Ta sama Halina spokojnie podpisywała papiery, a pracownica biura kiwała głową. Zatrzymałam się w połowie chodnika i zmrużyłam oczy, bo przez chwilę byłam pewna, że coś mi się myli. Za szybą biura podróży przy Żeromskiego stała Halina.

Moja sąsiadka z naprzeciwka. Ta sama Halina, która siedem dni temu siedziała u mnie w kuchni, płakała i mówiła, że nie wie, jak przeżyje do końca miesiąca.

Teraz spokojnie podpisywała papiery, a pracownica biura kiwała głową i coś tłumaczyła. Na ladzie leżały kolorowe foldery. Bułgaria. Grecja. Turcja.

Znamy się od szesnastu lat. Blokowisko na Gołębiowie, czwarte piętro, drzwi naprzeciwko siebie - tak długo wystarczy, żeby wiedzieć o kimś całkiem sporo. Wiedziałam, że Halina jest wdową od dziesięciu lat, że ma córkę gdzieś w Poznaniu, która dzwoni podobno rzadko, i że dostaje emeryturę, z której - jak sama mówiła - zostaje jej "tyle co nic" po opłaceniu czynszu i rachunków.

Pożyczałam jej jajka, kiedy prosiła. Raz przyniosłam szarlotkę, bo wiedziałam, że lubi. Ona przynosiła mi zioła na gardło i pytała o zdrowie. Sąsiedzka przyjaźń. Ciepła, prosta, bez komplikacji.

Pracuję na kasie w Biedronce - jestem tam od czternastu lat, teraz jako szefowa zmiany, więc przynajmniej wiem, że rano muszę być na siódmą i że nogi mnie bolą niezależnie od pory roku. Pieniędzy nie ma dużo.

Syn jest dorosły i dawno się wyprowadził, więc jakoś wiążę koniec z końcem. Miałam nawet coś odłożone - czterysta dwadzieścia złotych na okulary, bo optyk powiedział jeszcze wiosną, że już nie warto odkładać, że moje stare po prostu się do niczego nie nadają. Odkładałam po trochu od marca.

Halina przyszła we wtorek wieczorem. Płakała, zanim jeszcze zamknęłam za nią drzwi.

- Wiesiu, ja nie wiem, co robić - mówiła, ocierając oczy. - Recepta za sześćdziesiąt osiem złotych, leki na serce, bez nich nie mogę, a tu przelew za prąd, i córka teraz też ma swoje problemy, więc nie chcę jej zawracać głowy...

Siedziałam naprzeciwko niej i liczyłam w głowie. Wiedziałam, że mam te czterysta dwadzieścia w kopercie pod bielizną w szufladzie. Wiedziałam też, że okulary poczekają. Że jakoś będę mrużyć oczy przy czytaniu etykiet. Że wzrok jeszcze parę miesięcy wytrzyma.

- Poczekaj chwilę - powiedziałam i wstałam.

Dałam jej trzysta złotych. Ona próbowała odmawiać, płakała, mówiła, że odda przy pierwszym ZUS-ie. Pożegnałyśmy się ciepło. Zostałam z okularami odsuniętymi w nieskończoność i z uczuciem, że zrobiłam dobrze.

Przez tydzień na klatce schodowej mijałyśmy się krótko - ona szybko, ja szybko, może trochę niezręcznie, jak to bywa, kiedy ktoś jest komuś winien i oboje o tym wiedzą. Nie naciskałam. Dałam jej czas.

Tamtego wtorku wstąpiłam do biura podróży, bo w oknie wisiał plakat o sanatoriach nad morzem. Lekarz mówił mi od roku o kręgosłupie, że basen, że ruch, i zawsze znajdowałam powód, żeby sprawdzić "może następnym razem". Chciałam tylko wiedzieć, ile to kosztuje.

I zobaczyłam Halinę.

Stała przy ladzie z portfelem w ręku. Pracownica podała jej jakiś dokument, ona skinęła głową. Na szybie nad ladą przyklejona była kartka: "Chorwacja - wczasy all inclusive - od 1890 zł/os."

Pierwsze myśli miałam głupie - może coś innego podpisuje, może reklamację, może odwołuje rezerwację córki - i zaraz zrozumiałam, że szukam wytłumaczenia, którego nie ma.

Halina odwróciła się w stronę drzwi.

Zobaczyła mnie.

Przez sekundę żadna z nas się nie ruszyła. Ona miała w ręku żółtą teczkę i uśmiech, który zgasł w ułamku sekundy. Ja stałam z torebką na ramieniu i chyba nie miałam żadnego wyrazu twarzy, bo na nic nie byłam gotowa.

- Wiesiu - zaczęła. - Słuchaj, to córka właściwie, ona nalegała, żebym pojechała, więc ona zapłaci, ja tylko podpisuję...

Patrzyłam na nią i myślałam tylko jedno: ta sama córka, która ma pieniądze na wakacje all inclusive, nie mogła przelać sześćdziesięciu ośmiu złotych na leki dla matki.
Pracownica biura zaczęła coś oglądać na ekranie komputera, jakby jej tam nagle wyrosły.

Patrzyłam na Halinę i myślałam o tej kopercie pod bielizną. O tym, jak wstałam od stołu, żeby jej przynieść te pieniądze. O tym, że mrużę oczy przy każdym paragonie w pracy i udaję, że to zmęczenie.

- Dobrze - powiedziałam.

I wyszłam.

Nie trzasnęłam drzwiami. Nie powiedziałam nic więcej. Po prostu wyszłam na chodnik, gdzie było zimno i szaro, i stałam chwilę, żeby złapać oddech.

Halina nie zapukała ani tamtego wieczoru, ani przez kolejne dni. Raz spotkałyśmy się na klatce - ona szybko przyłożyła kluczyk do domofonu i weszła, zanim zdążyłam powiedzieć dzień dobry. Trzysta złotych nigdy nie wróciło.

Na okulary odkładam dalej. Idzie powoli, ale idzie. Na kasie etykiety czytam z bliska, tak żeby zdążyć, zanim kolejka się zrobi. Jakoś daję radę.

Córka Haliny - ta, co nalegała, żeby mama jechała na wakacje - nigdy w życiu jej nie widziałam. Może istnieje. Może naprawdę zapłaciła za ten wyjazd. Może wszystko jest dokładnie tak, jak Halina powiedziała.

Ale nauka, którą wyciągnęłam z tamtego wtorku, nie ma nic wspólnego z pieniędzmi.

Sąsiadka wróciła z wakacji opalona. Widziałam ją raz przez wizjer. Nie otworzyłam drzwi.