Od trzech lat wnuki są u mnie od poniedziałku do piątku. We wrześniu zapisałam się na Uniwersytet Trzeciego Wieku — historia sztuki, wtorki o szesnastej. Synowa zobaczyła plan zajęć: „mamo, a online nie ma? Posłuchałabyś sobie przy dzieciach”

Plan zajęć wisiał na lodówce pod magnesem z Mielna. Jedna kartka, a na niej jedna kratka zakreślona na żółto: wtorek, 16.00, historia sztuki, sala 104. Patrzyłam na nią co rano, smarując Kubie kanapki do szkoły, i za każdym razem coś mi się w środku podnosiło jak ciasto drożdżowe pod ściereczką.

Ewelina zobaczyła ją w piątek, kiedy przyszła po dzieci. Stała w przedpokoju w kurtce, z kluczykami w ręce, i czytała. Długo, jak na jedną kratkę.

„Mamo, a online tego nie ma? Posłuchałabyś sobie przy dzieciach.”

Powiedziała to miło. Ewelina zawsze mówi miło. I może dlatego tak długo nie umiałam jej odpowiedzieć.

Trzy lata temu wróciła do pracy po wychowawczym. Zuzia miała wtedy trzy lata i płakała w przedszkolu tak, że panie dzwoniły po godzinie. „Mamo, tylko na rok, aż mała się przyzwyczai” - prosił Grzesiek, mój syn. Siedział u mnie w kuchni na Kurdwanowie, w tej samej, w której odrabiał kiedyś lekcje, i patrzył tak, jak patrzył w podstawówce, kiedy przynosił uwagę do podpisania.

Rok minął. Potem drugi. Kuba poszedł do czwartej klasy, Zuzia do zerówki. Mój dzień ułożył się sam: dwunasta trzydzieści po Zuzię, za dziesięć druga po Kubę, obiad, lekcje, tabliczka mnożenia przy ceracie, bajka, kolacja. Grzesiek jeździ tramwajem w MPK, raz na rano, raz na popołudnie, więc dzieci odbierała zwykle Ewelina, koło wpół do szóstej. Całowała mnie w policzek, mówiła „mama jest złota” i wychodziła.

Nie skarżę się. Kocham ich do szaleństwa. Ale w zeszłym roku przyszło mi skierowanie do sanatorium z NFZ, czekałam na nie prawie dwa lata. Ewelina tylko westchnęła: „W marcu? A kto z dziećmi?”. Przesunęłam termin. Potem jeszcze raz. W końcu przepadło.

Trzydzieści lat stałam za ladą w spożywczym. A kiedy miałam piętnaście, chciałam iść do liceum plastycznego. Ojciec powiedział, że z malowania chleba nie będzie, i poszłam do handlówki. Ryszard, świeć Panie nad jego duszą, przez całe małżeństwo nazywał moje szkicowniki „babskimi bazgrołami”. Cztery lata temu go pochowałam. Szkicowniki dalej leżą w meblościance.

Na Uniwersytet namówiła mnie Krysia z trzeciego piętra. Opłata za semestr - mniej niż za jedne zimowe buty Zuzi. Podpisałam deklarację i wracałam tramwajem z uśmiechem, aż ludzie się oglądali.

„Nie ma online, Ewelinko. To są obrazy. Trzeba je zobaczyć na dużym ekranie, a nie na telefonie, jak Zuzia mi przez ramię skacze.”

„Ale mamo… wtorek.” Przełożyła kluczyki z ręki do ręki. „Ja do szesnastej, potem Wielicka stoi, wie mama, jak jest. Nie zdążę.”

„Dzieci mogą być na świetlicy do wpół do piątej. Raz w tygodniu.”

„Zuzia na świetlicy siedzi w kącie i płacze. Przecież mama wie.”

Wiedziałam. Tylko że Zuzia nie płacze na świetlicy od dawna. Pani Beata mówiła mi to w czerwcu.

Nic nie powiedziałam. Ewelina ubrała dzieci, Zuzia pomachała mi z klatki, Kuba krzyknął „pa, babcia!”. Drzwi trzasnęły tak jak zawsze. A ja stałam przy lodówce i patrzyłam na żółtą kratkę.

W sobotę zadzwonił Grzesiek.

„Mamo, Ewelina wróciła zapłakana. Ona myśli, że masz do niej jakiś żal.”

„Nie mam żalu, synku.”

„No to o co chodzi? Przecież lubisz z nimi siedzieć.”

„Lubię. Tylko nikt mnie nigdy nie zapytał.”

Cisza w słuchawce. Słyszałam, jak w tle gra telewizor.

„Mamo, ale… o jeden wtorek?”

„No właśnie, Grzesiu. O jeden wtorek.”

W niedzielę przyszli na obiad. Rosół, schabowe, mizeria. Zuzia wyjadała makaron z talerza palcami, Kuba opowiadał o jakiejś grze. Ewelina była spokojna, nawet za spokojna. Przy herbacie odstawiła szklankę i powiedziała:

„Rozmawiałam w szkole. Od października dzieci będą na świetlicy codziennie, do wpół do piątej. Ja przesunę sobie godziny, szefowa się zgodziła.” Uśmiechnęła się. „Mama ma swoje życie i my to szanujemy. Nie będziemy mamy dłużej obciążać.”

Ręce mi się zrobiły zimne. Grzesiek mieszał herbatę, choć nie słodzi od lat.

„Ewelinko, ja nie o to…”

„To o co, mamo?” Nie podniosła głosu. Ani trochę. „Albo wtorki, albo nie. Ja nie umiem na pół. Nie będę co tydzień liczyć, czy mama może, czy mama nie może, i czuć się, jakbym coś mamie zabierała.”

Kuba popatrzył na mnie znad talerza. „Babciu, a kto będzie ze mną robił matmę?”

Nikt mu nie odpowiedział.

Pierwszy wykład był o ołtarzu Wita Stwosza. Pan profesor, starszy, w swetrze z łatami na łokciach, pokazywał na ekranie twarze apostołów z tak bliska, jak nigdy nie zobaczy się ich z ławki w Mariackim.

Mówił, że Stwosz podobno rzeźbił je z krakowskich mieszczan. Sześćdziesiąt lat chodzę do tego kościoła i pierwszy raz zobaczyłam, że jeden z nich płacze. Siedziałam w trzecim rzędzie z nowym zeszytem i nie zapisałam ani słowa, tak patrzyłam. O wpół do piątej sięgnęłam odruchowo po telefon. Nikt nie dzwonił. Nikt nie musiał.

W środę o za dziesięć druga stałam w oknie, z którego widać szkołę. Ubrana. Z kluczami w ręku. Nie wiem po co.

Wieczorem zadzwoniła Zuzia z telefonu Eweliny. „Babciu, kiedy do ciebie przyjdziemy?”. W tle usłyszałam spokojny głos synowej: „W sobotę, kochanie. Jak babcia nie ma zajęć”.

Nie mam zajęć w sobotę. Ewelina wie o tym doskonale. Do dziś nie umiem rozstrzygnąć, czy powiedziała to z troski, czy po to, żebym usłyszała.

Krysia mówi, że wygrałam. Siostra z Wieliczki mówi, że przegrałam wszystko dla jednego obrazka na slajdzie. Grzesiek nie mówi nic, a jak przychodzi z dziećmi, to zostaje krócej niż kiedyś.

Plan zajęć dalej wisi na lodówce. Jedna żółta kratka, a cała reszta tygodnia biała jak nowe płótno. Tylko nie wiem, czy ktoś mi je podarował, czy zabrał.