Wnuk założył mi konto na Facebooku, „żeby babcia widziała zdjęcia prawnuczki". Po pół roku odkryłam, że pisze z niego jako ja - prosi rodzinę o pożyczki „na leki". Zebrał już od ciotek dwa tysiące. Ja żadnych leków nie potrzebuję.
Gdyby Henia nie zadzwoniła w tamten piątek, pewnie do dziś myślałabym, że mam kochającego wnuka, który po prostu chce, żeby babcia nadążała za światem. A tak - odebrałam telefon i usłyszałam coś, od czego zrobiło mi się zimno, choć w kuchni było dwadzieścia pięć stopni.
- Danusia, powiedz mi szczerze - zaczęła Henia takim głosem, jakim mówi się do kogoś ciężko chorego. - Ile to już kosztuje? Te leki. Bo ja ci jeszcze mogę przesłać, ale Krysia mówi, że ona już nie da rady w tym miesiącu.
Nie zrozumiałam. Jakie leki? Biorę jedną tabletkę na ciśnienie dziennie, od lat tę samą, i kosztuje grosze. Przez trzydzieści lat pracowałam w aptece przy Kopernika w Olsztynie - jako farmaceutka widziałam niejedną receptę i wiem, co ile kosztuje. Nic, co biorę, nie wymaga pożyczek od rodziny.
- Heniu, o czym ty mówisz? - zapytałam.
Cisza. A potem Henia powiedziała zdanie, które przewróciło mi życie do góry nogami.
- No jak to o czym? Przecież piszesz do nas od trzech miesięcy. Na tym Facebooku. Że potrzebujesz na leki, że nie chcesz obciążać dzieci, żeby nikt Darkowi nie mówił. Krysia ci wysłała pięćset, ja siedemset, Basia chyba też coś dała.
Usiadłam ciężko na krześle. Za oknem osiedlowy plac zabaw, dzieci na huśtawkach, wszystko jak zwykle. A mi się wydawało, że ktoś właśnie wyrwał podłogę spod nóg.
To Bartek - mój wnuk, syn Darka - założył mi to konto pół roku temu. Przyjechał na niedzielny obiad, wyjął telefon i powiedział z tym swoim uśmiechem, że babcia musi wreszcie wejść w dwudziesty pierwszy wiek. Że Monika - jego żona - wrzuca zdjęcia małej Zosi codziennie i babcia musi to widzieć.
Miałam siedemdziesiąt dwa lata i zero potrzeby bycia na Facebooku. Ale zdjęcia prawnuczki? To co innego. Zosia miała wtedy cztery miesiące, buźkę jak jabłuszko, i owszem - chciałam ją widzieć częściej niż raz w miesiącu, kiedy Bartek z Moniką przyjeżdżali z Gdańska.
Bartek wszystko ustawił. Zrobił mi zdjęcie na profilowe - uśmiechnięta babcia w kuchni, w tle firanki i doniczka z bazylią. Dodał moich kilka znajomych, w tym Henię, Krysię i Basię - moje siostry. Pokazał, jak klikać w serduszka i jak napisać komentarz. Hasło zapisał na karteczce, którą przyczepiłam magnesem do lodówki.
Przez pierwsze miesiące byłam zachwycona. Zosia w wanience. Zosia w czapeczce. Zosia z pierwszym ząbkiem. Dawałam serduszka i pisałam „piękna nasza Zosia!" pod każdym zdjęciem. Nie ruszałam niczego więcej, bo bałam się, że coś zepsuję.
A Bartek - jak się okazało - ruszał. Tyle że nie ze swojego konta, tylko z mojego.
Po rozmowie z Henią zadzwoniłam do Krysi. Potem do Basi. Historia się potwierdzała - każda z nich dostała wiadomości „ode mnie" na Messengerze. Ton był idealny. Ktoś pisał tak, jak ja mogłabym pisać: z błędami, powoli, z „kochana" na początku i „buziaki" na końcu. Ktoś znał nasze rodzinne zdrobnienia. Ktoś wiedział, że Darkowi nie mówię o problemach zdrowotnych, bo się martwi.
Ten ktoś to był Bartek.
Krysia przeczytała mi niektóre wiadomości przez telefon. „Kochana Krysiu, wstyd mi pisać, ale muszę. Lekarz przepisał mi nowy lek, drogi strasznie, a nie chcę Darkowi mówić, bo on zaraz zacznie się denerwować, a ma swoje problemy w pracy. Czy mogłabyś mi pożyczyć? Oddam z emerytury, ale może nie od razu." Potem numer konta. Nie mojego - sprawdziłam później.
Dwa tysiące złotych. Może więcej, bo Basia nie była pewna, ile dokładnie wysłała. Od trzech moich sióstr, emerytowanych nauczycielek, które same nie mają za wiele. Od kobiet, które by mi oddały ostatni grosz, bo jestem ich najstarsza siostra i zawsze byłam tą, która daje, a nie bierze.
Przez dwa dni nie zadzwoniłam do Bartka. Nie mogłam. Nie dlatego, że byłam wściekła - to przyszło później. Na początku był tylko wstyd. Jakby to ja coś złego zrobiła. Jakbym to ja oszukała siostry. Bo to przecież moje imię było pod tymi wiadomościami, moje zdjęcie, moja twarz z tą doniczką bazylii.
Trzeciego dnia zadzwoniłam do Darka. Mojego syna, ojca Bartka. Próbowałam mówić spokojnie, ale głos mi się łamał. Darek słuchał. Potem było długo cicho.
- Mamo, ja z nim porozmawiam - powiedział w końcu.
- Porozmawiasz? Darek, on ukradł pieniądze moim siostrom. Moim imieniem.
- Nie mów „ukradł", mamo.
- A jak mam mówić?
Znowu cisza. I wtedy Darek dodał coś, co mnie zabolało bardziej niż cała reszta.
- On ma problemy, mamo. Finansowe. Monika nie wie. Ja się dopiero niedawno dowiedziałem. Bartek... wziął chwilówkę. Jedną, potem drugą. Kręci się w kółko.
Chwilówki. Mój wnuk, który skończył studia, który ma żonę i córeczkę, który przyjeżdżał z uśmiechem i zakładał mi konto na Facebooku - tonął w chwilówkach. A zamiast powiedzieć, zamiast poprosić wprost, wymyślił coś takiego. Zamiast babci, która może i by pomogła, wybrał babcię-kukiełkę, za którą mógł się schować.
Bartek zadzwonił do mnie następnego dnia. Płakał. Mówił „przepraszam, babciu" raz za razem, jakby to słowo mogło cokolwiek naprawić. Mówił, że odda, że to miało być tymczasowe, że nie wiedział, jak się z tego wyplątać.
Słuchałam go i widziałam Bartka w pamięci. Pięciolatka, który przynosił mi rysunki. Dziesięciolatka, który pomagał podlewać kwiaty na balkonie. Dwudziestolatka, który mówił „babcia to najlepsza babcia na świecie". I tego Bartka dorosłego, który pisał do moich sióstr moimi słowami, prosząc o pieniądze na leki, których nie biorę.
- Bartek - powiedziałam - pieniądze oddasz. Każdej. Do grosza. I powiesz im sam, co zrobiłeś. Nie ja, nie twój ojciec. Ty.
Milczał.
- I jeszcze jedno. Zmieniam hasło. Do konta i do wszystkiego. I nikomu go nie dam.
Bartek oddał pieniądze. Przelał w ciągu tygodnia - nie wiem skąd wziął, nie pytałam. Zadzwonił do cioci Heni, do Krysi, do Basi. Nie wiem, co im powiedział, bo żadna z sióstr nie chce o tym rozmawiać. Henia powiedziała tylko: „Danuś, zamknijmy temat, dobrze?". Krysia się rozpłakała. Basia nie odbiera telefonu.
Monika - żona Bartka - dowiedziała się. Nie ode mnie. Od Darka, który uznał, że musi wiedzieć. Nie wiem, co dzieje się teraz między nimi, i nie pytam, bo boję się odpowiedzi.
A ja siedzę wieczorem w kuchni, patrzę na telefon i widzę to konto na Facebooku. Moje imię, moje zdjęcie, ta bazylica w tle. Zmieniłam hasło, jak obiecałam. Ale zdjęć Zosi nie wrzuca już nikt. Ostatnia fotka jest sprzed miesiąca - Zosia w piaskownicy, z łopatką w drobnej rączce.
Klikam serduszko. Potem zamykam telefon.
Moje siostry oddały pieniądze z czystego serca. Bartek oddał je z przymusu. A ja nie wiem, co z tą różnicą zrobić. Wiem tylko, że bazylię na parapecie trzeba podlać - usycha.
var adsinserter = adsinserter || {};
adsinserter.tags = ['fulladsnew'];