Po pogrzebie mamy siostra powiedziała, że bursztynowe korale, które mama od zawsze obiecywała mnie, "zapodziały się przy sprzątaniu". W październiku jej wnuczka wrzuciła na Facebooka zdjęcia z osiemnastki. Podpis: "korale po prababci - najpiękniejszy prezent od babci".
Zdjęcie wyskoczyło mi w autobusie, między reklamą garnków a przepisem na zupę dyniową. Oliwka w granatowej sukience, z balonami w kształcie jedynki i ósemki, uśmiechnięta tak, jak uśmiecha się tylko w tym wieku. A na jej szyi trzy sznury miodowego bursztynu, z jednym większym, ciemniejszym kamieniem pośrodku. W tym kamieniu siedziała mała mucha.
Znałam tę muchę. Liczyłam jej nóżki, kiedy miałam siedem lat i siedziałam mamie na kolanach.
Pod zdjęciem podpis: "korale po prababci - najpiękniejszy prezent od babci 🤍". Czterdzieści dwa serduszka. I komentarz Kasi, mojej siostrzenicy: "Pasują jak ulał, babcia się popłakała".
Przejechałam swój przystanek. Wysiadłam dwa dalej, na Przymorzu, i szłam z powrotem wzdłuż bloków, nie czując ani wiatru od morza, ani tego, że od pięciu minut ściskam telefon tak mocno, że zbielały mi palce.
- Joluś, nie dzwoń do niej dzisiaj - powiedział Zbyszek, kiedy pokazałam mu zdjęcie. Siedział nad krzyżówką, ale odłożył długopis, a to u niego znaczy, że sprawa jest poważna. - Prześpij się z tym. Jutro powiesz coś mądrzejszego.
Nie spałam. Leżałam i przypominałam sobie kwiecień.
Mama zmarła w Wielki Czwartek, w swoim mieszkaniu na olsztyńskich Jarotach, w łóżku, które Ela pościeliła jej rano. Ela mieszkała dwa bloki dalej i przez ostatnie lata była u mamy codziennie - rano z lekami, wieczorem z obiadem w słoiku. Ja byłam w Gdańsku.
Przyjeżdżałam co dwa, trzy tygodnie, na sobotę i niedzielę, z sernikiem i poczuciem winy w jednej torbie. Do emerytury zostały mi wtedy jeszcze dwa lata w księgowości spółdzielni, a urlop wyczerpałam do ostatniego dnia, jeżdżąc na każde mamine zapalenie oskrzeli.
Po pogrzebie musiałam wracać do pracy.
- Jedź - powiedziała Ela, zbierając talerze po stypie. - Ja tu ogarnę. Ty i tak nie wiesz, gdzie co leży.
Miała rację. To bolało najbardziej.
Trzy tygodnie później zapytałam przez telefon o korale. Mama mówiła o nich od zawsze. Babcia dostała je od dziadka na dziesiątą rocznicę ślubu, w Jastarni, a mama nosiła je na swoim weselu i na moim. "To dla ciebie, Jolka, jak mnie nie będzie" - powtarzała przy każdej okazji. Czasem z czułością. Czasem ze złością, kiedy znowu nie przyjechałam na święta.
- Szukałam - odpowiedziała Ela. Szybko, za szybko. - Nie ma ich. Pewnie się zapodziały przy sprzątaniu, wiesz, ile tam było worków. Albo mama komuś dała, pod koniec różne rzeczy rozdawała.
Uwierzyłam. Chciałam uwierzyć, bo każda inna wersja była za ciężka na tamten kwiecień.
We wrześniu sprzedałyśmy mieszkanie. U notariusza każda podpisała swoją połowę, prawie bez słowa. O koralach nikt nie wspomniał, bo przecież ich nie było.
Do Eli nie zadzwoniłam ani następnego dnia, ani przez kolejne dwa tygodnie. Zbyszek pytał, ja zbywałam. Wiedziałam, że przez telefon powiem coś, czego nie da się cofnąć. Postanowiłam poczekać na Wszystkich Świętych. Od czterdziestu lat jeździłam wtedy do Olsztyna, a od tego roku miałam tam już tylko jeden grób do odwiedzenia.
Ela stała przy mamie, kiedy przyszłam. W tym samym bordowym berecie, co co roku, z reklamówką zniczy. Zapaliłyśmy po jednym. Poprawiła chryzantemy, chociaż stały prosto.
- Widziałam zdjęcia Oliwki - powiedziałam.
Nie odwróciła się. Długo walczyła z zapałką, która nie chciała się zapalić na wietrze.
- Wiedziałam, że zobaczysz. Kasia jej mówiła, żeby dała prywatne, ale ta młodzież...
- Zapodziały się, tak?
Cisza. Obok jakaś kobieta głośno tłumaczyła wnukowi, że nie wolno skakać po płytach.
- Nie zapodziały się - powiedziała w końcu Ela. - Leżały w szkatułce. Tam gdzie zawsze.
- To dlaczego...
- Bo mama mi je obiecała. - Wtedy się odwróciła. Twarz miała czerwoną od zimna albo od czegoś innego. - Myślisz, że tylko tobie? Mnie mówiła dokładnie to samo. Jak ją myłam w wannie. Jak w nocy dzwoniła, że ktoś chodzi po klatce, i leciałam w kapciach. "Elunia, korale są dla ciebie. Tylko Jolce nie mów, bo się obrazi".
Coś mi się przewróciło w środku. Bo ja też to znałam. Tylko w innej wersji. "Jolka, to dla ciebie. Tylko Eli nie mów, ona i tak ma wszystko pod ręką".
Stałyśmy nad mamą jak dwie dziewczynki przyłapane na tym samym kłamstwie, którego żadna z nas nie wymyśliła.
- Zeszłego lata - ciągnęła Ela ciszej - na imieninach mama sama założyła je Oliwce. Powiedziała, że jej najładniej. Ja nie wiem, Jola, której z nas naprawdę je dała. Może żadnej. Może po prostu chciała, żebyśmy obie przyjeżdżały.
- A po pogrzebie? Nie mogłaś powiedzieć wprost?
- Nie miałam siły na kłótnię. - Wzruszyła ramionami, ale głos jej się załamał. - Myślałam, że ci przejdzie. Że zapomnisz. Masz swoje życie w Gdańsku.
- Zapomnę? O muszce?
Ela zaśmiała się i rozpłakała jednocześnie, tak jak umiała tylko ona.
- Oliwka też jej liczy nóżki. Wyobrażasz sobie? Sześć. Mówi, że jedna jest krzywa.
Zbyszek potem tłumaczył mi, że mogłabym się domagać połowy wartości, że korale to część spadku, że jest na to sąd. Pewnie miał rację. Tylko że ja nie chciałam połowy wartości. Chciałam, żeby mama powiedziała prawdę mnie jednej. A tego już nikt mi nie da.
Przed pociągiem poszłam jeszcze pod blok na Jarotach. Stanęłam przy trzepaku i patrzyłam na okna na trzecim piętrze. Wisiały tam już cudze firanki, w żółte kwiatki. Mama by takich nie powiesiła.
Na Gwiazdkę wysłałam Oliwce kopertę. W środku było stare czarno-białe zdjęcie: mama w dniu swojego ślubu, w korach, z tym samym kamieniem przy obojczyku. Na odwrocie napisałam: "Prababcia też liczyła nóżki. Noś je, kochanie. Ciocia Jola".
Ela zadzwoniła w Wigilię. Rozmawiałyśmy dwadzieścia minut o barszczu, o kolanie Zbyszka, o niczym. Ani razu nie padło słowo "korale".
Mucha w bursztynie czeka tam od kilku milionów lat. Ja też mogę jeszcze trochę poczekać, aż przestanie mnie boleć.