Synowa zaprosiła mnie na majówkę do Łeby - "mama wreszcie odpocznie nad morzem". W domku było jedenaście osób, kuchenka na dwa palniki i ja przy niej od rana. W ostatni dzień synowa wrzuciła na Facebooka zdjęcie wszystkich na plaży z podpisem "cała rodzina razem". Robiłam je ja

Siódma rano, a ja miałam już za sobą dwadzieścia dwie parówki, trzy czajniki wody i pierwszą górkę placków ziemniaczanych. Kuchenka miała dwa palniki. Jeden grzał tak, że olej dymił, drugi ledwo letni, więc przekładałam patelnie z jednego na drugi jak żonglerka. W szkolnej stołówce na Retkini miałam sześć palników i dwie dziewczyny do pomocy. Tutaj miałam deskę do krojenia wielkości zeszytu.

- Babciu, a są z cukrem? - Kuba stanął w drzwiach w piżamie w dinozaury, z włosami na sztorc.

- Dla ciebie z cukrem, dla dziadka Zdzisia ze śmietaną, dla cioci Kasi bez niczego, bo się odchudza - wyrecytowałam i sama się zaśmiałam, że już to wszystko wiem.

Był trzeci dzień majówki. Trzeci dzień, w którym wstawałam przed piątą, bo trzydzieści sześć lat w stołówce zrobiło ze mnie budzik. A morze widziałam głównie przez okno nad zlewem, między sosnami, jako szarą kreskę.

Zaproszenie dostałam na Wielkanoc, przy serniku. Iwona, moja synowa, położyła mi rękę na ręce i powiedziała:

- Mamo, jedzie mama z nami do Łeby. Od śmierci taty mama nigdzie nie była. Wreszcie mama odpocznie nad morzem.

Grzesiek kiwał głową z pełnymi ustami. Byłam wzruszona. Jerzy nie żył od trzech lat, a ja od trzech lat jeździłam tylko na cmentarz na Zarzew i do przychodni. Spakowałam kostium kąpielowy, chociaż wiedziałam, że w maju do Bałtyku nie wejdę. Spakowałam go z zasady.

W domku okazało się, że jedzie nas jedenaście osób. Ja, Grzesiek z Iwoną i dwójką dzieci, rodzice Iwony - Halina i Zdzisław - i jej siostra Kasia z Bartkiem i dwoma maluchami. Domek był ładny, drewniany, pachniał żywicą. Kuchnię miał jak w przyczepie kempingowej.

Pierwszego ranka obudziłam się o piątej i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Więc zrobiłam jajecznicę z dwudziestu jajek. Kiedy wszyscy zeszli, Zdzisław aż klasnął.

- No, pani Lucyno, to jest śniadanie! To nie te płatki z mlekiem!

Iwona chciała zmywać, ale wyjęłam jej gąbkę z ręki. "Idź, dziecko, z dziećmi na plażę" - powiedziałam. Sama tak powiedziałam. To ważne, bo potem długo o tym myślałam.

Drugiego ranka nikt już nie klaskał. Zeszli i zapytali, co jest na śniadanie. Grzesiek przeliczył w telefonie, ile kosztuje ryba z frytkami w smażalni przy deptaku razy jedenaście, i zbladł.

- Mamo, a może ugotujesz coś po swojemu? Taniej wyjdzie i lepsze będzie.

Ugotowałam pomidorową w dwóch garnkach, bo jeden się nie mieścił. Wieczorem Zdzisław rozpalił grilla i przez godzinę był bohaterem - wszyscy chwalili kiełbasę, jakby ją sam wyhodował.

Ja w tym czasie obrałam ziemniaki, pokroiłam sałatkę, a po wszystkim umyłam talerze w zlewie, który miał wielkość miski. Iwona mówiła co wieczór: "Mamo, zostaw, rano posprzątamy". A rano spała do dziewiątej, bo pracuje w sklepie na dwie zmiany i to był jej pierwszy od roku dzień, w którym budzik nie dzwonił.

Halina przez cały pobyt siedziała na tarasie z krzyżówkami. Uśmiechała się do mnie uprzejmie, pytała, czy nie za ciężko. Nie wstawała.

W ostatni dzień Iwona powiedziała, że mama musi iść na plażę, bo inaczej to się nie liczy. Poszłam. Wiatr szarpał mi włosy, piasek był zimny, a ja patrzyłam na fale i myślałam, że Jerzy by się śmiał, że przejechałam pół Polski, żeby smażyć placki.

- Mamo, pstryknie nas mama? Mama ma najpewniejszą rękę - Iwona podała mi telefon.

Pstryknęłam. Potem jeszcze raz, bo Bartek mrugnął. Potem jeszcze, bo mała Kasi płakała. Sześć zdjęć. Na każdym było dziesięć osób.

Wieczorem stałam przy zlewie po pożegnalnej kolacji, kiedy telefon zabrzęczał na parapecie. Danuta z mojego bloku napisała komentarz pod zdjęciem Iwony, więc Facebook uznał, że mnie to zainteresuje. Zainteresowało.

Zdjęcie z plaży. Dziesięć uśmiechniętych twarzy, wydmy, niebo. Podpis: "cała rodzina razem ❤️". Czterdzieści serduszek. Halina napisała "Najpiękniejsi". A pod spodem Danuta: "A gdzie pani Lucynka? Pewnie za aparatem, jak zawsze 😊".

Woda leciała mi po rękach. Nie płakałam. Nawet nie byłam zła, to było coś cichszego i gorszego. Zakręciłam kran i pierwszy raz od pięciu dni zostawiłam garnek nieumyty. Niech się moczy.

Następnego ranka obudziłam się o piątej, jak zawsze. I leżałam. Słuchałam, jak sosny szumią za ścianą. O siódmej zrobiłam sobie jedną kawę i wyszłam z nią na taras.

Pierwszy zszedł Zdzisław. Zajrzał do kuchni, potem na mnie, potem znowu do kuchni.

- Pani Lucyno... a śniadanka nie ma?

- Nie ma - powiedziałam. - Jest kuchenka. Dwa palniki.

Za nim zszedł Grzesiek, rozczochrany, przestraszony.

- Mamo, źle się czujesz?

- Dobrze się czuję, synku. Usiądź.

Iwona przyszła ostatnia, w swetrze narzuconym na piżamę. Podałam jej telefon z otwartym zdjęciem.

- Iwonko, policz, kto tu jest.

Patrzyła długo. Widziałam, jak czerwienieją jej uszy, potem szyja.

- Mamo... Boże. Ja nawet nie pomyślałam. - Odłożyła telefon na stół, jakby parzył. - Ale mama sama nie dała mi gąbki do ręki. Pierwszego dnia. Ja chciałam pomóc.

- Wiem.

- Ja cały rok stoję na kasie od szóstej albo do dwudziestej drugiej, mamo. Ja chciałam choć przez pięć dni nie myśleć, co będzie na obiad. I myślałam... że mama się cieszy. Że mama lubi być potrzebna.

- Lubię - powiedziałam. - Przez pierwsze dwa dni lubiłam.

Wtedy drzwi tarasowe skrzypnęły i wyszła Halina z kubkiem. Usiadła obok mnie, nie pytając.

- Iwonka, ja ci powiem, czemu siedziałam - odezwała się do córki, ale patrzyła na morze. - Trzydzieści Wigilii stałam przy garach. Na żadnym zdjęciu przy stole mnie nie ma, bo zawsze byłam w kuchni albo z półmiskiem w drzwiach. Jak skończyłam pięćdziesiąt lat, powiedziałam: koniec. I nikt z głodu nie umarł. - Odwróciła się do mnie. - Pani Lucyno, ja widziałam, że pani tyra. I nic nie powiedziałam. Wstyd mi teraz. Ale pomyślałam sobie: niech raz kto inny postoi.

Nie umiałam się na nią gniewać. Rozumiałam ją aż za dobrze.

Iwona wstała bez słowa i weszła do domku. Usłyszałam, jak budzi Bartka i Kasię, jak coś mówi ostro, jak Grzesiek trzaska szafką. Po kwadransie pachniało przypaloną jajecznicą, Kuba piszczał ze śmiechu, że tata smaży w rękawicy do grilla, a Bartek pierwszy raz w życiu zmywał w zlewie wielkości miski. Siedziałam na tarasie z drugą kawą, którą zrobił mi Zdzisław. Słabą jak herbata. Wypiłam do dna.

Przed wyjazdem Iwona zarządziła:

- Wszyscy na plażę. Pięć minut. Nikt nie dyskutuje.

Zdzisław oparł telefon o słupek przy drewnianym zejściu na plażę i nastawił samowyzwalacz. Iwona wzięła mnie pod rękę i postawiła w środku. Wiatr znowu szarpał mi włosy, trzymałam je ręką i przez to na zdjęciu wyszłam, jakbym salutowała.

W samochodzie Iwona coś długo pisała w telefonie. Potem pokazała mi ekran. Pierwsze zdjęcie zniknęło. Było nowe, jedenaście osób, i podpis: "cała rodzina razem. Tym razem naprawdę cała. Dziękujemy, Mamo, za pięć dni przy garach. Następnym razem gotujemy my".

Danuta skomentowała w ciągu minuty: "No! Teraz się zgadza".

W czerwcu Iwona zadzwoniła, że w sierpniu jadą na działkę do Haliny pod Lęborkiem i czy pojadę.

- Pojadę - powiedziałam. - Ale grafik kuchni wisi na lodówce i ja mam w nim jeden dzień.

- Mama ma zero dni. Mama ma leżak.

- Jeden. Pierogi. Bo pierogi to ja chcę.

Zdjęcie z Łeby wydrukowałam w punkcie przy Biedronce i postawiłam na meblościance obok Jerzego. Trzymam na nim rękę przy głowie, jakbym salutowała. Może i salutuję. Zdjęć już nie robię. Od tego jest samowyzwalacz.