Córka namówiła mnie na pełnomocnictwo do konta - "gdyby mama trafiła do szpitala". W październiku w aptece karta została odrzucona. W banku pani pokazała przelewy: co miesiąc pierwszego, osiemset złotych, tytuł "zwrot za zakupy dla mamy". Zakupy robię sama, w Biedronce pod blokiem.

- Transakcja odrzucona - powiedziała pani Ola i jeszcze raz przyłożyła moją kartę do terminala, jakby to on był winny.

Za mną stały cztery osoby. Pan z laską, młoda mama z wózkiem i dwie sąsiadki z naszego bloku na Retkini, które znam z ławki przed klatką. Na ladzie leżały moje tabletki na ciśnienie i krople do oczu. Razem może sześćdziesiąt złotych.

- Jeszcze raz, pani Basiu? Czasem sieć wariuje.

Nie wariowała. Terminal pisnął drugi raz, tak samo krótko. Wysypałam na ladę drobne z portmonetki i zabrakło mi trzech złotych z groszami. Krople zostawiłam. Wychodząc, czułam wzrok sąsiadek na plecach jak przeciąg.

Trzydzieści dwa lata byłam księgową. Najpierw w zakładach dziewiarskich na Widzewie, potem w spółdzielni mieszkaniowej. Przez moje ręce przeszły setki tysięcy cudzych złotówek i nigdy, ani razu, nie pomyliło mi się saldo.

A teraz stałam przed apteką z reklamówką, w której grzechotały dwa pudełka, i nic mi się w głowie nie zgadzało. Owszem, od wiosny jakoś krótko mi było pod koniec miesiąca. Wszystko drożeje, tłumaczyłam sobie. Masło, prąd, a we wrześniu jeszcze przyszło wyrównanie za gaz. Tylko że ja zawsze coś odkładałam. Zawsze coś zostawało.

Do banku poszłam od razu, nie wracając do domu.

Pani przy okienku miała na plakietce "Katarzyna" i paznokcie w kolorze bakłażana. Stukała w klawiaturę długo, a potem odwróciła do mnie monitor, jakby nie chciała tego czytać na głos.

- Pierwszego każdego miesiąca, od marca, przelew na rachunek pani Agnieszki. Zlecony przez pełnomocnika. Osiemset złotych. - Zawahała się. - Tytuł: "zwrot za zakupy dla mamy".

- Zakupy robię sama - powiedziałam. - W Biedronce pod blokiem. Codziennie po trochu, bo lubię wyjść między ludzi.

Pani Katarzyna nic nie odpowiedziała. Spytała tylko, czy chcę odwołać pełnomocnictwo.

- Jeszcze nie. Wydruk poproszę.

Osiem przelewów. Sześć tysięcy czterysta złotych. Policzyłam to w pamięci, zanim drukarka skończyła szumieć.

Pełnomocnictwo podpisałam w lutym. Agnieszka przyszła wtedy z pączkami, bo był tłusty czwartek, i długo opowiadała o pani Halinie z drugiego piętra, którą udar zabrał do szpitala na trzy tygodnie, a syn nie mógł jej nawet zapłacić rachunków, bo bank nic mu nie chciał powiedzieć.

- Mamo, nie daj Boże, ale gdybyś ty trafiła do szpitala... Kto ci zapłaci za mieszkanie? Ja przecież nic nie będę mogła zrobić.

Miała rację. Zawsze była rozsądna. Poszłyśmy do banku w następny poniedziałek, a potem na kawę i sernik, i pamiętam, że było mi ciepło na sercu. Że mam córkę, która myśli zawczasu.

Wieczorem po wizycie w banku wyjęłam z meblościanki zeszyt w kratkę, taki sam, w jakim przez lata prowadziłam domowe wydatki. Narysowałam linijką dwie kolumny. Wpisałam daty. Osiem razy osiemset. Na dole podkreśliłam sumę dwiema kreskami, jak w bilansie. Potem zadzwoniłam do Agnieszki i powiedziałam, że w niedzielę robię rosół i żeby przyszła sama, bez Marka i bez dzieci.

- Coś się stało, mamo?

- Nic. Rosół robię.

W niedzielę położyłam wydruk z banku obok jej talerza, pod łyżką. Złożony na pół, żeby nie było widać od razu. Agnieszka zdjęła płaszcz, pocałowała mnie w policzek, powiedziała, że pachnie jak u babci. Usiadła. Podniosła łyżkę.

Rozłożyła kartkę i długo na nią patrzyła. Rosół parował między nami.

- Mamo, ja chciałam oddać - powiedziała w końcu. - Do grudnia. Naprawdę.

- Na co?

Milczała tak długo, że zdążyłam dolać sobie zupy.

- Na ZUS. Za kwiaciarnię. Miałam zaległość, przyszło pismo, potem drugie. Od lutego sklep ledwo stoi, na Piotrkowskiej otworzyli taką sieciówkę, róże po pięć złotych... - Przełknęła ślinę. - Nie mogłam ci powiedzieć. Ty od początku mówiłaś, że etat to etat, a sklep to głupota.

- Mówiłam.

- No właśnie.

- A ten tytuł? Zakupy dla mamy?

Spuściła oczy.

- Marek widzi nasze wspólne konto. On nie wie, jak źle jest ze sklepem. Myśli, że robię ci zakupy i oddajesz mi pieniądze.

Czyli oszukiwała nas oboje. Mnie i męża. Jednym przelewem. W innych okolicznościach może bym to nawet doceniła, księgowo.

- Wzięłaś mi pieniądze bez pytania - powiedziałam spokojnie. - To się nazywa po imieniu, Agnieszko.

I wtedy podniosła na mnie wzrok. Nie było w nim wstydu. Było coś twardszego.

- A ty babci nie wzięłaś?

Łyżka zastygła mi w połowie drogi.

- Dziewięćdziesiąty trzeci rok - mówiła cicho, nie spuszczając ze mnie oczu. - Tata miał długi za warsztat. Ja potrzebowałam aparatu na zęby. Babcia dała ci swoją książeczkę oszczędnościową na przechowanie, "na wszelki wypadek". Podjęłaś prawie wszystko. Babcia mi powiedziała, w hospicjum, tydzień przed śmiercią. I wiesz, co jeszcze powiedziała? "Nigdy jej tego nie wypomniałam, bo wiedziałam, że musiała".

W kuchni słychać było tylko lodówkę.

Trzydzieści lat byłam pewna, że mama się nie zorientowała. Że miała już słabsze oczy, że nie sprawdzała, że książeczka leżała u mnie w szufladzie i mama o niej zapomniała. Planowałam oddać.

Najpierw jak tata spłaci warsztat, potem jak Agnieszka skończy liceum, potem jak przejdę na emeryturę. Mama umarła, zanim zdążyłam. I przez wszystkie te lata, w każdą niedzielę, siedziałam u niej przy stole i jadłam jej sernik.

A ona wiedziała. Kroiła mi ten sernik i wiedziała.

Patrzyłam na córkę i zrozumiałam, czego ona się po mnie spodziewa. Że się rozpłaczę, przytulę ją i powiem: no tak, przecież jestem taka sama, kwita. Że rachunek się wyzeruje, bo obie jesteśmy winne.

Wstałam, przyniosłam zeszyt w kratkę i położyłam go obok wydruku.

- Twoja babcia mi nie wypomniała - powiedziałam. - I wiesz, co z tego mam? Trzydzieści lat ciszy. Każdy kawałek jej sernika stawał mi w gardle, a nawet nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo. Nie mogę jej już nic oddać. Ani przeprosić, ani powiedzieć, że wiem, że ona wie. Nic. Ja ci tego nie zrobię.

Otworzyłam zeszyt na pierwszej stronie. Sześć tysięcy czterysta, podkreślone dwiema kreskami.

- W poniedziałek odwołuję pełnomocnictwo. Jak trafię do szpitala, to sobie poradzę, albo nie, ale to już moja sprawa. A ty będziesz mi to oddawać. Nie przelewem. W soboty przyjdziesz i zrobisz mi zakupy. Prawdziwe. W Biedronce pod blokiem. Przyniesiesz paragon, a ja go wpiszę i odejmę. Aż do zera.

- Mamo, to potrwa rok...

- To potrwa, ile potrwa. Ja przecież nigdzie się nie wybieram.

Agnieszka długo patrzyła na zeszyt. Potem bez słowa zjadła rosół, cały, do dna, i dopiero przy drzwiach, już w płaszczu, spytała, czy na sobotę ma kupić twaróg półtłusty, czy chudy.

Przychodzi od trzech tygodni. Wnosi reklamówki, ja wykładam rzeczy do szafek, a ona siada przy stole i czyta mi paragon na głos, pozycja po pozycji, jak na inwentaryzacji. Wpisuję kwotę, odejmuję, podkreślam nowe saldo. Zostało pięć tysięcy dziewięćset dwanaście złotych i czterdzieści groszy.

W zeszłą sobotę po raz pierwszy opowiedziała mi o kwiaciarni tak naprawdę - o czekach od hurtowni, o klientce, która co tydzień kupuje jeden słonecznik dla zmarłego męża. Siedziała u mnie do zmierzchu. Marek nadal nie wie, ale powiedziała, że do świąt mu powie. Nie naciskam. To jej rachunek.

Codziennie i tak schodzę do Biedronki po chleb. Lubię wyjść między ludzi.

Mama niczego mi nie wypomniała i do dziś nie wiem, czy mi kiedykolwiek przebaczyła. Moja córka będzie wiedziała co do grosza.