i zapachem perfum, który natychmiast wypełnił przedpokój. Pierwszego wieczoru ugotowałam rosół.

Oliwia zjadła dwie porcje, powiedziała, że babciowy rosół jest najlepszy na świecie, i pomogła mi pozmywać. Patrzyłam na nią - dwadzieścia lat, końskie włosy ściągnięte w kucyk, oczy Tadka - i myślałam, że życie wreszcie się zlitowało.

Pierwszy rok był piękny. Oliwia wracała z zajęć, opowiadała o wykładach, o koleżankach, o tym, że profesor od socjologii jest przystojny. Ja gotowałam, ona uczyła mnie obsługi smartfona. W soboty chodziłyśmy razem na targ, w niedziele robiłyśmy leniwe pierogi. Agata dzwoniła co tydzień i mówiła, że jej kamień spadł z serca, bo wie, że Oliwia jest pod dobrą opieką.

Kuba pojawił się na drugim roku. Najpierw jako gość - przychodził na kolacje, był grzeczny, mówił mi „dzień dobry", zdejmował buty w przedpokoju. Potem zaczął zostawać na noc. Raz, dwa, trzy razy w tygodniu. W styczniu Oliwia powiedziała zdanie, które zapamiętałam co do słowa:

- Babciu, Kuba ma sesję za dwa tygodnie, a w akademiku nie da się uczyć. Mógłby u nas trochę pomieszkać? Tylko do końca sesji.

Powiedziałam tak. Bo co miałam powiedzieć? Wnuczka prosi, chłopak sprawia dobre wrażenie, sesja to ważna sprawa. Pamiętałam, jak Tadek przed egzaminami na Politechnice siedział u mojej matki w kuchni i wkuwał do trzeciej w nocy. Takie czasy.

Sesja się skończyła. Kuba nie wyjechał.

Nie było żadnej rozmowy, żadnego momentu, w którym ktoś powiedziałby wprost: zostaję na stałe. Po prostu jego buty stały przy drzwiach, jego kurtka wisiała na wieszaku, jego szampon zajął półkę w łazience.

Rano, kiedy szłam do kuchni zrobić herbatę, zastanawiałam się na półkę w lodówce z jego jogurtami i piwem bezalkoholowym. Wieczorami z pokoju Oliwii - pokoju Tadka - dochodził dźwięk filmów, stukanie w klawiaturę laptopa, ciche śmiechy.

Zaczęłam się dopasowywać. Jadłam kolację wcześniej, żeby nie przeszkadzać. Telewizor ściszałam do minimum. Kiedy chciałam skorzystać z łazienki rano, czekałam, aż Kuba skończy prysznic - brał długie, bo jak to młodzi. Przestałam siadać na kanapie w salonie, bo tam Kuba rozkładał notatki. Mój salon. Moja kanapa. Moje mieszkanie.

A oni nawet nie zauważyli, że się kurczę.

Albo zauważyli i uznali, że tak jest wygodniej.

Tamtego wieczoru w maju stałam w przedpokoju z okularami w ręce i słuchałam, jak Oliwia opisuje koleżance przez telefon swoje życie. Nasze mieszkanie stało się jej mieszkaniem. Ich mieszkaniem. A ja byłam dodatkiem. Detalem wyposażenia - jak meblościanka w salonie albo zasłonki w kuchni. Jest jeszcze babcia. Tak jak się mówi: jest jeszcze piwnica i balkon.

Weszłam do kuchni, usiadłam przy stole, położyłam okulary obok solniczki. Ręce mi drżały, ale nie z zimna. Z czegoś gorszego. Ze wstydu. Bo pozwoliłam na to. Krok po kroku, ustępstwo po ustępstwie, uśmiech po uśmiechu - oddałam własne mieszkanie i nawet nie zauważyłam kiedy.

Tadek by tego nie pozwolił. Tadek by usiadł, poprawił okulary i powiedział spokojnie, ale tak, że ściany by zadrżały: „Oliwia, porozmawiajmy."

Następnego ranka wstałam o szóstej, jak zwykle. Zrobiłam herbatę - sobie, w swoim kubku, przy swoim stole. Kiedy Kuba wyszedł z łazienki o ósmej, czekałam na niego w kuchni.

- Kuba, usiądź na chwilę.

Spojrzał zaskoczony. W oczach miał ten sam wyraz co Oliwia, kiedy jako mała dziewczynka wchodziła beze mnie do cukierni i łapałam ją za rękę. Wyraz kogoś, kto nie rozumie, czemu dorosły się wtrąca.

- Chcę porozmawiać o kilku rzeczach - powiedziałam. - O tym mieszkaniu. O zasadach. I o tym, jak długo zamierzasz tu zostać.

Nie podniosłam głosu. Nie musiałam. Po trzydziestu latach za aptekarskim kontuarem nauczyłam się mówić spokojnie nawet do najtrudniejszych ludzi.

Oliwia wyszła z pokoju z mokrymi włosami i stanęła w drzwiach kuchni. Patrzyła to na mnie, to na Kubę. Na jej twarzy malowało się zdumienie, jakby kanarek w klatce nagle otworzył drzwiczki i wyszedł.

- Babciu, co się stało? - zapytała.

- Nic się nie stało - odpowiedziałam. - Właśnie dlatego chcę porozmawiać. Zanim się stanie.

Nie wiem jeszcze, jak ta rozmowa się skończy. Nie wiem, czy Kuba spakuje walizki, czy Oliwia się obrazi, czy Agata zadzwoni wieczorem z pretensjami, że stara matka robi problemy. Nie wiem, czy za tydzień znów będę jadła kolację wcześniej, żeby nie przeszkadzać.

Ale wiem jedno. To mieszkanie ma jedną właścicielkę. I ta właścicielka wreszcie otworzyła usta.