Co miesiąc dokładałam córce do rachunków, bo „teraz jest jej ciężko". Wczoraj pokazała mi w telefonie zdjęcia koleżanki z wakacji i napisała pod spodem: „Następnym razem my". A ja wciąż płacę za jej prąd.

Stałam w kolejce na poczcie z dwoma przelewami w ręku - jeden na swój czynsz, drugi na prąd Agaty - kiedy zadzwonił telefon. Ekran pokazał zdjęcie córki, to z komunii Oliwki, jedyne, na którym się obie śmiejemy. Odebrałam lewą ręką, prawą trzymając miejsce w kolejce, bo przede mną stała kobieta z paczką wielkości pralki i już wiedziałam, że to potrwa.

- Mamo, widziałaś, co Majka wrzuciła? - głos Agaty był taki, jaki ma zawsze, kiedy coś ją podekscytowało. Tak samo brzmiała, gdy w trzeciej klasie dostała piątkę z polskiego. - Sprawdź, wysłałam ci.

Przepraszam, powiedziałam do kobiety z paczką, która akurat szukała dowodu, i otworzyłam wiadomość. Zdjęcia. Turkusowa woda, biały piasek, kobieta w kapeluszu z drinkiem. Pod spodem tekst od Agaty: „Następnym razem my 🌴".

Schowałam telefon do kieszeni. Drżały mi ręce, ale nie od zimna. Maj we Włocławku bywa ciepły. Drżały, bo w prawej dłoni trzymałam przelew na dwieście czterdzieści złotych - rachunek za prąd mojej córki. Tej samej córki, która właśnie planowała wakacje.

Pani przy okienku spojrzała na mnie znad okularów.

- Dwa przelewy?

- Tak - powiedziałam i podałam oba, zanim zdążyłam zmienić zdanie.

Wiesława. Sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści osiem lat w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych we Włocławku, z czego dwadzieścia na stanowisku ds. rent i emerytur. Ironia losu - całe życie liczyłam innym ludziom pieniądze, a swoich nie umiałam policzyć tam, gdzie trzeba. Na emeryturze od dwóch lat. Mąż Kazimierz zmarł siedem lat temu, wylew, w nocy, tak cicho, że rano myślałam, że jeszcze śpi.

Agata jest moją jedyną córką. Ma trzydzieści cztery lata, pracuje w salonie kosmetycznym na pół etatu, bo jak mówi, na cały jej zdrowie nie pozwala. Oliwka, moja wnuczka, ma osiem lat i jest jedynym powodem, dla którego nie powiedziałam córce „nie" dużo wcześniej.

Zaczęło się półtora roku temu. Agata zadzwoniła wieczorem, tym swoim głosem, który znam od trzydziestu czterech lat - głosem, który oznacza, że zaraz poprosi o coś, na co nie chcę się zgodzić.

- Mamo, wiesz, że Damian nie płaci alimentów regularnie.

Wiedziałam. Damian, ojciec Oliwki, obiecywał góry, a dawał grosze. Nieregularnie. Agata się z nim rozstała, kiedy Oliwka miała trzy lata. Dobrze zrobiła.

- Mogłabyś mi pomóc z rachunkami? Tylko przez parę miesięcy, zanim stanę na nogi.

Parę miesięcy. Tak powiedziała. Pamiętam, bo zapisałam to w kalendarzu, tym papierowym, który trzymam przy telefonie stacjonarnym. Marzec zeszłego roku. Obok dopisałam: „Agata - pomoc z rachunkami, do lata".

Lato minęło. Jesień minęła. Zima minęła. Przelewy zostały.

Każdego miesiąca to samo. Prąd - dwieście kilkadziesiąt złotych. Czasem gaz, czasem internet, czasem „mamo, Oliwka potrzebuje buty, w tamtych jej palce wystają". I ja szłam na pocztę, robiłam przelew, wracałam do domu i jadłam zupę z wczoraj, bo na świeże zakupy nie wystarczało.

Moja emerytura nie jest duża. Po tylu latach w ZUS-ie dostawałam tyle, że wystarczało na czynsz, leki na ciśnienie i tarczycy, jedzenie - oszczędne, ale przyzwoite - i raz w miesiącu coś ekstra: kino, książka, kawa z Haliną z dawnej pracy. Od kiedy zaczęłam dokładać Agacie, kawa z Haliną zniknęła pierwsza.

Potem kino. Potem książki - bo po co kupować, jak jest biblioteka. W końcu przestałam kupować owoce, bo jabłka po pięć złotych kilogram to luksus, na który mnie nie stać, kiedy płacę za cudzy prąd.

Nie narzekałam. Matka nie narzeka. Matka pomaga. Tak mnie nauczono i tak robiłam.

Ale wczoraj, kiedy stałam na tej poczcie z przelewem za prąd córki i patrzyłam na zdjęcie turkusowej wody z podpisem „Następnym razem my" - coś we mnie pękło. Nie głośno. Raczej tak, jak pęka nitka w swetrze, którego nikt nie naprawia - cicho, ale nieodwracalnie.

Wróciłam do domu. Zrobiłam herbatę. Usiadłam przy kuchennym stole - tym samym, przy którym Kazimierz jadł śniadania, przy którym Agata odrabiała lekcje, przy którym podpisywałam akt notarialny po jego śmierci. I otworzyłam wiadomość od córki jeszcze raz.

Zdjęcia Majki. Grecja, sądząc po architekturze. Majka, koleżanka Agaty z salonu, dwa tygodnie temu wróciła z urlopu. Opalone ramiona, koktajl z palemką, zachód słońca nad morzem. Pod spodem wiadomość Agaty: „Mamo, fajnie by było, nie? Następnym razem my. Oliwka nigdy nie widziała morza".

Oliwka nigdy nie widziała morza.

To zdanie uderzyło mnie mocniej niż cała reszta. Bo to prawda - Oliwka nie widziała morza. Ja ostatni raz byłam nad Bałtykiem z Kazimierzem, jeszcze przed jego chorobą. Ale ja nie widzę morza, bo mnie na nie nie stać. Bo pieniądze, które mogłyby pójść na autokar do Kołobrzegu, idą na rachunek za prąd w mieszkaniu, w którym moja córka ogląda seriale do drugiej w nocy z włączonym ogrzewaniem.

Tego wieczoru zadzwoniłam do Agaty. Nie od razu. Najpierw umyłam naczynia, złożyłam pranie, podlałam kwiaty na balkonie. Takie rzeczy, które robię, kiedy zbieram odwagę. Kazimierz zawsze mówił, że powinienem wiedzieć, kiedy się boję, bo zaczynam sprzątać.

- Mamo, co tam? - Agata odebrała po czwartym sygnale. W tle słyszałam telewizor.

- Widziałam te zdjęcia. Od Majki.

- Fajne, nie? Grecja. Majka mówi, że można tanio polecieć, jak się rezerwuje wcześniej. Myślałam, że we wrześniu, jak Oliwka wróci do szkoły...

- Agata.

- Co?

- Ile kosztuje taki wyjazd?

Cisza. Krótka, ale wystarczająca.

- No... jakieś trzy, cztery tysiące na osobę. Z hotelem, all inclusive. Ale to za pół roku, więc...

- Za trzy osoby to dziesięć tysięcy - powiedziałam. Trzydzieści osiem lat liczenia cudzych emerytur nauczyło mnie jednego - liczby nie kłamią.

- Mamo, nie tak to wygląda. Rozłożyłabym na raty, Damian obiecał, że od września będzie płacił więcej...

- Agata, ja od półtora roku płacę twoje rachunki.

Znowu cisza. Dłuższa.

- No wiem, mamo, i jestem ci wdzięczna, naprawdę...

- Nie kupiłam jabłek w tym tygodniu. Bo po opłaceniu twojego prądu zostało mi czterdzieści złotych do końca miesiąca. I ty mi mówisz o Grecji?

Usłyszałam, jak wstaje z kanapy. Telewizor ucichł.

- To nie tak, że ja nie doceniam...

- Zapytam cię o jedno. Gdybym jutro przestała płacić za twój prąd, za twój gaz, za buty Oliwki - czy nadal planowałabyś Grecję?

- Mamo, to nie fair.

- Nie fair - powtórzyłam. - Powiedz mi, co jest nie fair. Że pytam? Czy że od półtora roku jem zupę z wczoraj, żebyś ty mogła marzyć o all inclusive?

Agata się rozpłakała. Znam ten płacz. Płakała tak, kiedy w liceum oblała maturę za pierwszym razem. Płakała tak, kiedy Damian się wyprowadził. Płacz, który mówi: „nie krzycz na mnie, bo i tak jest mi ciężko". I który zawsze działał.

Ale tym razem nie zadziałał.

- Przyjadę jutro - powiedziałam. - Porozmawiamy na spokojnie. Ale chcę, żebyś do jutrzejszego wieczoru policzyła swoje wydatki. Wszystkie. Nie te, które mi pokazujesz. Wszystkie.

Rozłączyłam się i długo siedziałam przy stole. Herbata wystygła. Za oknem ktoś wyprowadzał psa. Pomyślałam o Kazimierzu, o tym, jak zawsze mówił: „Wiesiu, ty byś ostatnią koszulę oddała, ale sprawdź najpierw, czy tamten naprawdę nie ma swojej".

Nigdy nie sprawdziłam. Przez półtora roku dawałam, nie pytając. Bo matka daje. Bo tak trzeba. Bo Oliwka.

Jutro pojadę do Agaty. Nie wiem jeszcze, co powiem. Wiem, że nie przestanę jej kochać. Wiem, że jeśli Oliwka naprawdę potrzebuje butów, kupię jej buty. Ale wiem też, że mam sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę, z której powinno starczać na jabłka, i prawo do tego, żeby raz w miesiącu napić się kawy z koleżanką, nie czując się winna.

Na lodówce wisi karteczka, którą Oliwka napisała mi na Dzień Babci: „Kocham Babcię najmocniej na świecie". Obok - przelew za prąd. Dwieście czterdzieści złotych.

I ta wiadomość od Agaty. „Następnym razem my 🌴."

Zdjęłam przelew z lodówki. Karteczkę od Oliwki zostawiłam.