Mąż co roku w październiku jedzie z kolegami na tydzień na grzyby w Bory Tucholskie i zawsze wraca z pełnym koszem. W tym roku, czyszcząc prawdziwki, znalazłam na dnie kosza paragon z warzywniaka w Chojnicach: trzy kilo, sto osiemdziesiąt złotych. Z pierwszego dnia wyjazdu, z ósmej rano.
Paragon przykleił się do dna wiklinowego kosza, pod warstwą paproci, którą Grzesiek zawsze tam kładzie, "żeby grzyby nie leżały na gołym". Odkleiłam go nożykiem, tym samym, którym od pół godziny skrobałam nóżki prawdziwków. Myślałam, że to kawałek kory.
"WARZYWA-OWOCE U HANI, Chojnice". Niżej: "GRZYBY LEŚNE 3,000 kg x 60,00". Razem sto osiemdziesiąt złotych. Data - sobota. Ta sobota, kiedy o piątej rano zamykałam za nim drzwi. Godzina 8:04.
Stałam nad zlewem z tym mokrym świstkiem w palcach i liczyłam. Z Poznania do Chojnic są niecałe trzy godziny. Wyjechał o piątej. O ósmej stał już przy straganie. Zanim w ogóle zobaczył las.
Pierwsza myśl - i do dziś mi wstyd, jak szybko przyszła - była taka, że kupił, bo w tym roku nie obrodziło, a nie chciał wracać z pustymi rękami. Męska duma, co tam. Ale potem spojrzałam na grzyby rozłożone na gazecie.
Od rana coś mi w nich nie grało. Kapelusze miękkie jak gąbka, spód zielonkawy, w co drugim robak przeszedł na wylot. Zrzuciłam to na ciepły wrzesień. Tylko że ja grzyby czyszczę od czterdziestu lat, odkąd teściowa na działce w Kiekrzu pokazała mi, jak odróżnić prawdziwka od szatana. Wiem, jak wygląda grzyb zerwany wczoraj, a jak taki, który tydzień przeleżał w lodówce.
Tydzień. Kupione pierwszego dnia, przywiezione ostatniego.
Grzesiek spał w dużym pokoju na wersalce, z gazetą na brzuchu, jak zawsze po powrocie. "Zmordowany jak koń, Ela, sześć dni po lesie" - mówił to co roku od jedenastu lat. Odkąd przeszedł na kolejarską emeryturę, jeździł ze Zbyszkiem i Heniem z warsztatów do Charzykowów, do domku jakiejś pani Ireny. Wracał opalony mimo października, pachnący dymem, z koszem tak pełnym, że sąsiadki z naszego bloku na Ratajach przychodziły oglądać.
- Pani Elu, ten pani Grzegorz to ma nosa - wzdychała Kowalska z czwartego piętra. - Mój by nawet muchomora nie znalazł.
A ja się uśmiechałam. Sześćdziesiąt jeden lat na karku, a dumna z męża jak pensjonarka. Marynowałam, rozdawałam słoiki córce, synowi do Wrocławia, dziewczynom z apteki, w której przepracowałam trzydzieści lat.
Nie obudziłam go. Schowałam paragon do kieszeni fartucha i czyściłam dalej. Ręce robiły swoje, a głowa cofała się po latach jak taśma w magnetofonie. Telefon wyłączony przez cały tydzień - "w lesie nie ma zasięgu, przecież wiesz". Ani jednego zdjęcia - "ja tam jeżdżę na grzyby, nie do fotografowania". I gumofilce. Zawsze czyste. Kiedyś zażartowałam, że chyba w nich po asfalcie chodził. Roześmiał się, że umył w strumieniu.
Wieczorem, przy kopytkach z sosem, zapytałam niby od niechcenia:
- A gdzie w tym roku najwięcej było?
- Za Swornegaciami, przy tej zwalonej sośnie. Mówiłem ci.
Mówił. Rok temu. Tymi samymi słowami.
- A Zbyszek dał radę z tym kolanem?
- Dał, dał. Marudził tylko. - Nie podniósł oczu znad talerza.
W poniedziałek zadzwoniłam do Danuty, żony Zbyszka. Nie przyjaźniłyśmy się, widywałyśmy się raz w roku na imieninach, bo oni mieszkali w Swarzędzu, a Grzesiek zawsze sam jeździł po Zbyszka "pod blok". Wymyśliłam, że przywiozę im słoik grzybków.
- Danusia, tu Ela. Zrobiłam marynowane, przywiozę wam, w końcu Zbyszek się nachodził...
Cisza. Długa. W tle grał telewizor, jakiś teleturniej.
- Elu... Zbyszek nigdzie nie jeździł. Od trzech lat. Po operacji kolana on do sklepu ledwo dochodzi.
- To z kim...
- Ja nic nie wiem - powiedziała szybko. Za szybko. - Ty z Grześkiem porozmawiaj. Ja się nie chcę mieszać.
"Nie chcę się mieszać". Czyli wiedziała. Wiedziała od dawna i co roku na imieninach podawała mi sałatkę jarzynową, patrząc mi w oczy.
We wtorek wieczorem położyłam paragon na ceracie, między solniczką a jego herbatą z cytryną. Grzesiek długo na niego patrzył. Potem zdjął okulary i potarł nasadę nosa, jak zawsze, kiedy nie wiedział, co powiedzieć. Nie zaprzeczył. To chyba zabolało najbardziej - że nawet nie spróbował.
- Kto to jest?
- Bożena. - Odchrząknął. - Pamiętasz, jak cztery lata temu pojechałem na pogrzeb Edka? Do Chojnic?
Pamiętałam. Edek, kolega z czasów, kiedy Grzesiek jako młody chłopak zaczynał w parowozowni w Chojnicach, zanim przeniósł się do Poznania i poznał mnie.
- Została sama w tym domu na Kolejowej. Dach ciekł, piec nawalał, drewna na zimę nie miał kto narąbać. Ja tylko chciałem pomóc. A potem...
- A potem co roku tydzień.
- Ela... - Głos mu się załamał. - Ty masz wnuki, apteka cię jeszcze woła na zastępstwa, telefon ci nie milknie. Ja w tym domu jestem od wynoszenia śmieci. A tam ktoś na mnie czekał przy furtce.
Chciałam krzyczeć, że to podłe. I było podłe. Ale gdzieś pod spodem coś mnie ukłuło, bo nie umiałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio zapytałam go o cokolwiek innego niż "wyniosłeś śmieci?".
- A grzyby? - zapytałam, bo tylko na to było mnie stać.
- Z targu. U Hani. Zawsze ostatniego dnia. A w tym roku powiedziała, że idą przymrozki i więcej nie będzie, to wziąłem od razu. Trzymałem u Bożeny w lodówce. - Uśmiechnął się krzywo. - Głupio, co? Wydało się przez grzyby.
- Nie przez grzyby, Grzesiu. Przez to, że przez cztery lata nie zapytałam, czemu wracasz z lasu w czystych butach.
Nie wyrzuciłam go. Nie było trzaskania drzwiami ani walizek na klatce. Przeniosłam się do małego pokoju, tego po synu, i pierwszy raz od lat spałam sama. Przez kilka dni mijaliśmy się w kuchni jak lokatorzy. W czwartek słyszałam, jak na balkonie mówi do telefonu cicho: "Nie przyjadę już. Nie dzwoń." Nie wiem, czy to było dla niej, czy dla moich uszu. Pewnie trochę dla obu.
Agnieszce jeszcze nie powiedziałam. Danucie też nie oddzwoniłam. Powiedziałam Grześkowi tylko jedno: na Wszystkich Świętych pojedziemy razem na grób jego rodziców, bo jego matka by mi tego nie darowała. A potem zobaczymy.
Nie wiem, czy mu wybaczę. Wiem, że samotność w małżeństwie bywa we dwoje, i ta wiedza mnie uwiera bardziej niż jego zdrada. Ale to on co roku pakował kosz i kłamał mi w oczy. Ja tylko przestałam patrzeć.
Grzyby wyrzuciłam do śmietnika za blokiem, wszystkie trzy kilo. Paragon leży w szufladzie z dokumentami, między aktem ślubu a jego legitymacją kolejarską. Niech leży. Żebym już nigdy nie pomyliła pełnego kosza z pełnym domem.