Na trzy tygodnie sanatorium w Ciechocinku zostawiłam wnukowi klucze, żeby podlewał kwiatki. Wróciłam w niedzielę, w łazience wisiały trzy nowe ręczniki, równo złożone. Na lodówce kartka po angielsku i po polsku: "Check-out do jedenastej. Hasło do Wi-Fi: zosia1952".

Trzy ręczniki. Białe, puszyste, takie jak w hotelach na zdjęciach - złożone w kostkę i ułożone na pralce od największego do najmniejszego. Na samej górze ktoś położył dwa małe mydełka zawinięte w papier.

Stałam w drzwiach łazienki jeszcze w żakiecie, z torebką na ramieniu, i patrzyłam na nie tak, jakby to one miały mi wytłumaczyć, co się dzieje. Moje ręczniki są bordowe. Kupiłam je na promocji i zawsze wiszą na kaloryferze, nigdy złożone, bo tak szybciej schną.

Poszłam do kuchni. W mieszkaniu pachniało cudzym płynem do płukania - czymś słodkim, jak guma do żucia. Na lodówce, pod magnesem z Ciechocinka, wisiała kartka wydrukowana na komputerze. Najpierw po angielsku, potem po polsku: "Check-out do jedenastej. Hasło do Wi-Fi: zosia1952".

Zosia1952. To ja. Zofia, rocznik pięćdziesiąty drugi. Hasło ustawił mi Kuba cztery lata temu, kiedy podłączał internet, żebyśmy mogli rozmawiać przez kamerkę.

- Babciu, takie na pewno zapamiętasz - śmiał się wtedy.

Zapamiętałam. A teraz wisiało na mojej lodówce dla każdego, kto otworzy drzwi.

Spojrzałam na zegarek. Za dwadzieścia dwunasta.

Miałam być w Krakowie o czwartej. Kuba sam zaproponował, że wyjdzie po mnie na Dworzec Główny, dwa razy dopytywał w SMS-ie, którym pociągiem przyjadę. Ale Halina z mojego turnusu, ta od wspólnych spacerów pod tężnie, wracała z synem samochodem do Wieliczki.

- Zośka, co się będziesz tłuc z przesiadką. Wsiadaj - powiedziała.

Wsiadłam. Chciałam zrobić wnukowi niespodziankę.

Nie napisałam do niego. Usiadłam na taborecie i zaczęłam się rozglądać - tym razem naprawdę.

Meblościanka w dużym pokoju była prawie pusta. Zniknęły zdjęcia - ślub Iwony, Kuba w albie do komunii, mój Zdzisław w mundurze z wojska. Zniknął kryształowy wazon po mamie i serwetki, które mama robiła na szydełku.

Na półce stały za to trzy książki po angielsku, przewodnik po Krakowie i wiklinowy koszyczek z kawą w saszetkach. Drzwi do małego pokoju, do mojej sypialni, były zamknięte na klucz. Ja ich nigdy nie zamykam. Nawet nie wiedziałam, gdzie ten klucz leży.

A kwiatki były podlane. Wszystkie. Skrzydłokwiat na parapecie wypuścił nowy, biały kwiat, czego nie zrobił od dwóch lat.

Zadzwoniłam do Krysi z naprzeciwka.

- O, wróciłaś już? - zdziwiła się. - Bo tu się ciągle ktoś kręcił z walizkami. Kuba mówił, że to znajomi z twojego sanatorium, że Kraków przyjechali zwiedzać. Najpierw jacyś Niemcy, potem para z dzieckiem, po hiszpańsku chyba gadali... Ja myślałam, Zośka, że ty się na stare lata towarzysko rozkręciłaś!

Zaśmiała się. Ja nie.

Przez całe trzy tygodnie Kuba co parę dni przysyłał mi zdjęcia parapetu. "Babciu, żyją!" - z uśmiechniętą buźką. Pokazywałam je paniom przy stoliku na stołówce. Że wnuk taki dobry, że student, a o babci pamięta.

Trzydzieści lat byłam szefową zmiany w fabryce na Zabłociu. Wiem, jak wygląda człowiek, który coś zepsuł i liczy, że nikt nie zauważy, zanim zdąży naprawić. Wiedziałam więc, kogo zobaczę za pół godziny w drzwiach. Nie wiedziałam tylko, co mu powiem.

Klucz zazgrzytał w zamku o wpół do pierwszej. Kuba wszedł tyłem, ciągnąc dwie wielkie niebieskie torby z pościelą z pralni samoobsługowej. Odwrócił się, zobaczył walizkę. Potem mnie.

- Babcia... Miałaś być o czwartej.

- Miałam.

Postawił torby. Pościel pachniała tym samym słodkim płynem.

- To nie jest tak, jak myślisz. Zdjęcia są w szafie, w twoim pokoju, wszystko pozawijane w gazety, nic się nie stłukło. Nikt tam nie wchodził, przysięgam, zamykałem.

- Ilu ich było?

Przełknął ślinę.

- Pięć rezerwacji. Dwanaście osób. Babciu, to byli normalni ludzie, naprawdę. Ta pani z Walencji to nawet ci coś zostawiła...

Wyciągnął z przewodnika kartkę z bloku. Dziecięcy rysunek kredkami - okno, na parapecie kolorowe plamy kwiatów, a pod spodem krzywymi literami: "Thank you Zosia". Ktoś mi podziękował za mieszkanie, którego mu nie wynajmowałam.

- Po co, Kuba?

Usiadł na drugim taborecie. Dwadzieścia jeden lat, a siedział jak chłopiec, który przyniósł jedynkę - kolana razem, ręce między kolanami. Długo milczał. Potem wyjął telefon i podsunął mi ekran. Kolorowa aplikacja, czerwone cyferki.

- Wziąłem dwa tysiące w październiku. Laptop mi padł przed sesją, a z jedzeniem rozwoziłem tylko do zimy, bo hulajnoga się rozwaliła. Myślałem, że oddam z wypłaty. Potem wziąłem drugą, żeby spłacić pierwszą. W kwietniu było już prawie siedem tysięcy. Dzwonili codziennie. Mówili, że zadzwonią do mamy, bo ją podałem jako kontakt.

- To czemu do mamy nie poszedłeś?

Podniósł na mnie oczy.

- Bo by powiedziała, że jestem jak ojciec.

I wtedy przestało mi być łatwo się na niego złościć.

Bo ja pamiętam Mirka. Siedział na tym samym taborecie dwanaście lat temu, uśmiechnięty, czarujący, i pożyczał ode mnie na samochód. Iwona nawet nie wiedziała. Nie oddał - ani mnie, ani nikomu. Kiedy się rozwodzili, Kuba miał dziewięć lat i słyszał przez ścianę każde słowo o długach ojca. Pewnie słyszał też, jak Iwona płakała, że syn ma po nim ten uśmiech.

Miał. Tylko że teraz się nie uśmiechał.

- Spłaciłem wszystko w piątek - powiedział cicho. - Zostało mi tysiąc dwieście. - Wyjął z kieszeni kurtki kopertę. - To za prąd, wodę i gaz. Policzyłem z liczników.

Policzył z liczników. Ręce mu się trzęsły, kiedy kładł kopertę na ceracie.

- Wiesz, co jest najgorsze? - zapytałam. - Nie to, że obcy ludzie u mnie spali.

- Nie spali w twoim łóżku, babciu, mówię ci, twój pokój...

- Wiem. Zamknąłeś mnie w szafie, Kuba. Moje zdjęcia, dziadka, twoją komunię, serwetki prababci. Żeby nikt nie zobaczył, że tu mieszka stara kobieta.

Spuścił głowę.

- Bo inaczej nikt by nie zarezerwował - powiedział. I to było najuczciwsze zdanie, jakie usłyszałam tego dnia.

Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Lodówka brzęczała. Za oknem ktoś trzepał dywan, chociaż była niedziela.

- A jakby ktoś zalał Krysię? - odezwałam się w końcu. - Jakby się dowiedziała spółdzielnia? Jakby kto coś ukradł, wzniecił pożar? Ty byś za to odpowiadał? Czy ja?

- Nie pomyślałem.

- No właśnie. Nie pomyślałeś. Tak samo jak z tym hasłem. Moje imię i rok urodzenia na lodówce, dla każdego.

Wstałam, zdjęłam kartkę spod magnesu, złożyłam na czworo. Kopertę przesunęłam z powrotem w jego stronę.

- Zostaw sobie. Na bilet miesięczny i na to, żebyś do końca semestru nie musiał niczego brać z żadnej aplikacji.

- Babciu...

- Jeszcze nie skończyłam. O mieszkaniu możesz matce nie mówić, to moja sprawa i ja się z tobą rozliczę. Ale o długu powiesz jej sam. Do moich imienin. Bo jak nie powiesz, to za rok będziesz wynajmował Niemcom jej mieszkanie, kiedy pojedzie do sanatorium.

Zaśmiał się przez łzy - krótko, jak kaszlnięcie. Potem przyniósł klucz od małego pokoju i we dwoje rozwijaliśmy z gazet zdjęcia. Zdzisław w mundurze miał porysowane szkło na rogu. Kuba przepraszał za to dłużej niż za wszystko inne.

Odprowadziłam go pod klatkę. Szedł w stronę przystanku z pustymi torbami przewieszonymi przez ramię, a ja stałam przy drzwiach z kluczami w ręce i nie umiałam zdecydować, czy bardziej mi go żal, czy bardziej jestem na niego zła. Bzy przy trzepaku już przekwitały.

Zanim wyszedł, zmienił mi hasło do internetu.

- Zapisać ci gdzieś? - zapytał.

- Nie trzeba. Będziesz mi przypominał. W każdą niedzielę, jak przyjdziesz na obiad.

Przychodzi. Iwonie powiedział dzień przed moimi imieninami - zadzwoniła do mnie wieczorem i długo milczała w słuchawkę, zanim zapytała, czy ja coś wiedziałam.

Białe ręczniki leżą w szafce w przedpokoju, równo złożone. Nie umiem ich ani używać, ani wyrzucić. Na lodówce, pod magnesem z Ciechocinka, wisi teraz rysunek z Walencji.

A hasła wciąż nie pamiętam. I chyba wcale nie chcę.