Opiekunka, którą wynajęły dzieci, jest dla mnie naprawdę dobra. Wczoraj wyszła po zakupy i zostawiła otwarty zeszyt. Notuje w nim, co mówię, kiedy się mylę, czego nie pamiętam. Na ostatniej stronie dopisek: "materiał dla córki - do ubezwłasnowolnienia".
Zeszyt leżał na kuchennym stole, otwarty na stronie z datą sprzed dwóch dni. Zwykły zeszyt w kratkę, taki za dwa złote z Biedronki, z niebieską okładką. Przysunęłam go do siebie odruchowo, bo myślałam, że to lista zakupów i że Aneta zapomniała ją zabrać. Pierwsza linijka brzmiała: "Wtorek, godz. 11:20 - L. szukała okularów przez 15 minut, miała je na głowie".
Czytałam dalej. Każda strona podzielona starannie na kolumny - data, godzina, co powiedziałam, co zrobiłam, co zapomniałam. Drobnym, równym pismem, z podkreśleniami. Profesjonalnie. Jakby ktoś uczył Anetę, co i jak notować.
Mam na imię Lucyna, za trzy miesiące skończę siedemdziesiąt osiem lat i od trzech lat mieszkam sama w tym samym mieszkaniu na Zatorzu, w którym przeżyłam czterdzieści lat ze Zdzisławem. Kiedy odszedł, córka Beata i syn Marek zgodnie stwierdzili, że nie mogę tu zostać sama. Nie pytali. Stwierdzili. Ja stwierdziłam co innego.
Przez pierwszy rok dawałam sobie radę. Gotowałam, sprzątałam, chodziłam do lekarza, płaciłam rachunki. Były dni gorsze - raz zapomniałam wyłączyć kuchenkę, raz nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie schowałam dowód osobisty. Ale kto tego nie robi? Koleżanka Hania, dwa lata młodsza, trzy razy w tygodniu gubi telefon i nikt jej nie stawia diagnozy.
Potem zaczęło się mówienie. Beata dzwoniła codziennie, ale te telefony nie były rozmowami. To były przesłuchania. Czy jadłam. Co jadłam. Czy wzięłam leki. Które. O której wstałam. Czy wychodziłam. Dokąd. Z kim rozmawiałam. Odpowiadałam cierpliwie, bo to moja córka i ma prawo się martwić. Ale czasem czułam, że Beata nie słucha moich odpowiedzi - szuka w nich dowodów.
Aneta pojawiła się w marcu. Beata powiedziała, że to pomoc domowa - ktoś, kto posprząta, ugotuje, dotrzyma towarzystwa. Przedstawiła ją w progu jak prezent.
- Mamo, to Aneta. Będzie przychodziła trzy razy w tygodniu. Jest fantastyczna.
Aneta rzeczywiście była fantastyczna. Jest. Czterdziestoletnia kobieta z ciepłym uśmiechem, spokojna, cierpliwa. Nie traktowała mnie jak dziecka. Gotowała bez pytania, co chcę - po prostu robiła to, co trzeba. Rosół w poniedziałek, pierogi w środę, coś lekkiego w piątek. Rozmawiałyśmy o serialach, o pogodzie, o jej synu, który zdawał maturę. Lubiłam te rozmowy. Lubiłam ją.
A ona mnie notowała.
Siedziałam nad tym zeszytem może dziesięć minut, może pół godziny. Straciłam poczucie czasu, co pewnie też zasługiwałoby na wpis. Czytałam o sobie jak o obcej osobie. "Środa, godz. 14:00 - L. opowiadała o wizycie u dentysty, której nie było (ostatnia wizyta wg karty - styczeń). Konfabulacja?" Pod spodem pytajnik i strzałka w bok, jakby Aneta wahała się, jak to zakwalifikować.
Ale ja byłam u dentysty. W lutym. Beata mnie zawiozła. Tylko że Beata chyba zapomniała powiedzieć Anecie, a Aneta nie sprawdziła, tylko zapisała.
Dalej: "Piątek, godz. 10:45 - L. nie poznała sąsiadki z drugiego piętra, zwróciła się do niej per pani". Nie poznałam sąsiadki? Panią Zofię znam od trzydziestu lat. Ale do bloku wprowadziła się nowa kobieta, blondynka z małym psem, i to do niej powiedziałam "dzień dobry, pani". Bo nie wiem, jak ma na imię. Bo się nie przedstawiła. Bo jest nowa.
Im dalej czytałam, tym bardziej widziałam, jak moje normalne, stare, trochę roztargnione życie zamienia się w materiał dowodowy. Każda chwila nieuwagi - punkt na liście. Każda pomyłka - dowód. A na ostatniej zapisanej stronie, na samym dole, dopisek innym kolorem. Nie niebieskim jak reszta, ale czarnym, jakby dopisany później, po namyśle: "materiał dla córki - do ubezwłasnowolnienia".
Zamknęłam zeszyt. Położyłam go dokładnie tak, jak leżał. I usiadłam w fotelu Zdzisława, bo kiedy siadam w jego fotelu, lepiej myślę. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Nie płakałam. Przepracowałam czterdzieści lat jako położna i nauczyłam się, że w sytuacji kryzysowej najpierw się działa, a płacze potem, jak jest czas. Zaczęłam myśleć. Co wiem o ubezwłasnowolnieniu? Wiedziałam tyle, że to sąd, że trzeba lekarza, że zabierają prawo do decydowania o sobie. Że potem to ktoś inny podpisuje za ciebie, wydaje twoje pieniądze, decyduje, gdzie mieszkasz.
Moje mieszkanie jest własnościowe. Spłacone od dwudziestu lat. Mam oszczędności - nie wielkie, ale moje. Emerytura przychodzi regularnie. Rachunki płacę sama, przelew zlecam przez telefon, bo Marek mnie tego nauczył dwa lata temu i jestem z tego dumna.
Beata. Moja córka. Która w zeszłym roku pytała, czy nie przepisałabym mieszkania na nią. Tak, na wszelki wypadek, żebym nie musiała się martwić formalnościami. Powiedziałam, że się zastanowię. Nie wracała do tematu. Ale chyba nie przestała o tym myśleć.
Nie wiem, czego się bardziej boję - tego, że Beata robi to z wyrachowania, czy tego, że robi to z troski. Bo jedno i drugie prowadzi do tego samego miejsca. Do sądu, który powie, że Lucyna Krawczyk nie jest w stanie sama o sobie decydować.
Kiedy Aneta wróciła z zakupami, rozmawiałyśmy jak zwykle. Pomogła mi rozpakować siatkę, wstawiła wodę na herbatę, opowiedziała, że syn dostał czwórkę z matematyki. Patrzyłam na nią i myślałam: ty nie jesteś zła. Ty robisz to, co ci powiedziano. Może nawet myślisz, że to dla mojego dobra.
- Aneto - powiedziałam. - A co pani pisze w tym niebieskim zeszycie?
Widziałam, jak jej ręka zamarła na pół drogi do szafki z herbatą. Odwróciła się powoli. Nie kłamała. Powiem jej to - nie kłamała.
- Pani Beata poprosiła, żebym notowała... sytuacje. Takie, które mogłyby być ważne.
- Ważne dla kogo?
Milczała. Postawiła kubek przede mną, usiadła naprzeciwko. Widziałam, że jej jest trudno. Że to nie jest kobieta, która przyszła tu kogoś skrzywdzić. Ale widziałam też, że wie, do czego te notatki służą.
- Nie jestem chora, Aneto - powiedziałam spokojnie. - Jestem stara. To nie to samo.
Następnego dnia zadzwoniłam do Marka. Z dzieci to on zawsze był ten spokojniejszy, mniej zdecydowany, ale bardziej uczciwy. Powiedziałam mu wprost, co znalazłam.
Długo milczał.
- Mamo, Beata mówiła, że to... że chce mieć dokumentację, gdyby ci się pogorszyło. Na wszelki wypadek.
- Na wypadek czego?
- Na wypadek, gdyby trzeba było... formalnie ci pomóc.
Formalnie pomóc. Tak teraz mówi się na zabranie komuś prawa do własnego życia.
Nie krzyczałam na Marka. Nie zrobiłam mu awantury. Poprosiłam go o jedno - żeby umówił mnie do lekarza. Prawdziwego. Nie takiego, do którego wyśle mnie Beata z gotowym wnioskiem, ale takiego, którego sama wybiorę.
Chcę wiedzieć, jak jest naprawdę. Czy zapominam więcej niż przeciętna kobieta w moim wieku. Czy te kartki z listami zakupów, które przyklejam do lodówki, to oznaka choroby czy rozsądku.
Marek zgodził się bez wahania. Chyba poczuł ulgę, że nie proszę go, żeby stanął przeciwko siostrze.
Z Beatą jeszcze nie rozmawiałam. Nie jestem pewna, co jej powiem. Część mnie chce zapytać: córeczko, czego ty się boisz? Że umrę i zostawię mieszkanie obcym? Że będziesz musiała mną się zajmować? Że skończysz jak ja - sama w pustym mieszkaniu, z zeszytem pełnym dowodów, że powoli znikasz?
A część mnie chce po prostu powiedzieć: to jest moje życie. Moje roztargnione, stare, czasem chaotyczne życie. I dopóki mogę - sama decyduję, jak je przeżyć.
Zeszyt Anety nadal leży na stole w kuchni. Nie schowałam go. Nie wyrzuciłam. Niech leży. Niech Aneta wie, że wiem. I niech sobie zapisze: "Poniedziałek, godz. 9:00 - L. przeczytała zeszyt. Zareagowała spokojnie. Umówiła się do lekarza. Pamięć w normie".