Przez sześć lat odbierałam wnuki z przedszkola codziennie o piętnastej, bo córka kończy pracę później. W piątek poprosiłam, żeby raz odebrała sama, bo miałam wizytę u kardiologa. Powiedziała, że przecież emeryci mają cały dzień wolny.
Telefon zadzwonił w momencie, kiedy lekarz przykładał mi stetoskop do klatki piersiowej. Na wyświetlaczu - Monika. Trzeci raz w ciągu kwadransa.
- Proszę nie odbierać - powiedział doktor Walczak, marszcząc brwi nad kartą zleceń.
Nie odebrałam. Ale już wiedziałam, że zapłacę za to wieczorem.
Wizyta trwała czterdzieści minut. Echo serca, pomiar ciśnienia, nowa dawka leku, bo poprzednia nie wystarczała. Doktor mówił coś o stresie, o konieczności odpoczynku, o tym, że serce sześćdziesięciotrzylatki nie jest z gumy. Słuchałam jednym uchem, bo w drugim pulsowała myśl - za dziesięć minut piętnasta, a ja jestem na Lipowej, nie pod przedszkolem na Głębokiej.
Dwadzieścia osiem lat przepracowałam w aptece na Czechowie. Stanie za ladą, recepty, maści, leki, rozmowy z pacjentami. Nogi bolały, kręgosłup trzeszczał, ale lubiłam tę robotę.
Na emeryturę przeszłam, bo Monika urodziła Zosię i powiedziała, że żłobek w Lublinie to kolejki, a prywatny kosztuje tyle, co pół jej pensji. Nie prosiła wprost - nigdy nie prosiła wprost. Powiedziała tylko, że nie wie, jak sobie poradzi, i zamilkła. Ja doskonale rozumiałam tę ciszę.
Więc zostałam babcią na pełen etat.
Zosia, potem Filip dwa lata później. Codziennie o siódmej trzydzieści byłam u nich na Czubach - ubierałam, karmiłam, prowadziłam do przedszkola. O piętnastej odbierałam. Między siódmą a piętnastą wracałam do siebie, robiłam zakupy, gotowałam im obiad na następny dzień, prałam, bo Monika nie nadążała z praniem. Moje własne mieszkanie wyglądało coraz gorzej. Kaloryfer w łazience ciekł od jesieni, a ja nie miałam kiedy zadzwonić do hydraulika.
Darek, mąż Moniki, pracował w delegacjach. Był i nie było go. Kiedy przyjeżdżał na weekend, mówił - Pani Lucyno, nie wiem, co byśmy bez pani zrobili. Mówił do mnie per pani, choć byłam jego teściową od ośmiu lat. Jakoś nigdy nie poprawiłam.
Przyzwyczaiłam się. Człowiek się przyzwyczaja do wszystkiego, nawet do tego, że jego własne życie zaczyna wyglądać jak dodatek do cudzego.
W środę pojechałam do kardiologa, bo w nocy obudziło mnie serce. Nie ból - raczej taka dziwna pauza, jakby na sekundę zapomniało bić, a potem ruszyło ze zdwojoną siłą. Leżałam w ciemności i liczyłam uderzenia, bo bałam się zasnąć.
Rano powiedziałam Monice, że w piątek nie odbiorę dzieci z przedszkola. Że mam wizytę o czternastej trzydzieści, a doktor Walczak przyjmuje tylko w piątki. Poprosiłam, żeby wzięła dwie godziny wolnego albo żeby Darek odebrał - akurat nie miał delegacji.
Monika westchnęła. Tym swoim westchnieniem, które znam od trzydziestu sześciu lat - ciężkim, teatralnym, pełnym pretensji, które jeszcze nie zostały wypowiedziane.
- Mamo, no ale ty masz cały dzień wolny - powiedziała w końcu. - Mogłaś umówić się rano.
Zamrugałam. Stałam w jej kuchni, miałam w ręku Filipową kurtkę, którą właśnie wyjęłam z pralki, bo znowu była brudna. Na blacie stał obiad, który przyniosłam w pojemnikach - schabowe, ziemniaki, surówka z marchewki.
- Termin był jedyny dostępny - powiedziałam spokojnie.
- No to przełóż.
- Moniko, to kardiolog, nie fryzjer.
- Przecież ci nic nie jest. Tata miał problemy z sercem, nie ty.
Nie odpowiedziałam. Odwiesiłam kurtkę Filipa na wieszak, zabrałam swoje pojemniki i wyszłam.
W piątek pojechałam do lekarza. Telefon wibrował w torebce jak wściekła osa. Po wizycie odsłuchałam wiadomości. Pierwsza: "Mamo, Zosia pyta, czy babcia przyjdzie." Druga: "No dobra, wychodzę wcześniej, ale szef nie był zadowolony." Trzecia, już inna - zimna, oficjalna: "Odebrałam. Ale następnym razem uprzedź wcześniej, bo ja nie mogę tak z dnia na dzień."
Z dnia na dzień. Powiedziałam jej w środę. Dwa dni wcześniej. Po sześciu latach codziennego stawiania się jak w zegarku.
Wieczorem zadzwonił Darek. Tym razem bez "Pani Lucyno" - po prostu cicho, rzeczowo poprosił, żebym "nie robiła z tego problemu, bo Monika ma teraz ciężko w firmie". Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie leżały wyniki badań - nowa dawka leków, skierowanie na holtera, zalecenie ograniczenia stresu.
Sześć lat. Dwa tysiące sto dziewięćdziesiąt dni, jeśli ktoś chce liczyć. Codziennie o siódmej trzydzieści wejście, o piętnastej wyjście. Obiady, pranie, spacery, wieczorynka, kiedy Monika miała nadgodziny. Żadnych wakacji, bo kto odbierze dzieci. Odwołane badania, bo termin kolidował z zajęciami Zosi. Własne koleżanki, które przestały dzwonić, bo i tak nigdy nie mogłam.
A teraz siedzę i patrzę na te wyniki, i myślę o jednym zdaniu. "Emeryci mają cały dzień wolny."
W poniedziałek rano nie pojechałam na Czuby.
Zadzwoniłam do Moniki o siódmej piętnaście - kwadrans przed zwykłą porą. Powiedziałam, że muszę pojechać do przychodni po skierowanie, co było prawdą, i że nie przyjadę. Monika milczała chwilę, potem powiedziała - dobrze, jakoś się zorganizuję.
We wtorek też nie pojechałam. Tym razem nie dzwoniłam. Czekałam, czy Monika zadzwoni. Zadzwoniła o dwudziestej drugiej.
- Mamo, czy ty się na mnie gniewasz?
- Nie gniewam się - powiedziałam. - Mam skierowanie na holtera i dwa tygodnie powinnam odpocząć. Lekarz tak powiedział.
Cisza. Potem, ciszej:
- To poważne?
- Nie wiem, Moniko. Nie wiem, bo ostatnie trzy lata odkładałam badania, żeby odbierać twoje dzieci z przedszkola.
Tym razem to ona się rozłączyła.
Od tamtej rozmowy minął tydzień. Monika nie zadzwoniła, żeby zapytać o wyniki holtera. Zosia przysłała mi rysunek przez Darka - babcia z serduszkiem, kredką, krzywo. Filip pytał podobno, czemu babcia nie przychodzi.
Siedzę w swoim mieszkaniu, w którym w końcu naprawiłam kaloryfer. Patrzę na rysunek Zosi przypięty magnesem do lodówki. Myślę o tym, że za trzy dni mam kolejną wizytę u doktora Walczaka. I o tym, że nikt nie zapytał, o której.