Trzeci rok planuję odwiedzić siostrę w Ełku i trzeci rok coś wypada. Kupiłam bilet na piątego września. Córka zobaczyła go na lodówce: „mamo, wrzesień odpada, kto odbierze dzieci? Jedź w listopadzie, jak się ułoży"

Bilet leżał pod magnetycznym aniołkiem na lodówce - tym, którego Hania przywiozła mi z pielgrzymki do Częstochowy cztery lata temu. Piąty września, wagon drugi, miejsce dwudzieste trzy. Kupiłam go w poniedziałek rano, zanim zdążyłam się rozmyślić.

Marta wpadła po dzieci w czwartek, jak zwykle spóźniona, jak zwykle z telefonem przy uchu. Olek i Zuzia jedli w kuchni naleśniki, które zrobiłam godzinę wcześniej. Marta machinalnie zerknęła na lodówkę - i umilkła w pół słowa.

- Mamo, co to jest?

Odłożyła telefon na blat. Stanęła przede mną tak, jak staje, gdy Olek przyniesie jedynkę z matematyki - z tym zmęczonym wyrazem twarzy, który mówi: no i mamy problem.

- Bilet - powiedziałam. - Do Hani. Nie widziałam siostry trzy lata.

- We wrześniu? - Marta pokręciła głową. - Mamo, szkoła. Kto odbierze dzieci? Jedź w listopadzie, jak się ułoży.

Jak się ułoży. Pamiętam dokładnie, kiedy usłyszałam to zdanie po raz pierwszy. Dwa lata temu planowałam jechać w październiku. Marta wtedy powiedziała: jedź w grudniu, jak się ułoży. W grudniu był adwent, potem wigilia, potem ferie - i się nie ułożyło.

Rok wcześniej miałam jechać w czerwcu, ale Olek złamał rękę na placu zabaw i ktoś musiał z nim siedzieć, bo Marta miała okres próbny w nowej pracy. Pojechałam wtedy na SOR, a nie do Ełku.

Hania dzwoni co niedzielę. Zawsze o osiemnastej, po mszy. Mówi o swoim ogródku, o kocie Filomenie, o sąsiadce z góry, która znowu zalała jej łazienkę. A na koniec zawsze pyta tym samym tonem:

- To kiedy przyjedziesz, Lucynko?

I ja zawsze odpowiadam:

- Niedługo, Haniu. Jak się ułoży.

Mam sześćdziesiąt dwa lata. Od trzech jestem na emeryturze - odeszłam z biura rachunkowego po trzydziestu latach, gdy Kazik zachorował. Kazik odszedł półtora roku temu.

Zostałam w naszym mieszkaniu na Czechowie, trzy pokoje, za duże teraz na jedną osobę, ale pełne rzeczy, od których nie potrafię się oddzielić. Jego kubek z napisem „Najlepszy dziadek" wciąż stoi przy ekspresie.

Kiedy Kazik żył, Marta radziła sobie inaczej. Miała męża - Damiana - i teściową pod Świdnikiem. Potem Damian wyjechał do Holandii „na trzy miesiące", wrócił po roku, zabrał swoje rzeczy i zostało postanowienie sądu o alimentach, które przychodzą jak przychodzą. Teściowa po wyjeździe syna straciła zainteresowanie wnukami. I wtedy Marta powiedziała:

- Mamo, ty i tak siedzisz sama w domu.

I tak. Siedzę sama w domu, więc od dwóch lat codziennie o czternastej wychodzę po Olka do szkoły na Kalinowszczyznę i po Zuzię do przedszkola na Ponikwodę. Karmię ich, odrabiam z Olkiem lekcje, czytam Zuzi o kocie, który nosił buty. Marta wpada po nich między szóstą a siódmą. Czasem zostaje na herbatę, częściej zabiera dzieci i jedzie. W weekendy dzwoni, jeśli potrzebuje.

Kocham wnuki. Kocham ich zapach po placu zabaw, ich brudne buty w przedpokoju, kocham, jak Zuzia mówi „babunia" z tym swoim seplenieniem. Ale ostatnio coraz częściej łapię się na myśli, której się wstydzę - że jestem zmęczona.

Że nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam coś dla siebie. Że Hania jest jedyną osobą na świecie, która pamięta, jak wyglądał nasz dom rodzinny w Giżycku, jak pachniała mama, jak ojciec śpiewał na werandzie wieczorami. Że Hania ma siedemdziesiąt lat i nie wiadomo, ile jeszcze będzie mogła stać przy kuchni i robić swoje słynne kartacze.

W piątek zadzwoniła Marta.

- Mamo, pomyślałam o tym bilecie. - Głos miała rzeczowy, jakby prowadziła zebranie w pracy. - Mogę poprosić Kasię z biura, żeby dwa razy w tygodniu odebrała dzieci. Ale nie codziennie. Więc może pojedziesz na weekend? Piątek do niedzieli. Nie na cały tydzień.

Bilet kupiłam na pięć dni. Od czwartku do poniedziałku. Pięć dni - pierwszy raz od trzech lat więcej niż dwa dni z rzędu bez obowiązków.

- Jadę na pięć dni, Marto - powiedziałam.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka cisza, jaką znam od lat - cisza córki, która układa w głowie argumenty.

- Dobra - odparła w końcu. Sucho. - To ja muszę wziąć dwa dni urlopu.

- Tak - powiedziałam. - Musisz.

Po rozłączeniu usiadłam przy kuchennym stole i patrzyłam na ten bilet pod aniołkiem. Czułam w piersi coś dziwnego - nie radość, nie ulgę. Raczej strach. Że Marta się obrazi na dłużej. Że dzieci będą pytały, dlaczego babci nie ma. Że coś się stanie akurat wtedy, gdy mnie nie będzie, i okaże się, że powinnam zostać.

Ale potem pomyślałam o Hani. O tym, jak stoi przy furtce swojego domu w Ełku i patrzy na ulicę, bo kiedyś powiedziała mi przez telefon, że czasem tak robi - wychodzi przed dom i patrzy, czy ktoś idzie. Żeby nie czuć się tak samo.

Zadzwoniłam do niej.

- Haniu, przyjeżdżam piątego.

- Naprawdę? - szepnęła. I dopiero w tym szepcie usłyszałam, jak bardzo siostra mnie potrzebuje. Nie do odbierania dzieci ze szkoły. Nie do robienia naleśników. Po prostu mnie.

Bilet wciąż wisi na lodówce. Marta od naszej rozmowy nie dzwoniła. Nie wiem, czy to cisza złości, czy cisza, w której córka powoli uczy się, że matka to też człowiek z własnym biletem, własną siostrą i własną tęsknotą, na którą też ma prawo.

Walizki jeszcze nie spakowałam. Ale aniołka na lodówce nie ruszam.