Z Halinką chodzimy na gimnastykę dla seniorów od pięciu lat. W zeszłym tygodniu instruktorka pomyliła nasze ankiety. W rubryce „powód uczęszczania" Halinka napisała: „żeby choć godzinę w tygodniu nie być samej". Nigdy nie powiedziała mi, że jest samotna.
Gdybym tamtego wtorku nie została po zajęciach, żeby dopytać o nowy grafik, nigdy bym się nie dowiedziała. Instruktorka przepraszała, podawała mi kartkę, a ja patrzyłam na te trzy linijki wypełnione pochyłym pismem Halinki i czułam, jak mi się robi gorąco pod kołnierzem bluzy.
„Żeby choć godzinę w tygodniu nie być samej."
Stałam z tą ankietą w ręku jeszcze długo po tym, jak instruktorka wyszła. W szatni kapał kran, pachniało dezodorantem i starym linoleum. Przeczytałam te słowa cztery razy. Za piątym schowałam kartkę do torby, jakbym kradła.
Z Halinką poznałyśmy się właśnie na tej gimnastyce - w sali przy szkole podstawowej numer siedem, tej z czerwonej cegły koło ronda na Żeromskiego. Radom nie jest wielkim miastem, ale jakoś nigdy wcześniej na siebie nie trafiłyśmy, choć dzieliły nas trzy przystanki autobusowe.
Ja kończyłam wtedy pięćdziesiąt pięć lat, Halinka była dwa lata starsza. Obie przyszłyśmy pierwszy raz, obie nie mogły złapać rytmu przy rozciąganiu, obie po zajęciach powiedziały „O Jezus, jutro nie wstanę z łóżka". I tak jakoś zostało.
Przez pięć lat co wtorek spotykałyśmy się o szesnastej trzydzieści. Gimnastyka trwała godzinę, potem szłyśmy na herbatę do kawiarni przy rynku albo po prostu stałyśmy na przystanku i gadałyśmy. Halinka opowiadała o tulipanach, które posadzi na działce, o serialu, który ogląda wieczorami, o wnuczce, która zaczęła chodzić.
Śmiała się głośno, robiła miny, kiedy instruktorka kazała nam robić przysiady. Wiedziałam o niej tyle, ile powinna wiedzieć dobra koleżanka z zajęć - że owdowiała siedem lat temu, że syn wyjechał do Anglii i rzadko dzwoni, że córka mieszka w Gdańsku i przyjeżdża na święta. Że emerytury jej starcza, ale na wakacje już nie.
Wiedziałam to wszystko. I nie wiedziałam nic.
Po tym wtorku zaczęłam patrzeć inaczej. Kiedy Halinka dzwoniła, żeby potwierdzić zajęcia - „Renatka, idziemy, prawda?" - słyszałam w tym pytaniu coś nowego. Nie potwierdzenie terminu, ale coś bliższego prośbie. Kiedy po gimnastyce proponowała herbatę, a ja mówiłam, że muszę lecieć, bo Tadeusz czeka z obiadem, widziałam, jak na ułamek sekundy zaciska usta. Wcześniej tego nie zauważałam.
„Przesadzasz" - powiedział Tadeusz, kiedy wieczorem opowiedziałam mu o ankiecie. Siedział w fotelu, przełączał kanały. - „Ludzie piszą różne rzeczy. Może nie chciała pisać, że ma kłopoty z kręgosłupem."
Może i miał rację. Ale następnego wtorku, kiedy po zajęciach Halinka powiedziała „Herbata?", nie powiedziałam, że muszę lecieć. Poszłyśmy do tej kawiarni przy rynku, zamówiłam dwie herbaty z cytryną i sernik, bo Halinka zawsze mówi, że lubi sernik, ale nigdy go dla siebie nie zamawia.
Siedziałyśmy może z godzinę. Halinka opowiadała o wnuczce, o tym, że syn przysłał jej zdjęcia z jakiegoś parku w Birmingham, o tym, że w bloku wymienili windę i teraz jest taka cicha, że nie wie, czy w ogóle jedzie.
A potem, nie wiem czemu, powiedziałam to.
- Halinka, a ty nie czujesz się czasem... sama?
Zawiesiła łyżeczkę nad filiżanką. Patrzyła na mnie może trzy sekundy, ale wystarczyło. Widziałam, jak jej oczy robią się szkliste, jak zaciska wargi, jak prostuje plecy - jakby ktoś ją złapał na czymś wstydliwym.
- A kto się nie czuje - powiedziała i zamieszała herbatę tak energicznie, że chlupnęła na spodek. - Renatka, co ty, spowiedź robisz?
Zaśmiała się, ale śmiech miała taki, jak kaszel - krótki, suchy, do niczego nieprzyczepiony.
Zmieniła temat. Zaczęła o serialu, o sąsiadce, o tym, że w Lidlu mieli przecenione tulipany. Rozmawiałyśmy dalej jak zawsze, a ja siedziałam i myślałam, że ta kobieta przychodzi do mnie co wtorek od pięciu lat, opowiada o wnukach, żartuje z przysiadu i ani razu - ani razu - nie powiedziała: „Renatka, jest mi ciężko."
Wieczorem, kiedy Tadeusz zasnął przed telewizorem, a Kuba zadzwonił z Warszawy, żeby powiedzieć, że znów zmienia pracę, usiadłam w kuchni i wyciągnęłam tę ankietę z torby. Miała być anonimowa, ale Halinka wpisała imię i nazwisko - Halina Majewska, rocznik sześćdziesiąt dwa.
Pytania były proste. „Jak często ćwiczysz w domu?" - Nigdy. „Czy masz problemy zdrowotne, o których powinniśmy wiedzieć?" - Ciśnienie, kolana. „Dlaczego zapisałaś się na zajęcia?" - Żeby choć godzinę w tygodniu nie być samej.
Siedziałam w kuchni, na zegar tykał, z pokoju dochodziło miarowe chrapanie Tadeusza, a ja myślałam o tym, ile razy Halinka stała na tym przystanku po naszej herbacie i wracała do pustego mieszkania. Ile razy wieczorem nie miała do kogo się odezwać. Ile wtorków odliczała jak jedyny punkt na mapie tygodnia.
I wtedy pomyślałam o sobie. O tym, jak mówię „muszę lecieć, Tadeusz czeka". Jak odmawiam herbaty, bo obiad, bo zakupy, bo serial o dwudziestej. Jak przez pięć lat przychodziłam na tę gimnastykę i wychodziłam, i ani razu nie zapytałam: „Halinka, a jak tam u ciebie naprawdę?"
Bo nie pytamy. Nie pytamy, żeby nie usłyszeć. Nie pytamy, bo odpowiedź mogłaby nas zmusić do czegoś więcej niż herbata raz w tygodniu.
Następnego dnia zadzwoniłam do niej. Nie we wtorek, nie przed zajęciami - po prostu w środę rano, bez powodu.
- Halinka, masz czas? Może wpadnę po południu?
Cisza w słuchawce trwała tak długo, że sprawdziłam, czy nie zerwało połączenia.
- Wpadniesz? - powtórzyła wreszcie, takim głosem, jakbym zaproponowała jej wycieczkę do Paryża. - A bo co?
- A bo nic - powiedziałam. - Ot tak.
Przyszłam z sernikiem. Halinka otworzyła drzwi ubrana jak na wyjście, z nałożonymi ustami, w bluzce, którą widziałam na niej tylko na Wielkanoc. Mieszkanie pachnęło Mr. Properem i konwaliami - tymi sztucznymi, z odświeżacza. Na stole leżał obrus, którego najwyraźniej ściągnęła z szafy specjalnie na moją wizytę. Dwa kubki już stały przygotowane.
Czekała na mnie. Jeszcze zanim zadzwoniłam, ona czekała.
Siedziałyśmy w jej kuchni - ciasnej, z oknem na parking i regałem pełnym porcelanowych figurek - i piłyśmy herbatę, i Halinka opowiadała. Nie o wnuczce, nie o serialu. O tym, jak w niedzielę ogląda poranną mszę w telewizji, bo w kościele nie ma z kim usiąść.
O tym, jak raz w miesiącu dzwoni syn z Anglii i mówi „Mamo, u mnie dobrze, muszę lecieć". O tym, jak w sylwestra otworzyła szampana sama, wypiła pół kieliszka i poszła spać o dwudziestej trzeciej, bo nie miała po co czekać na północ.
Słuchałam i czułam coś, czego nie potrafię nazwać. Nie smutek - coś gorszego. Wstyd, że to trwało pięć lat. Że trzeba było pomyłki w ankiecie, żebym otworzyła oczy.
- Halinka - powiedziałam w końcu. - Czemu nigdy mi nie powiedziałaś?
Odstawiła kubek. Pogładziła obrus dłonią, jakby wygładzała fałdę, która dawno tam nie była.
- A jak to się mówi, Renatka? - Uśmiechnęła się lekko, ale oczy miała poważne. - „Hej, jest mi tak ciężko, że idę na gimnastykę, bo tylko tam ktoś pyta, jak się czuję"? Przecież nikt tak nie mówi. Ludzie pytają „co słychać" i chcą usłyszeć „dobrze".
Wracałam do domu przez park. Lipy zaczynały kwitnąć, na ławce siedział starszy pan z gazetą, na placu zabaw biegały dzieci. Myślałam o tym, ilu takich Halinek siedzi teraz samotnie w mieszkaniach na trzecim piętrze i czeka na wtorek. I o tym, ile razy sama usłyszałam „dobrze" i poszłam dalej.
Ankietę Halinki schowałam do szuflady w komodzie, pod albumem ze zdjęciami. Nie wiem, po co. Może żeby pamiętać, że czasem najważniejsze zdanie nie pada w rozmowie, tylko w rubryce, której nikt nie miał czytać.