Przez pięć lat codziennie odbierałam wnuki ze szkoły i robiłam im obiad, kiedy poprosiłam synową o jeden wolny czwartek w miesiącu, napisała do syna: „twoja mama chyba potrzebuje więcej czasu dla siebie, może znajdziemy kogoś na stałe"
Gdybym tamtego popołudnia nie sięgnęła po telefon Tomka, żeby sprawdzić godzinę - mój leżał na kuchni przy piecu - pewnie do dziś robiłabym rosół i odrabiałabym z Olkiem tabliczkę mnożenia, przekonana, że jestem w tej rodzinie niezastąpiona.
Ale sięgnęłam. I ekran zaświecił się powiadomieniem od Agnieszki.
Całe to zamieszanie zaczęło się od rzeczy tak drobnej, że sama wstydziłam się o nią prosić. Jeden czwartek w miesiącu. Koleżanka z dawnej pracy - Hania, z którą przez piętnaście lat stałam razem za okienkiem w aptece na Żeromskiego - namówiła mnie na zajęcia z akwareli w Domu Kultury. Czwartki o czternastej, dwie godziny. Tyle. Dwadzieścia cztery czwartki w roku.
W aptece przepracowałam trzydzieści dwa lata. Kiedy przeszłam na emeryturę - miałam wtedy pięćdziesiąt siedem - Tomek od razu zaproponował układ. Zuzia szła do pierwszej klasy, Olek do zerówki, a Agnieszka właśnie dostała awans. Potrzebowali kogoś, kto odbierze dzieci, nakarmi, przypilnuje lekcji. Nie kogoś. Mnie.
Zgodziłam się, bo co miałam robić? Siedzieć sama w tym mieszkaniu na Gołębiowskiej i patrzeć, jak ściany się zbliżają? Poza tym kochałam te dzieciaki. Kocham je nadal. Zuzia ma teraz dziesięć lat i czyta grubsze książki niż ja. Olek siedem - ciągle biega, ciągle głodny, ciągle z jakimś nowym siniakiem na kolanie.
Przez pięć lat mój dzień wyglądał tak samo. O dwunastej wychodziłam z domu. Autobus numer siedem do centrum, potem pieszo na Słowackiego, gdzie mieli mieszkanie. Odbierałam dzieci - najpierw Olka, potem Zuzię - robiłam obiad, sprawdzałam zeszyty, czasem zaplatałam warkocz, czasem kleiłam jakiś projekt na przyrodo. O szóstej wracała Agnieszka, o siódmej Tomek. Ja wtedy zbierałam torebkę i jechałam do siebie.
Nikt mnie nie pytał, czy chcę. Nikt mi nie płacił. Nikt nie mówił: „mamo, co byś robiła, gdyby nie wnuki?". Bo odpowiedź była oczywista - robiłabym to, co robię. A co innego miałam robić?
Hania zadzwoniła w marcu. Że są miejsca na akwarelach, że instruktor jest świetny, że to tylko dwa razy w miesiącu, ale lepiej zapisać się na wszystkie czwartki, bo grupa mała. Zaśmiałam się, że ostatni raz malowałam w liceum. Ale pomyślałam o tym wieczorem. I następnego dnia. I jeszcze następnego.
W piątek, kiedy Agnieszka wróciła z pracy, powiedziałam jej o tych zajęciach. Tak lekko, jakby to była błahostka.
- Agniesiu, wiesz co, chciałam zapytać. Jeden czwartek w miesiącu - mogłabyś wziąć krótszy dzień? Albo Tomek? Chciałabym chodzić na takie zajęcia plastyczne, o drugiej się zaczynają.
Uśmiechnęła się. Powiedziała: „Jasne, proszę pani, pogadam z Tomkiem". Pani. Po pięciu latach codziennego karmienia jej dzieci - nadal „proszę pani". Ale do tego się przyzwyczaiłam.
Minął tydzień. Nikt nic nie mówił. Nie dopytywałam, bo nie chciałam być tą, która nagabuje. W kolejny piątek Tomek przyjechał po mnie samochodem - rzadko to robił - i zostawił telefon na stole, kiedy poszedł do łazienki. Olek akurat rozlał kompot, ja wycierałam blat, sięgnęłam po telefon, żeby go przesunąć.
Ekran zaświecił się.
Wiadomość od Agnieszki, sprzed dwóch godzin: „Tomek, pogadajmy na spokojnie wieczorem. Twoja mama chyba potrzebuje więcej czasu dla siebie. Może znajdziemy kogoś na stałe? Karolina z mojej pracy poleca nianię, bierze przyzwoicie, ale przynajmniej byłoby stabilnie i bez takich niespodzianek".
Przeczytałam to trzy razy. Stabilnie. Bez niespodzianek. Jeden czwartek w miesiącu - niespodzianki.
Odłożyłam telefon. Wytarłam kompot do końca. Kiedy Tomek wrócił z łazienki, zapytał, czy podrzucić mnie do domu. Powiedziałam, że autobus za dziesięć minut, dziękuję.
W autobusie siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak Radom mknie za szybą - bloki, drzewa, przystanek przy Kościuszki, skrzyżowanie, apteka, w której kiedyś pracowałam. Myślałam o słowie „stabilnie".
Pięć lat bez jednego dnia wolnego. Dwa tysiące obiadów. Może więcej - nie liczyłam. Ani razu nie odmówiłam, kiedy Agnieszka zadzwoniła, że zostanie dłużej. Ani razu nie powiedziałam, że mnie boli kręgosłup od stania przy kuchni. Bo wnuki to nie praca. Wnuki to miłość.
A miłość nie prosi o wolne czwartki. Tak to chyba widziała Agnieszka.
W sobotę rano zadzwonił Tomek. Normalnym głosem, jakby nic się nie stało.
- Mamo, to co z tym czwartkiem? Agnieszka mówi, że może brać krótszy dzień, ale nie co miesiąc. Co drugi miesiąc by mogła.
Milczałam chwilę za długo.
- Tomek - powiedziałam. - Zapisałam się na te zajęcia. Na każdy czwartek.
- Na każdy?
- Na każdy. Ale spokojnie, to dopiero od kwietnia. Macie czas się zorganizować.
Cisza po drugiej stronie. Potem: - Mamo, ale jak to? Kto odbierze dzieci?
Chciałam powiedzieć: „Wy. Ich rodzice". Ale powiedziałam tylko: - Pogadajcie z Agnieszką. Na pewno coś wymyślicie.
Rozłączyłam się i stałam przy oknie w kuchni. Na dworze wiał marzec, suchy i zimny. Na parapecie stał kubek z resztką herbaty, obok leżała kredka Olka - zielona, złamana w połowie - którą znalazłam w torbie tydzień temu i zapomniałam oddać.
Schowałam kredkę do szuflady. Wylałam herbatę do zlewu.
Nie wiedziałam, czy robię dobrze. Może Agnieszka miała rację - może naprawdę potrzebowałam więcej czasu dla siebie. Tylko że to brzmiało inaczej, kiedy to ja o tym decydowałam, a inaczej - kiedy ktoś decydował za mnie.
W kwietniu poszłam na pierwsze zajęcia. Malowałam jabłka akwarelą. Wyszły krzywe i za mokre. Hania śmiała się, że moje jabłka wyglądają jak po burzy.
Był czwartek, godzina trzecia po południu, i nikt na mnie nie czekał.