Pilnuję wnuków, kiedy chorują, wożę je na zastrzyki i siedzę do nocy, a druga babcia zabiera je na lody i do kina. W Dzień Babci wnuk przyniósł laurkę - dla „babci, która zawsze ma czas na zabawę"
Gdyby ktoś mi powiedział, że kartka od siedmiolatka może boleć bardziej niż cokolwiek, co przeżyłam w życiu - roześmiałabym się. A potem przyszedł dwudziesty pierwszy stycznia i przestało mi być do śmiechu.
Olek stał w przedpokoju w za dużej kurtce, z plecakiem zsuniętym na jedno ramię, i wyciągnął do mnie kartkę złożoną na pół. Kolorowa, z naklejonymi gwiazdkami i napisem drukowanymi literami: „Dla babci, która zawsze ma czas na zabawę". Uśmiechał się tak szeroko, że aż mu się dziurka od zęba mlecznego pokazała. - To dla ciebie, babciu!
Tylko że to nie było dla mnie. Na dole, pod gwiazdkami, małymi literami dopisał: „Babcia Krysia". Krysia - matka mojego zięcia, kobieta, która widzi te dzieci dwa razy w miesiącu, zabiera je do kina, kupuje lody i wraca do siebie, kiedy zaczynają się problemy.
Zamknęłam kasę w aptece na Gołębiowie trzy lata temu, po trzydziestu pięciu latach za ladą. Jolanta, sześćdziesiąt jeden lat, emerytka z Radomia. I babcia numer jeden - ta od dyżurów.
Bo kiedy Agnieszka wróciła do pracy po macierzyńskim z małą Zosią, to ja przejęłam grafik. Olek miał wtedy cztery lata, Zosia pół roku. Piętnaście minut przez osiedle - rano przyjeżdżam, wieczorem wracam. Albo zostaję na noc, kiedy Zosia ząbkuje i nie może zasnąć.
Znam ich grafik szczepień na pamięć. Wiem, że Olek ma alergię na amoksycylinę i że Zosi trzeba podawać probiotyk godzinę przed antybiotykiem. Wiem, który pediatra przyjmuje w soboty i w której aptece mają ten smak ibuprofenu, który Olek zgadza się wypić. Kiedyś znałam interakcje leków - teraz znam rytm życia tych dwojga dzieci lepiej niż własny.
Krysia mieszka w Kozienicach. Przyjeżdża w weekendy, nie w każdy. Kiedy przyjeżdża, jest święto. Czekoladki, lodziarnia w centrum, kino na bajkę, trampoliny. Olek biega potem po mieszkaniu i krzyczy: - Babcia Krysia jest najlepsza! Babcia Krysia kupiła mi robota!
Ja nie kupuję robotów. Ja kupuję krople do nosa, czopki i elektrolity. Moje wieczory z wnukami wyglądają tak: Zosia płacze, bo ją ucho boli, Olek chce bajkę, ale cicho, bo siostra śpi, a ja siedzę między nimi z termometrem w jednej ręce i telefonem w drugiej, bo Agnieszka z Danielem są na tym jedynym w miesiącu wyjściu, na które ich namówiłam.
Nie żałuję ani jednej nocy. Ani jednego zastrzyka, przy którym trzymałam Olka na kolanach, kiedy wrzeszczał i się szarpał. Ani jednego obiadu, który ugotowałam, kiedy Agnieszka leżała z grypą. Nie żałuję, bo to jest miłość.
Ale ta laurka mnie złamała.
Stałam w tym przedpokoju z kartką w ręku i czułam, jak mi się coś ściska w środku. Nie w gardle - głębiej. W miejscu, gdzie się trzyma przekonanie, że robi się dobrze.
- Podoba ci się, babciu? - Olek patrzył wyczekująco.
- Piękna - powiedziałam. - Postawimy ją na komodzie.
Wyszłam do kuchni i stałam przez minutę z zamkniętymi oczami. Bo co miałam zrobić? Powiedzieć siedmiolatkowi, że mnie zranił? Że ta kartka powinna być dla mnie, bo to ja wstaję o szóstej, kiedy on ma gorączkę?
Wieczorem Agnieszka zadzwoniła - Zosia znowu kaszlała. - Mamo, mogłabyś jutro rano? Daniel ma spotkanie o ósmej.
Mogłabym. Zawsze mogę.
- A laurka ci się podobała? Olek robił ją w szkole. Pani kazała napisać, dla jakiej babci. On wybrał Krysię, bo... no wiesz. Bo kojarzy ją z zabawą.
- Wiem. Nie szkodzi.
- Na pewno? Mogę z nim porozmawiać.
- Nie rozmawiaj. To dziecko. Napisał, co czuje.
I właśnie to bolało najbardziej. Że napisał prawdę. Że w jego świecie babcia Krysia to lody i trampoliny, a babcia Jola to termometr i syrop. Że moja miłość jest niewidzialna, bo wygląda jak obowiązek.
W sobotę Krysia zabrała oboje na pizzę. Wrócili - Olek miał sos na kurtce, Zosia spała w foteliku z lodowym patykiem przyklejonym do rękawa. Krysia się śmiała: - Trochę nas poniosło!
Popatrzyłam na nią i pomyślałam: ty nie wiesz, że Zosia dwie noce temu wymiotowała co godzinę. Ty nie wiesz, że Olek wczoraj płakał nad matmą. Ty nie musisz wiedzieć. Ty jesteś od zabawy. Ja jestem od reszty.
Pomogłam Agnieszce umyć Zosię, przebrałam ją w piżamkę, przeczytałam bajkę. Olek zasnął na kanapie z klockiem w ręce. Okryłam go kocem.
Krysia pożegnała się w drzwiach. - Jolka, nie wiem, jak ty to robisz codziennie. Ja po jednym dniu jestem wykończona.
To było pierwsze słowo uznania, jakie od niej usłyszałam. Poczułam, jak mi się oczy robią mokre, ale tylko się uśmiechnęłam.
- Wprawka - powiedziałam.
Zamknęłam drzwi i stanęłam w cichym przedpokoju. Na komodzie stała laurka z gwiazdkami. Sięgnęłam po nią, obróciłam na drugą stronę. Czysta. Biała. Wzięłam ołówek Olka z piórnika i napisałam drobnym pismem, tylko dla siebie: „A ta druga babcia zawsze ma czas. Po prostu - ma czas."
Odłożyłam kartkę gwiazdkami do góry. Jutro rano znowu tu będę. O szóstej, jak zawsze. Z termometrem, z syropem, z rosołem na kuchence.
Tylko że czasem, późnym wieczorem, kiedy już wszyscy śpią, zostaje pytanie, na które nie znam odpowiedzi: czy dziecko, które dorośnie, zapamięta syrop - czy lody?