Podsłuchałam, jak dzieci ustalają, kto weźmie mieszkanie, „jak mamy już nie będzie". Nic nie powiedziałam. W poniedziałek u notariusza zapisałam wszystko wnuczce — jedynej, która do mnie dzwoni.
Gdybym tamtej soboty nie zapomniała okularów w kuchni, pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, co naprawdę myślą o mnie moje własne dzieci. I pewnie do końca życia łudziłabym się, że jestem dla nich czymś więcej niż metrażem do podziału.
Ale wróciłam się po te okulary. Cicho, w kapciach po dywanie, bo z salonu leciał mecz i myślałam, że nikogo nie ma w kuchni. A tam - Dariusz z Renatą, przy stole, nad herbatą, z głowami pochylonymi jak nad mapą wojenną.
Stanęłam w korytarzu. Drzwi były uchylone na szerokość dłoni.
- Trzeba to ogarnąć, zanim mama się pogorszy - mówił Dariusz. - Bo jak się rozłoży, to będziemy latać tu codziennie, a potem jeszcze okaże się, że połowa jest do remontu i nikt nie chce kupić.
- Ja bym wolała pieniądze - odpowiedziała Renata. - Sprzedać i po połowie. Ty i tak masz dom pod Lublinem.
- No ale poczekaj, kto się nią zajmie? Bo ja nie zamierzam jej brać do siebie, Agnieszka by mnie zabiła.
Renata parsknęła śmiechem. Cichym, krótkim, ale wyraźnym.
- No to dom spokojnej starości. Damy radę opłacić z tej sprzedaży.
Stałam tam może minutę. Może dwie. Czas zmienił konsystencję, zrobił się gęsty jak kisiel, którego nie można przełknąć. W końcu cofnęłam się tak samo cicho, jak przyszłam. Bez okularów. W sumie i bez nich widziałam teraz aż za wyraźnie.
Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt osiem lat w marcu. Przez trzydzieści dwa lata stałam za ladą w aptece na Lipowej, jednej z najstarszych w Lublinie, i znałam po imieniu połowę osiedla. Kiedy przychodziła pani Wójcik po insulinę, pytałam o wnuka, bo wiedziałam, że leczył kolano. Kiedy pan Górski kupował syrop, mówiłam mu, żeby nie mieszał z tym lekiem na ciśnienie. Byłam uważna. Przez całe życie - uważna na ludzi.
Stanisław, mój mąż, umarł pięć lat temu. Rak trzustki, szybko, w trzy miesiące. Zostawił mnie w tym mieszkaniu na trzecim piętrze, sześćdziesiąt dwa metry, dwa pokoje z kuchnią, widok na park Ludowy.
Kupiliśmy je razem w osiemdziesiątym szóstym roku, jeszcze na książeczkę mieszkaniową. Wykończyliśmy własnymi rękami - Stanisław kładł kafelki w łazience, ja malowałam ściany, a mała Renata spała w wózku na korytarzu i było nam dobrze. To mieszkanie pachnie całym moim życiem.
Po śmierci Stasia dzieci przyjeżdżały coraz rzadziej. Dariusz z żoną i dwójką synów - na Wigilię, czasem na Wielkanoc. Renata - kiedy potrzebowała, żebym przypilnowała Maję w czasie sesji egzaminacyjnej, albo kiedy ktoś musiał podpisać coś w spółdzielni, bo ona nie miała czasu. Nie byłam zła. Rozumiałam. Życie się kręci, każdy ma swoje sprawy. Tylko że z tego kręcenia jakoś wypadłam.
Jedyna, która dzwoniła regularnie - we wtorki i w piątki, czasem w niedzielę wieczorem - to Maja. Wnuczka. Dwadzieścia trzy lata, studiuje psychologię we Wrocławiu. Dzwoniła, żeby zapytać, co u mnie, co robiłam, czy byłam na spacerze, czy ugotowałam sobie coś porządnego.
Czasem opowiadała o wykładach, o chłopaku, o współlokatorce, która kradnie jej jogurty z lodówki. Zwykłe rzeczy. Ale te zwykłe rzeczy były jedynym dowodem na to, że ktoś pamięta, że jeszcze istnieję.
Tamtej soboty po południu siedziałam w sypialni i przez dwie godziny słuchałam z salonu odgłosów meczu, śmiechów, otwieranych piw. Dariusz z Renatą przyjechali, bo mieli jakieś sprawy w urzędzie - oboje chcieli się wymeldować ze starego adresu. Przy okazji wpadli do mamy. Przy okazji.
Po tym, co usłyszałam w kuchni, nie płakałam. Byłam za stara na łzy od zaskoczenia, bo tak naprawdę - czyż nie wiedziałam tego od dawna? Te ich pytania o stan mieszkania, o windę, o to, czy spółdzielnia planuje remont elewacji. Myślałam, że się troszczą. A oni szacowali.
W niedzielę poszłam do kościoła na poranną mszę. Nie modliłam się za dzieci. Modliłam się o jasność.
W poniedziałek rano zadzwoniłam do notariusza, którego polecił mi sąsiad z parteru, pan Wróblewski. Byłam u niego o jedenastej. Wzięłam akt własności, dowód i pięćdziesiąt lat wspólnego życia w tym mieszkaniu. Powiedziałam, że chcę sporządzić akt darowizny na rzecz wnuczki, Mai Kowalczyk. Notariusz zapytał, czy jestem pewna. Powiedziałam, że tak pewna nie byłam od dnia, kiedy wychodziłam za Stasia.
Zadzwoniłam do Mai wieczorem.
- Babciu, ale ja nie mogę tego przyjąć - powiedziała. - Mama i wujek...
- Maja - przerwałam jej. - Ty do mnie dzwonisz. We wtorki i w piątki. Czasem w niedzielę. Wiesz, jakie tabletki biorę i że nie lubię, jak pada deszcz, bo bolą mnie kolana. Twoja mama i wujek wiedzą, ile jest warte to mieszkanie. To jest różnica.
Maja milczała chwilę. Słyszałam, jak oddycha.
- Babciu, ja nie chcę, żebyś się przez to pokłóciła z nimi.
- Kochanie - powiedziałam - żeby się pokłócić, trzeba ze sobą rozmawiać.
Jeszcze im nie powiedziałam. Dowiedzą się w swoim czasie - albo od notariusza, albo ode mnie, kiedy uznam, że jestem gotowa na ich miny. Wiem, co powiedzą. Dariusz się wścieknie. Renata będzie płakać i mówić, że to niesprawiedliwe, że zachowek, że prawo. Może mają rację. Może prawo jest po ich stronie i kiedyś wytoczą sprawę.
Ale dziś wieczorem siedzę w salonie, w fotelu Stasia, patrzę na park za oknem i piję herbatę z cytryną. Telefon leży na stoliku. Za dwadzieścia minut zadzwoni Maja - bo jest wtorek.
I wiem jedno: to mieszkanie nie jest metrażem do podziału. To jest moje życie. I oddałam je jedynej osobie, która to rozumie.
Albo może się mylę. Może jestem złośliwą starą kobietą, która karze swoje dzieci za kilka zdań zasłyszanych przez uchylone drzwi. Może każdy rodzic słyszący taką rozmowę powinien wejść, nakrzyczeć, dać szansę na wyjaśnienie.
Ale ja nie weszłam. I nie żałuję.
A przynajmniej tak sobie mówię, kiedy gasną latarnie za oknem i robi się cicho.