Na aqua aerobik zapisałam się, bo ortopeda kazał ruszać biodrem. Poznałam Grażynę i dwie Basie. W lipcu pojechałyśmy we cztery na tydzień do Ustki, pensjonat ze śniadaniem. Córka dzwoni teraz w środy wieczorem i słyszy, że w środy mam zajęte.

Gdyby ktoś powiedział mi rok temu, że będę odmawiać córce rozmowy, bo spieszę się na basen - roześmiałabym się w głos. A potem pewnie popłakała, bo rok temu jedynym dźwiękiem w moim mieszkaniu był tykający zegar w przedpokoju i szum lodówki.

Trzy lata po śmierci Tadka wszystko jakby zwolniło. Poranki wyglądały tak samo - kawa, okno, pusty stół. Wieczory jeszcze gorzej. Córka Marta dzwoniła raz na dwa tygodnie, w niedzielę, zawsze w pośpiechu. "Mamo, wszystko dobrze? A bo my z Łukaszem idziemy do znajomych, to krótko, dobrze?" Dobrze, Martusiu. Wszystko dobrze. Odkładałam telefon i szłam podlewać fiołki na parapecie.

Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w marcu. Trzydzieści lat przepracowałam w aptece na Jarotach - to osiedle w Olsztynie, kto stamtąd, ten wie. Po odejściu na emeryturę myślałam, że wreszcie będę miała czas. I miałam. Tyle czasu, że nie wiedziałam, co z nim zrobić.

Biodro zaczęło się odzywać jesienią. Najpierw lekko, jakby ktoś tępą igłą dźgał w staw przy każdym kroku. Potem coraz mocniej. Ortopeda w przychodni obejrzał zdjęcie RTG, pokiwał głową i powiedział: "Pani Lucyno, proszę się ruszać. Basen, aqua aerobik, cokolwiek. Ale ruszać, nie siedzieć."

Zapisałam się na aqua aerobik w miejskim centrum sportu. Środa i piątek, siedemnasta trzydzieści. Pierwszego dnia stałam przy brzegu basenu w kostiumie kąpielowym kupionym jeszcze przed pandemią i miałam ochotę uciec. Dwadzieścia kobiet w różowym i granatowym, instruktorka z głośnikiem, muzyka z głośników jak w dyskotece. Weszłam do wody po szyję i próbowałam nadążyć.

Grażynę poznałam w szatni po trzecich zajęciach. Suszarka do włosów była jedna na cały rząd, więc stałyśmy w kolejce. "Pierwsza zima bez męża?" - zapytała, patrząc na moją obrączkę. Kiwnęłam głową, choć to była już trzecia. "U mnie piąta" - powiedziała i wyciągnęła rękę. "Grażyna. Też emerytka, też biodro."

Basie pojawiły się tydzień później. Basia Pierwsza - jak ją potem nazywałyśmy - przyszła z córką, która ją dosłownie zaciągnęła na basen. "Mamo, nie będziesz siedzieć w domu i patrzeć w ścianę."

Basia Druga zapisała się sama, bo przeczytała w gazecie, że ruch w wodzie pomaga na kręgosłup. W ciągu miesiąca zaczęłyśmy po zajęciach chodzić na herbatę do kawiarni obok basenu. Nic wielkiego - herbata, ciasto, godzina rozmowy. Ale dla mnie to było jak odkrycie nowego kontynentu.

Z Tadkiem nigdy nie mieliśmy dużo znajomych. On wolał dom, ogródek, wieczory przed telewizorem. Ja się dostosowałam, bo tak było łatwiej. Trzydzieści pięć lat małżeństwa i nagle odkrywasz, że twoje życie towarzyskie zamykało się w jednej osobie, która odeszła. Koleżanki z apteki zapraszały mnie jeszcze przez pierwszy rok - na imieniny, na kawę. Potem przestały. Nie ze złośliwości. Po prostu życie biegnie dalej, a ja stałam w miejscu.

Grażyna była inna niż ktokolwiek, kogo znałam. Głośna, stanowcza, z takim śmiechem, że ludzie przy sąsiednich stolikach odwracali głowy. "Lucynko, my w naszym wieku nie mamy czasu na uprzejmości" - powiedziała kiedyś, kiedy kelnerka przyniosła jej zimną herbatę i Grażyna odesłała ją bez mrugnięcia okiem. Ja bym wypiła zimną i nic nie powiedziała. Z nią uczyłam się mówić, czego chcę.

Pomysł na Ustkę rzuciła Basia Druga w maju. "Słuchajcie, a może byśmy gdzieś pojechały? Nad morze? Na tydzień? Jest taki pensjonat ze śniadaniem, koleżanka z kościoła polecała." Patrzałyśmy na siebie - cztery kobiety po sześćdziesiątce, dwie wdowy, jedna rozwiedziona, jedna z mężem, który i tak całe dnie spędzał na działce. "A czemu nie?" - powiedziała Grażyna.

Czemu nie. Te dwa słowa zmieniły mi lato.

Zadzwoniłam do Marty powiedzieć, że jadę. Cisza w słuchawce trwała kilka sekund za długo.

"Mamo, ale sama? Z jakimiś obcymi kobietami?"

"Nie obcymi. Z koleżankami z aqua aerobiku."

"Z aqua aerobiku" - powtórzyła takim tonem, jakbym powiedziała, że jadę na safari z przypadkowo poznanymi ludźmi z internetu. "A jak ci się biodro pogorszy? A jak ci będzie słabo? A jak..."

"Martusiu, jadę na tydzień nad morze, nie na wyprawę w Himalaje."

Pojechałyśmy w lipcu. Pensjonat pani Danuty, biały domek trzy przecznice od plaży. Śniadania na tarasie - jajecznica, pomidory, kawa ze śmietanką. Rano plaża, popołudniu spacer po molo, wieczorem karty albo rozmowy do północy przy winie z kartonu.

Grażyna opowiadała o swoim pierwszym mężu, który uciekł do Niemiec w osiemdziesiątym piątym. Basia Pierwsza płakała, opowiadając o córce, która zabrała jej wnuka do Irlandii. Basia Druga śmiała się z historii o swoim mężu, który od dwudziestu lat hoduje pomidory i rozmawia z nimi więcej niż z nią.

Ja opowiedziałam o Tadku. O tym, że był dobrym człowiekiem, ale cichym. Że czasem siedział obok mnie cały wieczór i nie powiedział ani słowa, a ja nie wiedziałam, czy jest szczęśliwy, czy po prostu nie ma nic do powiedzenia. Że kochałam go, ale nie wiem, czy on wiedział. Pierwszy raz powiedziałam to na głos.

Marta zadzwoniła dwa razy w ciągu tego tygodnia. Za pierwszym razem byłam na plaży i nie słyszałam telefonu. Za drugim szłyśmy na rybę do smażalni i odebrałam krótko. "Mamo, wszystko okej, jesteśmy na kolacji, zadzwonię później." Usłyszałam w tle śmiech Grażyny i Marta zapytała: "Kto się tak śmieje?"

Po powrocie coś się zmieniło. Marta zaczęła dzwonić częściej. W środy wieczorem, regularnie, o dziewiętnastej. Problem w tym, że o siedemnastej trzydzieści mam aqua aerobik, potem szatnia, potem herbata z dziewczynami. Wracam do domu koło dwudziestej.

Pierwsze dwa razy przepraszałam i oddzwaniałam.

Za trzecim razem Marta powiedziała: "Mamo, ale ja specjalnie wybrałam środę, żebyśmy miały stały dzień na rozmowę. A ty nigdy nie odbierasz."

"Bo w środy mam zajęcia."

"Mamo. Zajęcia na basenie. Możesz raz nie iść?"

Mogłam. Oczywiście, że mogłam. Ale stałam w przedpokoju z telefonem w ręku i myślałam o Grażynie, która czeka w szatni, o Basi, która pewnie kupiła szarlotkę do kawiarni, o ciepłej wodzie, o śmiechu, o tym, że tam ktoś na mnie czeka - nie z obowiązku, tylko dlatego, że lubi moje towarzystwo.

"Martusiu, może w czwartki?"

Cisza.

"Mamo, czy ty mnie unikasz?"

Nie, córeczko. Nie unikam cię. Przez trzy lata siedziałam przy telefonie i czekałam na twój głos, a ty dzwoniłaś raz na dwa tygodnie, w biegu, między jednym wyjściem a drugim. Nie winię cię - masz swoje życie, męża, pracę, swój rytm. Ale ja przez te trzy lata znalazłam coś, czego nie miałam nawet wtedy, kiedy Tadek żył. Znalazłam koleżanki. Znalazłam śmiech. Znalazłam siebie.

Tego nie powiedziałam. Powiedziałam: "Dobrze, zadzwoń w czwartek."

Teraz rozmawiamy w czwartki. Marta opowiada o pracy, o remoncie łazienki, o tym, że Łukasz chce kupić nowy samochód. Ja opowiadam o zajęciach, o dziewczynach, o tym, że Grażyna namawia nas na wyjazd do Zakopanego w październiku.

"Do Zakopanego?" - pyta Marta. I znowu ta cisza. "We cztery?"

"We cztery."

Czasem myślę, że Marta jest zazdrosna. Nie o mój czas - o to, że jej matka, która przez sześćdziesiąt lat była cicha, potulna i zawsze dostępna, nagle ma swój świat. Świat, w który Marta nie jest wpuszczona. Nie dlatego, że nie chcę - dlatego, że to jest moje. Pierwszy raz w życiu coś jest tylko moje.

Ortopeda na ostatniej wizycie powiedział, że biodro się poprawia. Uśmiechnęłam się tak szeroko, że chyba pomyślał, iż to z powodu stawu biodrowego.