W poniedziałek zmierzyłam 38,5 i napisałam synowej, że pierwszy raz od trzech lat nie dam rady z chłopcami. O siódmej rano stali pod drzwiami, z reklamówką: „kupiłam ci witaminę C i syrop"
Gdyby ktoś mi powiedział, że to właśnie gorączka pokaże mi coś, czego nie widziałam przez trzy lata - pomyślałabym, że majaczę. Ale nie majaczyłam. Miałam trzydzieści osiem i pięć, bolało mnie wszystko od karku po kolana, a w głowie kołatała się jedna jedyna myśl: co teraz z chłopcami.
Bo chłopcy - to moja sprawa. Od trzech lat, odkąd Olek poszedł do zerówki, a Kuba do drugiej klasy. Codziennie o czternastej zamykałam drzwi swojego mieszkania na trzecim piętrze bloku na Czubach, wsiadałam w autobus i jechałam po nich do szkoły.
Obiady, odrabianie lekcji, kąpiel, czytanie na dobranoc. Natalia z Tomkiem wracali koło osiemnastej, czasem dziewiętnastej. Zabierali chłopców i mówili "dzięki, mamo". Ja sprzątałam kuchnię po kolacji, nastawiałam pralkę na jutro i siadałam wreszcie przy swoim herbacie.
Elżbieta Maj, sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana farmaceutka. Dwadzieścia osiem lat za kontuarem apteki na Lipowej, a teraz - za kontuarem własnej kuchni, z dwoma wnukami zamiast recept. I ani jednego dnia wolnego.
Nie żebym narzekała. Same się na to zapisałam. Kiedy Natalia wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim z Olkiem, Tomek spojrzał na mnie z tym swoim wzrokiem - takim jak jego ojciec, mój nieżyjący Staszek - i powiedział: "Mamo, my nie damy rady z dwójką w żłobku i świetlicy, a na nianię nas nie stać". Co miałam powiedzieć? "Nie"? Komu - własnemu synowi?
Więc powiedziałam "tak". I przez trzy lata ani razu nie powiedziałam "nie".
Aż do tego poniedziałku.
Obudziłam się o piątej z gardłem jak z papieru ściernego i takim zimnem w kościach, że przykryłam się dwoma kołdrami i nadal się trzęsłam. Termometr pokazał trzydzieści osiem i pięć. Leżałam, patrząc w sufit i czekałam, aż przejdzie. Ale nie przechodziło. O szóstej wiedziałam, że nie dam rady wstać, ubrać się, jechać dwoma autobusami i bawić się w wesołą babcię przez osiem godzin.
Wzięłam telefon i napisałam do Natalii. Trzy razy kasowałam i pisałam od nowa. Jakbym się tłumaczyła. Jakbym przepraszała. Jakby trzyletnie dziecko chciało powiedzieć mamie, że nie chce do przedszkola.
"Natalio, bardzo przepraszam, ale mam gorączkę i chyba pierwszy raz nie dam rady odebrać chłopców. Naprawdę mi głupio."
Wysłałam i czekałam. Minutę. Dwie. Trzy. Wyobrażałam sobie, jak Natalia czyta, jak kręci głową, jak mówi do Tomka: "No i co teraz? Twoja matka się rozchorowała, a ja mam spotkanie o dziewiątej". Wyobrażałam sobie ciszę w telefonie - tę ciszę, która znaczy więcej niż słowa.
Odpowiedź przyszła po pięciu minutach. Krótka: "Okej, proszę się nie martwić. Zadzwonię."
I tyle. Żadnego "wyzdrowiej", żadnego "a może jednak dasz radę". Odłożyłam telefon, naciągnęłam kołdrę na uszy i powiedziałam sobie, że przecież tego się spodziewałam. Że jestem potrzebna jako para rąk do pilnowania dzieci, a nie jako człowiek z gorączką. Zasnęłam z tą myślą.
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Siódma zero trzy - spojrzałam na zegarek z niedowierzaniem. Zwlokłam się z łóżka, narzuciłam szlafrok, otworzyłam drzwi.
Na korytarzu stała Natalia. Olek trzymał ją za rękę, a Kuba dźwigał reklamówkę prawie tak dużą jak on sam. Natalia miała na sobie kurtkę narzuconą na piżamę od dresu - chyba nie zdążyła się przebrać.
- Kupiłam witaminę C i syrop na gardło - powiedziała, wchodząc do środka bez pytania. - Kuba, postaw torbę w kuchni. Olek, zdejmij buty.
- Natalia, co ty... A praca? A chłopcy?
- Zadzwoniłam do Magdy, zamieni się ze mną na zmianę. A chłopcy pójdą dziś do szkoły sami - Kuba ma dyżur w świetlicy, a Olka odprowadzę po drodze.
Stałam w przedpokoju w szlafroku i kapciach, z nosem czerwonym jak burak, i nie wiedziałam, co powiedzieć. Natalia tymczasem nastawiła wodę na herbatę, wyjęła z reklamówki miód, cytrynę, witaminę C w tabletkach musujących, syrop na gardło i - paczkę moich ulubionych herbatników, tych z Biedronki, z czekoladą.
- Skąd wiedziałaś? - spytałam, pokazując herbatniki.
- Że pani je lubi? - Natalia uśmiechnęła się. - Kuba mi powiedział. Mówi, że babcia zawsze mu jednego daje po obiedzie, ale tak, żeby Olek nie widział.
Kuba stał w progu kuchni i patrzył na mnie z miną winowajcy. Roześmiałam się - i od razu zakaszlałam.
- Proszę się położyć - powiedziała Natalia tonem, którego nigdy wcześniej u niej nie słyszałam. Takim zdecydowanym, ale miękkim. - Ja tu ogarnę.
- Natalia, naprawdę nie trzeba...
- Trzeba. - Poprawiła mi kołdrę, jak ja poprawiam Olkowi. - Trzy lata pani u nas nie opuściła ani jednego dnia. Ani jednego. Nawet jak pani miała to zapalenie stawów w marcu, to pani przyszła i jeszcze chłopcom obiad ugotowała. Myśli pani, że tego nie widzimy?
Leżałam w łóżku i słuchałam, jak Natalia w mojej kuchni robi śniadanie chłopcom. Słyszałam brzęk talerzy, śmiech Olka, Kubę mówiącego "cicho, babcia śpi". Słyszałam, jak Natalia mówi do nich szeptem, a potem otwiera i zamyka lodówkę.
Po dwudziestu minutach weszła z tacą. Herbata z miodem i cytryną, dwie grzanki, tabletka witaminy rozpuszczona w szklance.
- Chłopcy chcą się pożegnać - powiedziała.
Weszli na palcach, jakby do pokoju szpitalnego. Olek położył mi na kołdrze rysunek - babcia w łóżku, a obok wielkie żółte słońce i napis "babciu wyzdrowiej" z trzema wykrzyknikami i jednym serduszkiem. Kuba stał z rękami w kieszeniach i powiedział tylko: "Babciu, ja dzisiaj sam wrócę ze szkoły, nie musisz się martwić".
Miał osiem lat i patrzył na mnie jak dorosły mężczyzna.
Kiedy wyszli, Natalia została jeszcze dziesięć minut. Umyła naczynia, zostawiła na blacie kartkę: "Rosół w garnku na kuchence - podgrzać na małym ogniu. Wieczorem zadzwonię. Proszę nie wstawać."
Leżałam w cichym mieszkaniu, z rysunkiem Olka na kołdrze i zapachem cytryny w powietrzu, i płakałam. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam dobrego słowa. Może z ulgi. Może z zaskoczenia. Przez trzy lata byłam pewna, że moja rola w tej rodzinie to być niezawodną. Że dopóki jestem użyteczna - jestem potrzebna. A kiedy przestanę dawać radę - stanę się ciężarem.
A tu się okazało, że Natalia wie o herbatnikach. Że Kuba pamięta o moim zapaleniu stawów. Że Olek rysuje słońca, kiedy babcia choruje.
Wieczorem zadzwoniła Natalia, tak jak obiecała. Spytała o temperaturę, o gardło, czy zjadłam rosół. A potem powiedziała coś, co pamiętam do dziś:
- Pani Elżbieto, ja wiem, że pani myśli, że nam pani jest potrzebna, żeby pilnować chłopców. Ale ja chcę, żeby pani wiedziała, że chłopcy potrzebują babci. To jest różnica.
Nie odpowiedziałam, bo miałam gulę w gardle - i tym razem nie od anginy.
We wtorek gorączka spadła. W środę chciałam już jechać po chłopców, ale Natalia napisała: "Jeszcze jeden dzień dla siebie. Proszę." W czwartek wróciłam na Czuby, otworzyłam drzwi szkoły i zobaczyłam Olka, który biegł do mnie tak, jakby mnie nie widział miesiąc.
Od tamtego poniedziałku minęło pół roku. Dalej jeżdżę po chłopców, dalej gotuję obiady, dalej poprawiam kołdrę Olkowi. Ale jedno się zmieniło. Teraz wiem, że jeśli znowu zmierzę trzydzieści osiem i pięć - mogę napisać. I nikt nie pomyśli, że jestem ciężarem.
Bo trzy lata byłam pewna, że noszę tę rodzinę na plecach. A okazało się, że oni też niosą mnie.