W latach osiemdziesiątych co rano robiłam drugą kanapkę do szkoły dla Mariolki z parteru - u nich w domu bywało pusto. W październiku poszłam do okulistki w przychodni. Lekarka przeczytała moje nazwisko, odłożyła długopis i powiedziała: "z jajkiem i szczypiorkiem, pamiętam do dziś"

Siedziałam przed tablicą z literami, zasłaniałam lewe oko plastikową łopatką i myliłam E z F. Trzeci rząd był już tylko szarą mgłą, jak szyba w łazience po kąpieli.

- Wystarczy, proszę usiąść - powiedziała lekarka.

Usiadłam. Ona wzięła moją kartę, przeczytała nazwisko półgłosem, a potem jeszcze raz, wolniej.

- Jolanta Gołębiowska. Retkinia, klatka B, trzecie piętro?

- Tak... A skąd pani...

Odłożyła długopis na blat. Usłyszałam ten mały stuk wyraźniej, niż widziałam jej twarz.

- Z jajkiem i szczypiorkiem - powiedziała. - Pamiętam do dziś.

Nie widziałam jej. To najdziwniejsze w całej tej historii. Widziałam biały fartuch, ciemne włosy spięte z tyłu, jasną plamę zamiast twarzy. Na drzwiach gabinetu przeczytałam wcześniej "lek. Mariola Sztajer" i nic mi to nazwisko nie powiedziało. Ale ten głos, kiedy się zawahał na słowie "pamiętam", nagle zrobił się cieńszy, dziecinny.

- Mariolka? - zapytałam. - Od Krystyny z parteru?

- Pani mnie nie widzi, prawda? - Wstała, obeszła biurko i przykucnęła przy mnie. Poczułam zapach płynu do dezynfekcji i czegoś cytrynowego. - Zaćma, pani Jolu. Obustronna, ale prawe oko gorsze. Zaraz zakropię, musimy zobaczyć dno oka. Dwadzieścia minut na korytarzu.

Chciałam coś powiedzieć. Że przepraszam. Że trzydzieści pięć lat noszę w sobie jeden poranek. Ale ona już trzymała buteleczkę z kroplami, a za drzwiami czekała kolejka, więc tylko zamrugałam i wyszłam.

Na korytarzu przychodni pachniało mokrymi parasolami. Usiadłam na plastikowym krześle, źrenice zaczęły mi się rozszerzać, światło z jarzeniówek rozlewało się na wszystkie strony. I wtedy, jak na złość, zobaczyłam wszystko bardzo wyraźnie. Tylko że nie to, co było przede mną.

Rok osiemdziesiąty piąty. Magda poszła do pierwszej klasy i któregoś dnia wróciła ze szkoły obrażona na cały świat.

- Mariolka znowu zjadła pół mojej kanapki. Bo ona ma tylko suchą bułkę. A czasem nic.

Mariolka mieszkała pod nami, na parterze. Chuda, z kluczem na sznurowadle zawieszonym na szyi, jak połowa dzieci na osiedlu. Jej mama, Krystyna, pracowała w Uniontexie na trzy zmiany, a ojciec od dwóch lat siedział na kontrakcie w Libii i przysyłał pieniądze i pocztówki z wielbłądami. Nikt tam nikogo nie krzywdził. Po prostu rano nie było komu zrobić śniadania.

Ja pracowałam wtedy w Społem, w spożywczym na rogu. Chleb był, jajka częściej niż w innych sklepach, szczypiorek rósł mi w skrzynce na balkonie. Następnego ranka zrobiłam dwie kanapki zamiast jednej. Zawinęłam w papier śniadaniowy i na drugim napisałam długopisem dużą literę M, żeby się dziewczynkom nie pomieszało.

I tak przez cztery lata. Z jajkiem i szczypiorkiem, czasem z pasztetową, czasem z twarożkiem. Krystyna przyszła raz z słoikiem powideł, stała w drzwiach, nie mogła na mnie spojrzeć.

- Ja wiem, że to wstyd... - zaczęła.

- Jaki wstyd, Krysia. Jeden chleb, dwa chleby, co za różnica.

Różnica przyszła w dziewięćdziesiątym. Sklep zamknęli z dnia na dzień, kierowniczka powiesiła na drzwiach kartkę i kłódkę. Zbyszkowi w zakładzie obcięli godziny. Liczyłam jajka w lodówce jak ktoś, kto liczy dni do wypłaty, której nie będzie.

W poniedziałek zrobiłam jedną kanapkę.

Mariolka siedziała na ławce przed klatką, kiedy schodziłyśmy z Magdą. Wstała. Uśmiechnęła się. Wyciągnęła rękę, tak odruchowo, jak się wyciąga rękę po kurtkę na wieszaku.

- Spieszymy się, kochanie - powiedziałam i przeszłam obok.

Nie wytłumaczyłam. Nie zapukałam do Krystyny. Wstydziłam się tak strasznie, że łatwiej mi było nic nie mówić. Pół roku później pan Sztajer... nie, wtedy jeszcze nie Sztajer, wtedy Mariolka nazywała się Pawlak - pan Pawlak wrócił z Libii, kupili mieszkanie na Teofilowie i wyprowadzili się.

A ja zostałam z tym jednym porankiem na ławce. Przez trzydzieści pięć lat, za każdym razem, kiedy smarowałam chleb masłem, gdzieś z tyłu głowy stała chuda dziewczynka z wyciągniętą ręką.

- Pani Gołębiowska, zapraszam.

Weszłam, trzymając się framugi. Teraz już naprawdę nic nie widziałam, tylko jasne kręgi. Mariola świeciła mi lampką w oczy, kazała patrzeć w górę, w dół, w prawo. Mówiła spokojnie, po lekarsku. A ja nie wytrzymałam.

- Mariolko, ja cię wtedy zostawiłam na tej ławce. Ja przeszłam obok ciebie jak obok obcego dziecka. Ja cię...

Lampka zgasła.

- Pani Jolu. - Usiadła naprzeciwko, kolano przy moim kolanie. - Mama mi wszystko wytłumaczyła jeszcze tego samego dnia. Ona przecież kupowała w pani sklepie, widziała tę kłódkę. Powiedziała: "Pani Jola teraz sama nie ma". Płakałam do wieczora, bo miałam dziewięć lat i nie rozumiałam. Ale potem zrozumiałam.

Złapała mnie za rękę. Moja ręka się trzęsła, jej nie.

- Ja pamiętam cztery lata kanapek, a nie jeden poranek. Wie pani, ile razy to opowiadałam? Na studiach, mężowi, dzieciom. Że jak w domu było pusto, to ktoś mi pisał M na papierze. Ja czasem tego papieru nie wyrzucałam, wkładałam do piórnika.

Siedziałyśmy tak dłuższą chwilę. Pielęgniarka zajrzała, zobaczyła nas i zamknęła drzwi bez słowa.

- Operacja jest konieczna - powiedziała w końcu Mariola, już innym tonem. - Nie przeskoczę pani kolejki, nie mogę i nie będę. Ale operuję we wtorki w szpitalu na Bałutach, tam czeka się krócej. Zapiszę panią normalnie, na skierowanie. I jak przyjdzie termin, to ja panią zoperuję.

Wieczorem zadzwoniłam do Magdy do Wrocławia. Opowiedziałam. Długo milczała.

- Mamo, ja byłam o nią zazdrosna przez cztery lata - powiedziała w końcu. - Myślałam, że ją bardziej lubisz. A jak przestałaś, to się ucieszyłam. Wstyd mi do dziś.

Nie wiedziałam o tym. Każda z nas nosiła ten sam poranek, tylko z innej strony.

Termin przyszedł w marcu. Po zabiegu siedziałam na korytarzu z plastikową osłonką na oku, otępiała i trochę wystraszona. Mariola wyszła z bloku operacyjnego jeszcze w zielonym ubraniu, usiadła obok i położyła mi coś na kolanach.

- Po zabiegu trzeba coś zjeść - powiedziała. - Mąż robił. Pod moje dyktando.

Papier śniadaniowy. Zawinięty starannie, na rogach podwinięty, tak jak ja kiedyś zawijałam.

Rozwinęłam go dopiero w domu, przy kuchennym stole, kiedy wiosenne słońce wpadało prosto na ceratę. Zdrowym okiem, potem tym operowanym, które z dnia na dzień widziało coraz lepiej.

Na papierze było napisane długopisem jedno duże J.