Od czterech lat ani jednego dnia wolnego od wnuków. W środę uprzedziłam synową, że w piątek mnie nie będzie: przyjaciółka przyleciała z Kanady, nie widziałyśmy się od trzydziestu lat. Synowa westchnęła: „mamo, takie rzeczy mówi się z wyprzedzeniem”
Smarowałam masłem ósmą kromkę, kiedy dotarło do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio zrobiłam kanapkę tylko dla siebie.
Dwie z serem dla Antosia, bo szynki nie tknie. Jedna z dżemem dla Zuzi, pokrojona w paski, bo w kwadraty „jest niedobra”. Herbata w termosie, zawsze z cytryną, nigdy z miodem.
Za oknem jeszcze szaro, a w przedpokoju już szczęknął zamek. Magda ma klucze od czterech lat. Nie dzwoni, po prostu wchodzi.
- Dzień dobry, mamo, Zuzia ma dziś katar, ale gorączki nie ma, dałam jej syrop, Antoś ma wf, worek wisi na klamce - wyrzuciła z siebie jednym tchem, odpinając córce kurtkę. - Lecę, bo mam odprawę o wpół do ósmej.
- Magda, poczekaj chwilę.
Zatrzymała się w drzwiach z kluczykami od samochodu w dłoni. Widziałam, że już jest myślami na obwodnicy.
- W piątek mnie nie będzie. Lucyna przyleciała z Toronto. Jest u brata w Świdniku, tylko w piątek ma wolny dzień. Nie widziałyśmy się od trzydziestu lat.
Magda westchnęła. Nie głośno, nie demonstracyjnie. Tak, jak się wzdycha nad rozlanym mlekiem.
- Mamo, takie rzeczy mówi się z wyprzedzeniem.
I wyszła.
Stałam z nożem w ręku, a Zuzia ciągnęła mnie za fartuch, bo chciała bajkę. Z wyprzedzeniem. Lucyna napisała do mnie we wtorek wieczorem, że plany jej się posypały, że brat po operacji biodra, że może jednak wpadnie do Lublina. Wiadomość przeczytałam o dwudziestej trzeciej, po tym, jak Tomek zabrał dzieci. Odpisałam od razu: „Przyjeżdżaj”. Rano powiedziałam Magdzie. Szybciej się nie dało.
Ale to nie słowa mnie zabolały. Zabolało mnie to, że przez całą drogę do przedszkola zastanawiałam się, czy nie powinnam jednak Lucynie odmówić.
Pięć lat temu pochowałam Ryszarda. Zawał, w ogródku, przy pomidorach. Rok później odeszłam z apteki na Czechowie, gdzie przepracowałam trzydzieści sześć lat za ladą, i nagle zostałam z pustym mieszkaniem na Kalinowszczyźnie i z ciszą, której nie umiałam niczym zagłuszyć.
Wtedy Magdzie kończył się urlop rodzicielski po Zuzi. Żłobek był za daleko, prywatna niania kosztowała tyle, co cała moja emerytura. Powiedziałam przy niedzielnym obiedzie, nad rosołem: „Dajcie mi te dzieci, bo ja tu zwariuję”.
I dali.
Na początku to był ratunek. Zuzia zasypiała mi na rękach, Antoś uczył się przy moim stole literek. Nie miałam czasu płakać. Potem Zuzia poszła do przedszkola, Antoś do szkoły i plan się zmienił: rano odbieram, zawożę, w południe odbieram Antosia, bo „na świetlicy dzieci siedzą jak w poczekalni u lekarza”, o piętnastej Zuzię, obiad, lekcje, Tomek przyjeżdża po wpół do szóstej. Do tego soboty, kiedy Magda ma inwentaryzację. Ferie, bo „mama i tak w domu siedzi”. Wakacje, bo obóz drogi.
Nikt mnie nigdy nie zapytał, czy chcę. Ja przecież sama to zaproponowałam.
W czwartek Tomek przyjechał po dzieci wcześniej niż zwykle. Postał w kuchni, pomieszał herbatę, choć cukru nie słodzi od lat.
- Mamo, Magda jest trochę zła - powiedział w końcu. - Musiała wziąć na jutro urlop na żądanie. Ma teraz kontrolę z centrali, wiesz, jak u nich jest.
- Wiem.
- Nie dałoby się… no nie wiem, zabrać tej pani Lucyny tutaj? Dzieci by się pobawiły, wy byście pogadały…
Patrzyłam na mojego syna, trzydziestosześcioletniego mężczyznę, i widziałam małego chłopca, który kiedyś pytał, czy może nie iść do szkoły, skoro i tak pada.
- Tomek. Trzydzieści lat. Ona ma siedemdziesiąt jeden lat i chore serce.
Pokiwał głową. Nie powiedział „przepraszam”. Powiedział „no dobra” i zabrał dzieci.
W piątek założyłam granatową sukienkę, którą kupiłam na pogrzeb Ryszarda i potem już nigdy nie miałam okazji włożyć. Lucyna czekała w kawiarni na Starym Mieście, w tej samej, gdzie po zajęciach na Akademii Medycznej jadłyśmy pączki na spółkę, bo na dwa nie było nas stać. Poznałam ją po śmiechu, zanim jeszcze się odwróciła.
Siedziałyśmy pięć godzin. Kelnerka trzy razy pytała, czy coś jeszcze podać. Lucyna opowiadała o Toronto, o mężu, który umarł dwa lata temu, o córce, prawniczce, i o wnukach, które widuje w każdą niedzielę.
- Tylko w niedzielę? - zdziwiłam się.
- Ela, ja też przez pierwsze dwa lata byłam u nich codziennie. - Zamieszała kawę. - Aż raz pojechałam z koleżanką na tydzień nad jezioro, bez uprzedzenia, bo trafiła się okazja. Córka się do mnie miesiąc nie odzywała. A potem zatrudniła nianię i wiesz co? Przyszła do mnie z ciastem i powiedziała, że dopiero teraz zobaczyła, ile ja dźwigałam.
- Mnie Magda by nie przyszła z ciastem.
- Skąd wiesz? Dałaś jej kiedyś szansę?
Nie odpowiedziałam. W torebce wibrował telefon. Trzy nieodebrane od Magdy. Jeden SMS: „Gdzie jest syrop Zuzi? Nie mogę znaleźć”. Syrop stał u mnie, w szafce nad czajnikiem. Magda nigdy nie wiedziała, gdzie co stoi, bo nigdy nie musiała.
Wróciłam do domu po dziewiątej wieczorem. Na wycieraczce leżała reklamówka z biedronki, a w niej dziecięca czapka, którą Zuzia zostawiła u mnie w środę, i karteczka pisana szybkim, pochyłym pismem Magdy: „Na przyszłość proszę dać znać chociaż tydzień wcześniej. Szef patrzył na mnie jak na wariatkę”.
Usiadłam w przedpokoju, nie zdejmując płaszcza. Długo trzymałam tę karteczkę.
Myślałam, że będę wściekła. Nie byłam. Magda nie jest złą kobietą. Ona po prostu cztery lata temu zbudowała sobie życie na fundamencie, którym byłam ja. Fundamentów się nie pyta, czy mają ochotę dźwigać. Fundamentów się w ogóle nie zauważa, dopóki coś nie pęknie. A jej własna matka mieszka sto kilometrów dalej i do wnuków przyjeżdża na Wigilię, z bombonierką.
W sobotę rano włączyłam komputer, który dostałam od Tomka na sześćdziesiątkę i na którym grałam głównie w pasjansa. Lucyna pokazała mi w kawiarni, jak się szuka lotów. Szukałam godzinę. Potem jeszcze pół godziny siedziałam z palcem nad przyciskiem.
W niedzielę, przy rosole, kiedy Antoś opowiadał o dinozaurach, a Zuzia rozlewała kompot, odłożyłam łyżkę.
- Magda, Tomek, chcę wam coś powiedzieć. Z wyprzedzeniem, tak jak prosiliście.
Magda podniosła wzrok znad talerza. Tomek przestał żuć.
- Dwudziestego maja lecę do Toronto. Na trzy tygodnie. Bilet już mam.
Zrobiło się tak cicho, że słychać było, jak w kuchni tyka zegar po Ryszardzie.
- Mamo… trzy tygodnie? - Tomek odchrząknął. - A dzieci? Przecież Zuzia w czerwcu kończy przedszkole, Magda ma wtedy zamknięcie półrocza…
- Wiem. Dlatego mówię teraz. Macie siedem miesięcy.
Magda nic nie powiedziała. Patrzyła na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczyła, że mam twarz. Potem wstała, zaczęła zbierać talerze, chociaż nikt jeszcze nie skończył jeść.
Do dziś nie wiem, czy w kuchni płakała, czy liczyła dni urlopu. Może jedno i drugie.
Nie wiem też, czy zrobiłam dobrze. Sąsiadka z czwartego piętra mówi, że babcia w moim wieku powinna się cieszyć, że jest komuś potrzebna. Lucyna mówi, że potrzebna to nie to samo co kochana. Antoś zapytał, czy w Kanadzie są niedźwiedzie i czy mu jakiegoś przywiozę.
Obiecałam, że przywiozę. A w poniedziałek o wpół do siódmej znowu szczęknął zamek w przedpokoju - i znowu smarowałam kanapki.
Ale już tylko do maja.