Na pogrzebie męża w ostatniej ławce siedziała kobieta w moim wieku. Po mszy podeszła z kondolencjami i wcisnęła mi do ręki klucze z breloczkiem: "od działki, mnie już niepotrzebne". Mąż przez czterdzieści lat powtarzał, że działka to "grządki dla emerytów".
- Od działki. Mnie już niepotrzebne.
Tyle powiedziała. Nie "wyrazy współczucia", nie "trzymaj się, Teresko", jak wszyscy przed nią. Stała w kolejce do kondolencji na schodach przed kościołem, za panią Stasią z parteru, przed kolegami Bogdana z kolei. Uścisnęła mi rękę, a kiedy ją cofnęła, w mojej dłoni zostały dwa klucze na kółku i plastikowy breloczek w kształcie truskawki.
Zanim zdążyłam zapytać, o jaką działkę chodzi, szła już w stronę furtki. Szybko, z pochyloną głową, w granatowym żakiecie, jakby się bała, że ktoś ją zawoła.
Zauważyłam ją jeszcze w czasie mszy. Siedziała w ostatniej ławce, sama, i nie śpiewała. Kiedy ksiądz mówił o "kochającym mężu i ojcu", spuściła głowę tak nisko, że widziałam tylko siwe odrosty na czubku. Kobieta w moim wieku, sześćdziesiątka z hakiem. Pomyślałam: pewnie ktoś z dawnej pracy. Bogdan przez czterdzieści lat jeździł jako maszynista, ludzi znał pół Opola.
- Mamo, kto to był? - Kasia ścisnęła mnie za łokieć, kiedy wsiadałyśmy do samochodu.
- Nie wiem. Ktoś z kolei.
Ale to nie był nikt z kolei. Żony kolejarzy znałam wszystkie, z każdego opłatka zakładowego, z każdego pożegnania na emeryturę. Tej kobiety nie widziałam nigdy w życiu.
Na stypie siedziałam z kluczami w kieszeni i obracałam truskawkę w palcach pod obrusem. Bogdan odszedł cicho, w kwietniu, w fotelu przed meczem. Nie zdążył się nawet pożegnać. I Bogdan nie miał żadnej działki. Bogdan z działek się śmiał.
Trzydzieści lat temu, kiedy przy obwodnicy zwalniały się ogródki po starych właścicielach, przyniosłam do domu ulotkę. Pamiętam, jak ją odsunął łokciem znad talerza z pierogami.
- Tereska, grządki są dla emerytów. My jeszcze młodzi.
Powtarzał to potem przez całe życie. Kiedy sąsiadka chwaliła się cukinią. Kiedy w telewizji pokazywali ogródki. Kiedy sam przeszedł na emeryturę - wtedy już z uśmiechem, jak rodzinny żart. "Grządki dla emerytów, a ja jestem emeryt od ryb."
Bo na ryby jeździł. W każdą środę i sobotę, rowerem, nad żwirownię. Wracał po zmroku, opalony na karku, z ziemią za paznokciami. "Robaki kopałem" - mówił. Ryb nie przywoził prawie nigdy. Nie brały.
Wieczorem, kiedy wszyscy poszli, założyłam okulary i obejrzałam breloczek pod lampą. Od spodu, na kawałku plastra, ktoś napisał długopisem: "ROD Jutrzenka 47". Ta siódemka z kreską w poprzek - tak pisał tylko Bogdan.
Pojechałam tam po tygodniu. Właściwie nie pojechałam, tylko poszłam, bo ogrody leżały piętnaście minut piechotą od naszego bloku. Piętnaście minut.
Większy klucz pasował do bramy. Szłam alejką między siatkami, kwitły bzy, ktoś kosił trawę. Pod czterdziestką siódemką stałam tak długo, że starszy pan z sąsiedniej działki odłożył grabie.
- Pani do pana Bogdana? Coś go nie widać od miesiąca...
- Bogdan nie żyje. Jestem jego żoną.
Zrobił się czerwony aż po szyję.
- Żoną... Przepraszam. Bo ja myślałem, że... - urwał i schylił się po grabie, chociaż wcale ich nie upuścił.
Nie dokończył. Nie musiał.
Działka była śliczna. Tego się chyba najmniej spodziewałam - że będzie śliczna. Równe grządki, obrzeża z desek pomalowane na zielono, pomidory przywiązane do palików paskami starych rajstop.
W altance dwa kubki, jeden z napisem "PKP Cargo", drugi w kwiatki. Krzyżówka rozwiązana do połowy jego drobnym pismem. Zapasowe okulary. Radio nastawione na tę samą stację, której słuchał w kuchni.
Na ścianie wisiał kalendarz siewu. Pod majem ktoś dopisał innym charakterem, okrągłym, szkolnym: "Bogdan, podlej pomidory!!! H."
Usiadłam na ławce i dopiero wtedy przypomniałam sobie ogórki. Każdego sierpnia przynosił do domu pełne siatki. "Od Zbyszka z działek, ma ich za dużo." A ja przez tyle lat kisiłam je w słoikach z koprem i czosnkiem, ustawiałam w piwnicy, wysyłałam Kasi do Wrocławia. Chwaliłam Zbyszka, że ma rękę do ogórków.
Nie słyszałam, kiedy podeszła. Stała za siatką z konewką w ręku. Ta sama, z kościoła.
- Ja tylko... pomidory. Żeby nie uschły - powiedziała. - One nie są niczemu winne.
Powinnam była krzyczeć. Przez tydzień układałam sobie w głowie, co powiem. A teraz wstałam i otworzyłam jej furtkę, bo ręce same to zrobiły. Czterdzieści lat nauczone, że gościa się wpuszcza.
Nazywała się Halina. Wdowa od piętnastu lat, mieszkała w bloku za ogrodami, chodziła tędy z psem. O pogrzebie dowiedziała się z nekrologu na tablicy przy przystanku. Dwanaście lat temu Bogdan przejął tę działkę po starym panu Kubiaku i nie miał pojęcia, jak się przycina pomidory. Ona też nie miała. Uczyli się razem, z książki z osiedlowej biblioteki.
- Nie będę pani mówić, że to była tylko przyjaźń - powiedziała, patrząc w kubek. - Nie była. Ale on nigdy nie chciał od pani odejść. Ja też tego nie chciałam. Ani razu złego słowa o pani nie powiedział.
- To po co mu to było? - mój głos zabrzmiał obco, cienko. - Po co mu pani była?
Długo milczała. Gdzieś na końcu alejki szczekał pies.
- Mówił, że w domu wszystko jest zrobione, zanim on zdąży pomyśleć. Że pani wszystko wie lepiej. I że pani naprawdę wie lepiej, on to bez pretensji mówił. A tu... - pokazała ręką grządki. - Tu nikt nie wiedział lepiej. Tu on wiedział.
Siedziałam z kubkiem w kwiatki w dłoniach i czułam, jak herbata stygnie mi w palcach. Czterdzieści dwa lata poprawiałam mu kołnierzyk, rachunki, hasła w krzyżówce. Trzydzieści pięć lat uczyłam matematyki w podstawówce, poprawianie miałam we krwi. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że można się tym zmęczyć.
- Klucze oddałam, bo działka jest na niego - powiedziała Halina, wstając. - Zarząd i tak by mnie stąd wyprosił. A ja nie chcę tu przychodzić jako nikt. Na pogrzeb też nie powinnam była. Ale czterdzieści lat to była pani. Dwanaście to ja. Chciałam się chociaż z ostatniej ławki pożegnać.
Zostawiła konewkę przy furtce i poszła. Nie zatrzymałam jej. Nie powiedziałam "przebaczam" ani "niech pani tu więcej nie przychodzi". Jeszcze nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć.
W zarządzie ogrodu wytłumaczyli mi, że jako żona mam pół roku, żeby złożyć oświadczenie i przejąć działkę. Albo zrezygnować. Kasia przez telefon nie miała żadnych wątpliwości.
- Mamo, po co ci to? Oddaj, zapomnij. Chcesz tam siedzieć i o tym myśleć?
Chciałam. To było najdziwniejsze - że chciałam.
Papiery złożyłam w czerwcu. W altance nie zmieniłam niczego. Krzyżówkę dokończyłam, choć jedno hasło do dziś mi nie pasuje, a nie mam kogo zapytać, co Bogdan miał na myśli. Kalendarz siewu wisi dalej, z tym "H." pod majem. Mogłabym go zdjąć. Nie zdejmuję.
W sierpniu pierwszy raz w życiu sama zerwałam ogórki. Ukisiłam je w tych samych słoikach co zawsze, z koprem i czosnkiem. Smakowały dokładnie tak jak co roku. I to zabolało mnie bardziej niż wszystko inne.
Halinę widuję czasem w alejce, z psem. Kiwamy sobie głowami. Nie jesteśmy przyjaciółkami i nigdy nie będziemy. Ale kiedy we wrześniu pojechałam na tydzień do Kasi, wróciłam do podlanych pomidorów. Ktoś musiał chodzić z konewką wzdłuż siatki. Nie pytałam, kto.
Truskawkowy breloczek wisi teraz przy kluczach od mieszkania. Grządki są dla emerytów, Bogdan miał rację. Szkoda tylko, że każde z nas zrozumiało to osobno.