Wnuk wyjechał na studia do Wrocławia. W czwartek w skrzynce leżała koperta zaadresowana odręcznie. Trzy strony o stancji, o wykładach i dopisek: „babciu, mówiłaś, że najbardziej brakuje ci listów, więc będę pisał".

Gdyby ktoś mi powiedział, że w moim wieku jeszcze potrafię tak płakać - stojąc w klatce schodowej, z kopertą przy piersi, jak dziewczyna z filmu - tobym nie uwierzyła. A jednak stałam. I płakałam.

Ale zacznę od początku.

Kacper wyjechał pod koniec września. Politechnika Wrocławska, informatyka. Cały rok się szykował, odkładał z wakacyjnej pracy w markecie, pakował pudła, sortował kable. Ja mu jeszcze robiłam słoiki - ogórki kiszone, dżem truskawkowy, kompot z wiśni. Śmiał się, że w akademiku nie ma piwnicy, ale zabrał wszystko.

Na dworcu w Olsztynie, kiedy wsiadał do pociągu, powiedział: „Babciu, będę dzwonił". I dzwonił. Raz. Może dwa. Potem już tylko SMS-y. Krótkie. „Jest ok", „Zaliczyłem", „Pozdro". Takie słowa, co nic nie znaczą, ale niby się liczyły.

Marcin, mój syn, mówił, że przesadzam. Że dzieciaki teraz tak mają, że to normalne, że Kacper jest dorosły. Marcin sam dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę po obiedzie - regularnie jak zegarek i tak samo mechanicznie. „Cześć, mamo. Co u ciebie? Aha. To dobrze. U nas też dobrze. Agnieszka każe pozdrowić. No to pa, pa". Trzy minuty. Czasem dwie i pół.

Nie żeby się nie kochaliśmy. Kochaliśmy się. Ale tak jakoś - na odległość. Odkąd Stefan umarł trzy lata temu, ta odległość między mną a Marcinem rosła. Nie kłóciliśmy się, nie było żadnego konfliktu.

Po prostu - Marcin miał swoje życie w Poznaniu, swoją firmę, Agnieszkę, problemy ze stopą procentową. A ja miałam swoje cztery ściany na osiedlu Kormoran, apteczną emeryturę i kota Filipa, który przynajmniej nie udawał, że go interesuje moje samopoczucie.

Za Stefana to jeszcze dom żył. Przyjeżdżali na święta, na grilla, Kacper spędzał u nas pół wakacji. Stefan brał go na ryby nad Łynę, uczył robić wędzisko z leszczynowej gałęzi. Ja robiłam naleśniki z serem i cynamonem. Kacper siedział wieczorami na balkonie z dziadkiem i słuchał jego historii - o wojsku, o tym, jak się poznaliśmy na potańcówce w siedemdziesiątym trzecim, o pierwszym mieszkaniu bez łazienki.

Po pogrzebie Stefana Kacper napisał mi wiadomość. Długą, na cały ekran telefonu. Że dziadek był najfajniejszym człowiekiem, jakiego znał. Że będzie tęsknił. Napisał: „Babciu, trzymaj się. Przyjadę, jak tylko będę mógł". Przyjechał. Raz.

Nie mam do niego pretensji. Naprawdę. Miał maturę, egzaminy, tę swoją dziewczynę, Karolinę, z którą zresztą szybko się rozstał. Życie biegło. Moje stało.

Zaczęłam chodzić na spacery z Janiną z parteru - taka moja koleżanka, też wdowa, też z kotem. Gadałyśmy o cenach masła, o pogodzie, o serialach. Czasem o dzieciach. Janina mówiła, że jej syn dzwoni codziennie. Codziennie! Nie wierzyłam, ale nie pokazywałam tego.

Pewnego razu, chyba w lipcu, Kacper wpadł na weekend przed wyjazdem na obóz programistyczny. Siedzieliśmy na balkonie wieczorem - Filip na kolanach, herbata z cytryną, komary brzęczały. I ja mu wtedy powiedziałam tę rzecz, o której nawet nie pamiętałam, że ją powiedziałam.

Opowiadałam mu o listach, które dziadek do mnie pisał z wojska. Dwa lata służby, co tydzień list. Że to było najpiękniejsze, co mnie w życiu spotkało - czekać na listonosza, rozrywać kopertę, czuć zapach papieru. Że w tych listach Stefan był bardziej sobą niż w rozmowie - bo pisząc, człowiek się zastanawia, szuka słów, daje coś z siebie. Powiedziałam: „Wiesz, Kacper, chyba najbardziej w dzisiejszych czasach brakuje mi listów. Nie SMS-ów, nie telefonów. Listów".

Kacper pokiwał głową. Nie skomentował. Myślałam, że przepuścił to mimo uszu, jak połowę moich opowieści.

A potem wyjechał na studia. I były te SMS-y. „Jest ok". „Pozdro".

Aż nadszedł ten czwartek.

Szłam do skrzynki po rachunki. Filip patrzył z okna - miał taką minę, jakby wiedział. W skrzynce między ulotką z Biedronki a fakturą za gaz leżała koperta. Zwykła, biała. Ale adres - odręczny. Pismo Kacpra, trochę krzywe, trochę w górę, jak zawsze.

Trzy strony. Opisał swoją stancję - mały pokój z biurkiem pod oknem i widokiem na podwórko, gdzie sąsiad hoduje gołębie. Pisał o wykładowcy z matematyki, który nosi te same spodnie co tydzień i mówi do studentów „państwo", jakby byli w ministerstwie. O stołówce, gdzie barszcz smakuje jak woda z buraka. O koleżance z roku, która pochodzi z Olsztyna i zna ulicę, na której stoi mój blok.

A na dole, pod spodem, drobnym pismem: „Babciu, mówiłaś, że najbardziej brakuje Ci listów, więc będę pisał. Kacper".

Stałam w tej klatce schodowej i płakałam. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam słowa - jakby ktoś po trzech latach ciszy powiedział mi, że mnie słyszy.

Wieczorem usiadłam przy stole z kartką i długopisem. Chciałam odpisać od razu, na gorąco. Zaczęłam: „Kochany Kacperku" - i zatrzymałam się.

Bo w głowie miałam nie tylko słowa dla wnuka. Miałam też te, których nigdy nie powiedziałam Marcinowi. O tym, że jego niedzielne telefony bolą bardziej niż milczenie. Że kiedy mówi „u nas dobrze", to ja słyszę: „nie pytaj dalej". Że po śmierci ojca syn powinien był przyjechać nie raz, nie dwa - a dziesięć. Dwadzieścia.

Filip wskoczył mi na kolana, kartka zsunęła się na podłogę. Podniosłam ją i odłożyłam na bok.

Następnego dnia napisałam do Kacpra dwie strony. O Filipie, o Janinie z parteru, o kasztanowcu pod oknem, który wreszcie zrzucił liście. Ani słowa o Marcinie.

Kopertę zaniosłam na pocztę osobiście. Pani w okienku spojrzała na mnie, jakbym przyniosła telegram z innej epoki. „List? Zwykły? Pewna pani?" - zapytała. „Pewna" - odpowiedziałam.

Wracałam do domu pieszo, choć zwykle jeżdżę autobusem. Było zimno, wiał wiatr od jeziora, ale szłam powoli.

Nie wiem, czy Kacper naprawdę będzie pisał. Może ten list to był jednorazowy gest - piękny, ale jednorazowy. Może za tydzień wróci do SMS-ów, do swoich „jest ok" i „pozdro". A może nie. Może gdzieś w szufladzie biurka pod oknem z widokiem na gołębie leży już druga kartka z nagłówkiem „Droga Babciu".

A ta kartka, którą odłożyłam - ta z „Kochany Kacperku" i pustą resztą - wciąż leży na stole w kuchni. Czasem na nią patrzę. I zastanawiam się, czy kiedyś wystarczy mi odwagi, żeby dokończyć ten drugi list. Ten, którego nie wyślę do Wrocławia.