Na komunię wnuczki drugą babcię posadzili koło rodziców i księdza, a mnie na końcu stołu, przy dzieciach.
Gdybym wcześniej zobaczyła ten plan sali, może zdążyłabym się przygotować. Może ugryzłabym się w język, usiadła, gdzie kazali, i udawała, że wszystko jest w porządku.
Ale ja ten kartonik z rozkładem stolików zobaczyłam dopiero w restauracji, kiedy wszyscy już rozmawiali, kelnerzy roznosili soki, a wnuczka Zuzia w białej sukience machała do mnie z drugiego końca sali.
Moje imię było napisane starannym pismem Agnieszki - poznałabym jej literki wszędzie. "Wiesława" - przy stoliku numer trzy, między Kubusiem a Olą. Kubusiowi w zeszłym tygodniu wypadł mleczak, a Ola to córka koleżanki Agnieszki, którą widziałam może dwa razy w życiu.
Podniosłam wzrok na stolik numer jeden. Agnieszka. Obok niej Darek, jej mąż. Potem ksiądz Nowicki, który odprawiał mszę. A tuż obok - Krystyna. Teściowa mojej córki. Kobieta, która Zuzi widuje raz na dwa miesiące, bo mieszka pod Krakowem i boli ją kręgosłup na tyle, żeby nie przyjeżdżać częściej, ale nie na tyle, żeby nie pojechać do sanatorium co pół roku.
Trzydzieści osiem lat temu to ja rodziłam Agnieszkę. Piętnaście godzin porodu w radomskim szpitalu, korytarz pachniał chlorem, a pielęgniarka na nocnej zmianie miała pretensje, że za głośno krzyczę. Dziewięć lat temu to ja pilnowałam Zuzi, kiedy Agnieszka wracała do pracy po urlopie macierzyńskim. Codziennie autobus z osiedla na Gołębiów, czterdzieści minut w jedną stronę, żeby córka mogła spokojnie dojechać do biura.
A teraz siedziałam między sześciolatkami, które oblały obrus sokiem pomarańczowym, zanim jeszcze przyniesiono przystawki.
Nie jestem głupia. Wiem, dlaczego Agnieszka to zrobiła.
Zaczęło się może z miesiąc przed komunią. Zadzwoniłam, żeby zapytać o sukienkę. Agnieszka powiedziała, że już kupiły z Zuzią - białą, prostą, z małą kokardą z tyłu.
- Prostą? - powtórzyłam. - A nie lepiej z koronką? Bo wiesz, prosta sukienka na zdjęciach wygląda jak koszula nocna.
Cisza w słuchawce. Potem krótkie:
- Mamo, Zuzia ją wybrała i jest szczęśliwa.
- No dobrze, dobrze - powiedziałam. - Ja tylko mówię, bo sama kiedyś żałowałam, że na twojej komunii nie wzięłam tej z falbankami. Na zdjęciach by lepiej wyszło.
Agnieszka się rozłączyła. Znaczy - powiedziała "mamo, ktoś dzwoni na drugą linię" i się rozłączyła, ale ja wiem, że nikt nie dzwonił. Nauczycielka z trzydziestoletnim stażem potrafi rozpoznać wymówkę ucznia od prawdy. A Agnieszka zawsze była moją najlepszą uczennicą - w kłamaniu też.
Potem była kwestia restauracji. Wybrali "Złotą Rybkę" koło rynku. Znam tę restaurację, byłam tam na imieninach Maryli z pracy. Rosół letni, schabowy suchy, a deser to była jakaś pianka z puszki udająca mus czekoladowy.
Powiedziałam to Agnieszce. Tak - dokładnie tak, jak teraz to opisuję. Że rosół letni, schabowy suchy i pianka z puszki. Chciałam, żeby wiedziała, zanim wpłaci zaliczkę.
- Mamo - Agnieszka mówiła tym swoim tonem, który znam od lat, takim zmęczonym, jakby dźwigała coś ciężkiego. - Mamo, to jest jedyna restauracja, która miała wolny termin.
- A "Pod Lipami" sprawdzałaś? Bo Janka z mojego bloku tam robiła chrzciny i...
- Sprawdzałam.
- A tę nową, na Żeromskiego?
- Też.
- Bo ja mogę zadzwonić do...
- Mamo. Proszę cię. Jest załatwione.
Przez trzydzieści lat uczyłam historii w szkole podstawowej. Trzydzieści lat powtarzania tym samym tonem: "Otwórzcie książki na stronie czterdzieści dwa. Kto nie ma książki, siada z kolegą. Nie - nie z Kasią, z kolegą, który ma książkę." Człowiek się przyzwyczaja do tego, że wie lepiej. Że widzi dalej. Że jeśli nie powie, to nikt nie powie, a potem będzie płacz.
Czy Agnieszka rozumiała, że ja chciałam po prostu pomóc?
Na komunii siedziałam przy dzieciach i jadłam tego samego schabowego co wszyscy. Suchy nie był - muszę przyznać. Rosół też gorący, z prawdziwym makaronem, nie z tymi nitkami, co się rozpuszczają.
Zuzia przybiegła do mnie między daniami. Wskoczyła mi na kolana, pachniała perfumami Agnieszki - pewnie się psikała, kiedy matka nie widziała. Powiedziała: "Babciu, ja chciałam, żebyś siedziała koło mnie, ale mama powiedziała, że przy dużych jest nudno i będzie ci weselej tutaj."
Dziewięciolatka. Powtórzyła to tak gładko, jakby recytowała wiersz na akademii. Moja wnuczka - już umie kłamać z taką samą gracją co jej matka.
Spojrzałam na stolik numer jeden. Krystyna śmiała się z czegoś, co powiedział ksiądz. Agnieszka nalewała jej wino. Darek klepał teściową po ramieniu.
Pomyślałam: czy Krystyna kiedykolwiek zadzwoniła do Agnieszki z radą? Czy kiedykolwiek powiedziała, że sukienka powinna mieć koronkę, że restauracja jest słaba, że zaproszenia powinny być kremowe, a nie białe? Nie. Krystyna przyjeżdżała, siadała, jadła, uśmiechała się i wyjeżdżała. I za to dostawała miejsce numer jeden.
A ja - za trzydzieści osiem lat opieki, troski, pilnowania, radzenia, naprawiania i ratowania - dostałam stolik numer trzy, między Kubusiem bez mleczaka a Olą, która rozlała już drugi sok.
Kiedy Zuzia pobiegła z powrotem do dzieci, Kubuś szturchnął mnie łokciem.
- Proszę pani, a prawda, że jak się połknie gumę do żucia, to zostaje w brzuchu na siedem lat?
Popatrzyłam na tego chłopca, na jego poważną minę i dziurę po mleczaku.
- Nieprawda - powiedziałam. - To mit.
Chciałam dodać, że powinien w ogóle nie żuć gumy podczas obiadu, że to niekulturalne, że w moich czasach dzieci przy stole siedziały prosto i nie żuły. Ale nie powiedziałam. Bo nagle zdałam sobie sprawę, że siedzę tu właśnie dlatego, że zawsze muszę dodać.
A potem Kubuś zapytał, czy Polska naprawdę kiedyś nie istniała na mapie, i opowiadałam mu o rozbiorach, i Ola słuchała z otwartymi ustami, a dwóch chłopców z drugiego końca stolika przysunęło krzesła bliżej.
Pod koniec obiadu miałam przy sobie sześcioro dzieci i szedł mi piąty rozbiór - znaczy piąta historia, bo po rozbiorach przeszłam na Grünwald, a potem na rycerzy.
Agnieszka podeszła, żeby zabrać Zuzię do wspólnego zdjęcia. Stanęła za moim krzesłem i powiedziała cicho:
- Widzisz, mamo, że ci tu dobrze?
Uśmiechnęłam się. Ale nie odpowiedziałam.
Bo miałam na końcu języka: "Dobrze? Posadzić matkę przy dzieciach to jest dobrze?" - i wiedziałam, że jeśli to powiem, to usłyszę znowu ten zmęczony ton. Więc milczałam.
Wieczorem, w domu, wyciągnęłam album ze zdjęciami z komunii Agnieszki. Moja córka w sukience z falbankami. Ja obok niej, młoda, trzydziestoletnia, z tą samą fryzurą co teraz, tylko ciemniejszą. Pamiętam, że wtedy powiedziałam jej: "Stój prosto, bo na zdjęciu będziesz wyglądała jak znak zapytania."
Ona stała prosto.
Zamknęłam album i położyłam na półce. Jutro zadzwonię do Agnieszki i powiem jej, że schabowy wcale nie był suchy. I że Zuzia wyglądała pięknie w tej prostej sukience. I że następnym razem mogę usiąść gdziekolwiek, bo wszędzie jest dobrze.
A może jej powiem, że plan sali powinien mieć większą czcionkę, bo ledwo przeczytałam swoje imię.
Jeszcze nie wiem.